Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

Wergiliusz w izbie przyjęć

03-03-2021 21:07 | Autor: Mirosław Miroński
Każdy z nas ma jakieś wyobrażenie na temat służby zdrowia i całego systemu opieki zdrowotnej. Jeśli nie mamy żadnych konkretnych doświadczeń w tej materii, wyobrażenie to może być dość mgliste i mające się nijak do rzeczywistości. Nasza wiedza na temat ewentualnej możliwości leczenia może być brutalnie zweryfikowania. Nikomu nie życzę korzystania z usług medycznych w czasie pandemii. Oczywiście, jeśli ktoś musi, to trudno. W takich przypadkach należy szukać pomocy.

Niedawno, miałem okazję zetknąć się ze służbą zdrowia w wydaniu bez charakteryzacji. Dotychczasowy jej obraz przyćmiły doświadczenia, które przy tej okazji zdobyłem.

Jak łatwo się domyślić, w trakcie zagrożenia koronawirusem SARS-CoV-2 dostęp do większości usług medycznych jest utrudniony, niezależnie od schorzeń, czy też dolegliwości, z które cierpimy napotkamy na przeszkody w drodze do lekarza.

Pierwszy kontakt ze szpitalem przypomina wypisz wymaluj scenę ze znanej powieści „Krzyżacy” Henryka Sienkiewicza, w której to Jurand ze Spychowa staje przed bramą krzyżackiego zamku. Krzyżacy nie wpuścili go do środka czekając, aż wystarczająco się ukorzy. Jak wiemy z lektury, udał się tam, próbując uwolnić swoją córkę Danuśkę. Gdy miała dwanaście lat, zakochał się w niej główny bohater powieści Zbyszko z Bogdańca, ale to całkiem inna historia. Krzyżacy, chcąc upokorzyć i upodlić Juranda, nakazali mu przywdziać pokutny wór i czekać. Mając na względzie jedynie odzyskanie córki Jurand przystał na kolejne szykany i przejawy wrogości ze strony zakonu. Wszystko działo się w czasach, kiedy obowiązywał kodeks rycerski. Co za brak empatii ze strony zakonników.

Przed drzwiami prowadzącymi do izby przyjęć jednego z warszawskich szpitali nikt nie proponował zakładania czegokolwiek, co więcej, w ogóle nie zauważał stojących przy wejściu ludzi. Zapewne nie sterczeli tam godzinami bez potrzeby, jednak tego rodzaju logika była najwidoczniej obca paniom z rejestracji. Kiedy wreszcie szczęśliwcy zdołali przedostać się do środka, panie udawały, że ich nie widzą. Skrywały się za szybami w swoim pomieszczeniu, odwracając się ostentacyjnie plecami od osób stojących przy okienkach. Oddawały się w najlepsze pogaduszkom, ignorując pacjentów. Potrzeba było dużo asertywności, żeby zwrócić ich uwagę. Słowem, obrazki jak z filmów Stanisława Barei, tyle że to nie był film, a rzeczywistość. Trudno w to wszystko uwierzyć, a tym bardziej zrozumieć, jeśli nie zobaczy się tego na własne oczy.

Na obronę pań z rejestracji trzeba dodać, że takie zachowanie jest aprobowane przez dyżurujących lekarzy. Można się o tym przekonać, kiedy trafi się już do gabinetu. Nieprzychylne nastawienie okazywane wprost ma widocznie na celu zniechęcenie pacjentów i – niestety – wielu z nich odchodzi z kwitkiem. Nawet w przypadkach wymagających szybkiej reakcji lekarzy, jak podejrzenie wstrząsu mózgu u pacjenta, musi on najpierw odstać na zewnątrz kilka godzin, potem jeszcze na izbie przyjęć a następnie odleżeć swoje na korytarzu, zanim trafi na oddział. Nawiasem mówiąc, późniejsze badanie potwierdziło u tej osoby istnienie krwiaka w mózgu.

Nasuwa się pytanie, dlaczego nikt z rejestracji nie wyszedł i chociaż nie zapytał z jaką sprawą pacjenci przychodzą. Nawet krótka informacja byłaby bardzo pomocna. Tego, jednak nie ma. Trzeba czekać i liczyć na szczęście... A szkoda, bo pacjenci mogliby się czegoś dowiedzieć, zanim zdecydują się czekać, czy też szukać pomocy indziej.

Wiadomo, że szpitale nie są z gumy. W dobie covidu do niektórych z nich trafia więcej pacjentów niż zwykle, Ale to nie znaczy, że należy ich ignorować. Wszystko dałoby się usprawnić, gdyby nie ewidentny brak woli, który widać aż nadto.

Równie bulwersujące, jak to, co się dzieje na warszawskich SOR-ach, są kwestie, o których rozprawia tamtejszy personel. Rozmowy dotyczą min.: podwyżek, tzw. dodatku covidowego, zakupu cementu, czy też rywalizacji pomiędzy poszczególnymi oddziałami, które nie odbierają w porę pacjentów od siebie nawzajem. Tym samym ci, u których pacjent leży, mają więcej „roboty”. Pacjentka, która trafiła na OJOM i wkrótce umarła, przysparzyła oddziałowi pisaniny – zdaniem kogoś z personelu. Źle rozumiana rywalizacja zamiast współpracy pomiędzy oddziałami zwiększa frustrację pracowników jednostki medycznej, którzy nie kryją swojego niezadowolenia w pokątnych rozmowach. Przykładem tego była rozmowa pomiędzy pielęgniarzami, którzy w sprawie pacjenta pourazowego dzwonili do chirurgów, ci jednak nie pojawili się. – „Zarabiają po czterdzieści tysięcy, to nie chce im się schodzić” - skomentował to jeden z nich.

Nie poruszam tego tematu, żeby oceniać, czy pieniądze, które zarabiają lekarze, są wystarczające, czy nie. Od lekarzy zależy życie ludzkie, a to nie ma ceny. Warto się jednak przyjrzeć, w jaki sposób środki finansowe są rozdysponowywane w poszczególnych placówkach. Dla postronnego obserwatora wydaje się jasne, że nie w samych pieniądzach leży problem. W wielu przypadkach działanie ww. placówek zależy w większej mierze od organizacji.

Żeby nie budować jednostronnego obrazu, opartego na tym, co dzieje się na izbie przyjęć, czuję się w obowiązku dodać, że piętro wyżej jest znacznie lepiej. To już coś całkiem innego. Nie brak tam lekarzy, którzy podchodzą do pacjenta ze zrozumieniem. Starają się pomóc, wykorzystując swoją wiedzę i doświadczenie. To samo dotyczy pielęgniarek, salowych, różnego rodzaju diagnostów, etc.

Aż się prosi, by drogę pacjenta, począwszy od izby przyjęć, poprzez erkę, czy oddział zachowawczy odnieść do drogi Dantego w poemacie „Boska Komedia”. Podróż po zaświatach autor podzielił na etapy: piekło, niebo, raj, co przypomina współczesne peregrynacje pacjentów od momentu przyjęcia, poprzez izbę przyjęć, OJOM i inne oddziały. Dantemu towarzyszył Wergiliusz, który oprowadzał go po piekle i czyśćcu, zaś wędrując po niebie miał u swego boku piękną mądrą i dobrą Beatrycze. Pacjentom błąkającym się po placówkach służby zdrowia brak kogoś w rodzaju koordynatora, kto poprowadziłby ich przez kolejne etapy podróży w obcym im świecie. Współczesnych odpowiedników Wergiliusza w izbie przyjęć i SOR-ze, czy też Beatrycze w kolejnych etapach.

Wróć

Interesuje Cię współpraca?
Napisz do nas! wspolpraca@passa.pl
Copyright 2015 - Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: MEETMEDIA