Po upadku powstania w getcie warszawskim w 1943 r. Niemcy uważali, że stolica Polski została trwale złamana i podporządkowana. Jednak przez kolejny rok Polskie Państwo Podziemne odbudowywało swoje struktury, rosnące w siłę wraz z nadciągającym frontem wschodnim.
W przededniu powstania
Latem 1944 r. Armia Czerwona rozbiła niemiecką Grupę Armii „Środek” na Białorusi i w pierwszych dniach sierpnia stała już na prawym brzegu Wisły w rejonie Pragi.
W Warszawie Niemcy przygotowywali się na odparcie uderzenia z zewnątrz, jednocześnie obawiając się powstania zbrojnego w mieście. Zwiększono represje, nasiliły się łapanki i egzekucje uliczne. 27 lipca 1944 r. gubernator dystryktu warszawskiego Ludwig Fischer wydał obwieszczenie nakazujące mężczyznom z roczników 1897–1925 stawić się do pracy przy kopaniu umocnień na przedpolach miasta, pod karą śmierci za uchylanie się. Niemcy ogłosili, że prace są „konieczne dla obrony Warszawy przed bolszewickim barbarzyństwem”.
Bojkot zamiast poddaństwa
Warszawiacy jednak doskonale rozumieli jaki był rzeczywisty cel tego zarządzenia: Niemcy chcieli zmusić polską ludność cywilną do umacniania ich pozycji obronnych przeciw Sowietom, a także osłabić potencjalny opór poprzez wyciągnięcie z miasta tysięcy młodych mężczyzn. W sytuacji gdy decyzja o rozpoczęciu powstania była już właściwie przesądzona w polskich sztabach, podporządkowanie się zarządzeniu oznaczałoby przyłożenie ręki do niemieckich planów i zarazem osłabienie polskiego potencjału powstańczego.
Odpowiedź społeczeństwa była niemal jednogłośna – nikt się nie zgłaszał. Ulice Warszawy opustoszały. Młodzi mężczyźni ukrywali się w mieszkaniach, piwnicach, na strychach i u sąsiadów. Skala odmowy przerosła najśmielsze oczekiwania władz podziemia. W żadnym punkcie zbornym nie udało się zebrać wyznaczonej liczby ludzi. Zamiast 100 tysięcy „kopaczy”, których oczekiwali Niemcy, zgłosiło się zaledwie kilka tysięcy osób – najczęściej ludzi starszych, zdesperowanych lub złapanych w łapankach. Warszawiacy wykazali się w tym akcie nie tylko odwagą, ale i niezwykłą dyscypliną społeczną – nie było bowiem żadnego oficjalnego komunikatu o bojkocie. Był to instynktowny, masowy akt obywatelskiego sprzeciwu.
Konsekwencje i znaczenie
Zaskoczeni skalą oporu Niemcy odpowiedzieli brutalnie. Już 28 i 29 lipca przeprowadzono łapanki na ulicach, wyciągano ludzi z mieszkań, biciem i groźbami zmuszano do pracy w okolicach Woli i Ochoty. Mimo tego ogólna liczba osób zagonionych do robót nadal była niewielka w stosunku do planów. W kolejnych dniach sytuacja w mieście stawała się coraz bardziej napięta, a niemieckie patrole coraz brutalniejsze.
Bojkot miał ogromne znaczenie psychologiczne. Był dowodem na to, że społeczeństwo warszawskie – mimo pięciu lat terroru – nadal jest gotowe do wspólnego działania i do oporu. Pokazał także dowództwu Armii Krajowej, że stolica jest przygotowana do powstania i że ludność cywilna solidaryzuje się z żołnierzami podziemia. W tym sensie 27 lipca 1944 r. był symbolicznym początkiem otwartego sprzeciwu wobec okupanta – pięć dni później, 1 sierpnia, wybuchło Powstanie Warszawskie.
Dziś wydarzenia sprzed 81 lat są mniej znane od samego wybuchu powstania, a niesłusznie. Bojkot zarządzenia Fischera dowodził, że w okupowanej Warszawie wola oporu tkwiła nie tylko w oddziałach AK, ale w całym społeczeństwie, które odrzucało rolę biernej ofiary. Był to jeden z najdojrzalszych przykładów cywilnego nieposłuszeństwa w Europie okupowanej przez Niemców – akt bez broni, lecz wymierzony w samą niemiecką machinę okupacyjną.
Fot. wikipedia