Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

Dowiedz się więcej o ciasteczkach cookie klikając tutaj

Szukając własnego cienia mrużę oczy

10-06-2026 19:50 | Autor: Katarzyna Nowińska
Rozmawiamy z Henrykiem Laskowskim, ursynowskim artystą.

KATARZYNA NOWIŃSKA: Od kiedy mieszka pan na Ursynowie i czy pańska pracownia również się tu znajduje?

HENRYK LASKOWSKI: Na Ursynowie zamieszkaliśmy wraz z żoną w 1978 roku. Pracownia znajduje się przy moim mieszkaniu, więc do pracy mam niedaleko, co uważam za ułatwienie w mieście tak dużym jak Warszawa. Ponadto uważam, że Ursynów jest najlepszym miejscem do życia i pracy w stolicy. Ursynów to dzielnica, w której wyjątkowo harmonijnie spotykają się komfort codziennego życia i bliskość dużego miasta. Mieszkając tutaj czuję jednocześnie bliskość natury – wyjątkowo dużo zielonych terenów, parków, skwerów i oczywiście Las Kabacki – oraz bliskość dużego miasta – przebiegająca przez całą dzielnicę pierwsza linia metra sprawia, że Ursynów jest świetnie skomunikowany z centrum Warszawy. Bardzo cenię sobie również dobrze rozwiniętą w naszej dzielnicy infrastrukturę wszelkich usług.

Czy któreś z miejsc lub wydarzeń z Ursynowa było inspiracją dla któregoś z pana obrazów?

Owszem, w kilku moich obrazach, w szczególności tych namalowanych w okresie pandemii wykorzystałem widoki dachów pobliskich domów. Są to obrazy takie jak ,,Imagine”, ,,Inhalatorium”, czy ,, Tchnienie”.

Urodził się pan w Żarach i studiował grafikę warsztatową w Poznaniu, ale ostatecznie to malarstwo stało się w pana twórczości najważniejszym językiem wypowiedzi. Jak wyglądała ta artystyczna droga, od grafiki i plakatu do obrazu?

Moja droga artystyczna rozpoczęła się już we wczesnej młodości, gdy uczęszczałem do Liceum Plastycznego we Wrocławiu, gdzie zdobyłem solidne podstawy warsztatu rysunkowego. Kolejnym etapem były studia w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Poznaniu na Wydziale Malarstwa, Grafiki i Rzeźby. Ukończyłem je dyplomem z litografii pod kierunkiem prof. Lucjana Mianowskiego oraz aneksem z ilustracji w pracowni prof. Waldemara Świerzego. W tamtym czasie wydawało mi się, że jest to naturalny i obiecujący początek nowej drogi życiowej, w pełni zgodnej z moimi zainteresowaniami i artystycznymi aspiracjami.

Po ukończeniu studiów przeniosłem się do Warszawy, trafiając do środowiska, które było dla mnie całkowicie nowe. Swoją działalność zawodową rozpocząłem od projektowania okładek książkowych, ilustracji oraz plakatów, współpracując między innymi z Krajową Agencją Wydawniczą, wydawnictwami CRZZ oraz „Naszą Księgarnią”. Malarstwo pozostawało wówczas na dalszym planie i pojawiało się raczej sporadycznie, przede wszystkim jako forma osobistej ekspresji i rodzaju relaksu. Na tym etapie droga prowadząca od grafiki do obrazu była jeszcze długa, choć z perspektywy czasu można dostrzec, że właśnie wtedy zaczęły kształtować się kierunki moich późniejszych poszukiwań artystycznych.

Rok 1981 zatrzymał pana we Francji. Jak tamten czas spędzony w jakże ważnym dla sztuki i artystów mieście wpłynął na pana życie i dalszą artystyczną drogę?

Turystyczny wyjazd do Paryża w 1981 roku okazał się przełomowym momentem w moim życiu. Wprowadzenie stanu wojennego w Polsce w dniu 13 grudnia tegoż roku uniemożliwiło mi powrót do Warszawy. Wraz z żoną stanęliśmy wobec konieczności odnalezienia się w zupełnie nowej rzeczywistości. To, co początkowo miało być krótką podróżą, nieoczekiwanie stało się początkiem nowego etapu życia.

Paryż od dziesięcioleci pozostaje jednym z najważniejszych centrów światowej kultury i sztuki. W XIX i w pierwszej połowie XX wieku Paryż był miejscem, które niczym magnes przyciągało najzdolniejszych i najambitniejszych twórców z całego świata. Przyjeżdżali tu, aby się uczyć, wystawiać swoje prace, poznawać nowe idee i zdobywać sławę. W Paryżu działały prestiżowe instytucje, takie jak chociażby Ecole des Beaux-Arts. To właśnie we francuskiej stolicy żyli i tworzyli tak wybitni artyści jak Claude Monet, Vincent van Gogh, Pablo Picasso, Marc Chagall, czyTamara Łempicka. Dziś Paryż jest miastem, w którym wszystko zdaje się być przesączone sztuką, jest ona po prostu integralną częścią miejskiego pejzażu francuskiej stolicy. Wspaniała, monumentalna architektura, niezwykle eleganckie zabytkowe kamienice, malownicze bulwary, specyficzny rytm ulic, gwarne kawiarnie i bardzo liczne pracownie artystów, tworzą przestrzeń wyjątkowo sprzyjającą twórczej refleksji.

Dla mnie szczególne znaczenie miał bezpośredni kontakt z dziełami największych mistrzów. Możliwość obcowania z arcydziełami malarstwa, rzeźby i grafiki, zgromadzonymi w najznakomitszych muzeach i kolekcjach, pozwoliła mi spojrzeć na sztukę z nowej perspektywy. Paryż uczy wrażliwości i pokory wobec tradycji, a jednocześnie odwagi w poszukiwaniu własnego języka artystycznego.

To doświadczenie sprawiło, że inaczej spojrzałem na swoją drogę zawodową i artystyczną. W pewnym sensie samo życie dokonało za mnie wyboru. Aby zapewnić sobie utrzymanie, zacząłem malować i sprzedawać proste paryskie pejzaże. Z perspektywy czasu widzę jednak, że była to nie tylko konieczność, lecz także początek przemiany, która stopniowo prowadziła mnie ku malarstwu jako najważniejszej formie artystycznej wypowiedzi.

W pana twórczości, trochę niczym u Edwarda Hoppera bardzo wyraźnie obecne są miasta – charakterystyczne światło, anonimowość i poetyka codzienności. Co najbardziej fascynuje pana w miejskim pejzażu?

Miasto jest dla mnie najbliższym i najlepiej znanym środowiskiem życia współczesnego człowieka. To właśnie w miejskiej przestrzeni na co dzień funkcjonuję, obserwując zarówno jej niewątpliwe atuty, jak i liczne ograniczenia. Postrzegam miasto jako swoistą dżunglę stworzoną przez człowieka – miejsce pełne kontrastów, energii, napięć, ale również nieoczywistego piękna.

Szczególnie cenię sobie miejską anonimowość, która pozwala zachować pewien dystans i swobodę obserwacji. Lubię wędrować ulicami i zaułkami różnych miast, niezależnie od tego, gdzie akurat się znajduję. Fascynuje mnie to, jak ta sama ulica czy fasada budynku może zmieniać swój wygląd wraz z porą dnia, pogodą czy sposobem padania światła.

To właśnie światło odgrywa w mojej percepcji miasta rolę szczególną. Nadaje przestrzeni nowe znaczenia, wydobywa detale, buduje nastrój i otwiera przed obserwatorem wciąż nowe możliwości interpretacji. Dla malarza jest ono nie tylko narzędziem opisu rzeczywistości, lecz przede wszystkim budulcem wrażeń i tym samym źródłem inspiracji.

Czy są jacyś twórcy albo dzieła, które szczególnie ukształtowały pana artystyczną wyobraźnię?

W młodym wieku szczególnie silnie fascynowało mnie malarstwo surrealistów, przede wszystkim Rene Magritta, Giorgio de Chirico oraz Maxa Ernsta. Bardzo bliski jest mi ich sposób myślenia o obrazie jako o przestrzeni nieoczywistej, wieloznacznej, balansującej pomiędzy snem a rzeczywistością. Później zainteresowało mnie również malarstwo hiperrealistów amerykańskich z Richardem Estesem na czele. Zawsze też ceniłem artystów, którzy konsekwentnie potrafili być indywidualistami w swoich czasach, jak chociażby Hieronim Bosch czy Vermeer z Delft. Ze współczesnych twórców bardzo cenię takich mistrzów jak Gerard Richter, Edward Hopper, David Hockney czy Neo Rauch.

Ulubionych obrazów mam wiele, jednak do tych szczególnie ważnych dla mnie zaliczyłbym „Golcondę” Rene Magritta oraz pełen tajemnicy „Nauczyciel” tego samego artysty, „Tajemnicę i melancholię ulicy” Giorgio de Chirico, „A Bigger Splash” Davida Hockneya, a także „Trzy świece” Gerharda Richtera z 1982 roku. Każde z tych dzieł w odmienny sposób dotyka kwestii percepcji, przestrzeni i emocji, które od dawna pozostają w centrum moich zainteresowań.

Aparat fotograficzny nazywa pan swoim „notatnikiem i szkicownikiem”. Jak wygląda proces przechodzenia od fotograficznego kadru do gotowego obrazu?

Faktycznie aparat fotograficzny ze względu na możliwość szybkiego zapisu miejsca, detalu architektonicznego, światła czy interesującej kolorystyki pejzażu stał się dla mnie niezbędnym rekwizytem zastępującym wcześniejsze notatniki czy szkicownik. Zgromadzone fotografie przechowuję w cyfrowym archiwum, traktując jako materiał pomocniczy. Rzadko stanowią one bezpośredni punkt wyjścia dla nowego obrazu. Inspiracją staje się raczej fragment fotografii, detal wyjęty z szerszego kontekstu. Temat dojrzewa w czasie i jest efektem zarówno obrazu, refleksji, jak i impulsów płynących z obserwowanej rzeczywistości. Fotografia pozostaje więc jedynie częścią większego zbioru odniesień, który wspiera mój proces twórczy.

Krytycy sztuki odnajdują w pana pracach ślady pop-artu, fotorealizmu, surrealizmu czy realizmu metaforycznego. Pan zawsze zdecydowanie podkreśla, że idzie swoją własną drogą i nie chce być do porównywany do nikogo z wielkich, ani wpisywać się w modne nurty. Jaka jest ta pana własna droga?

Moja droga twórcza zamyka się w haśle ,,Być sobą w tłumie”. Oczywiście przyznaję się do tego, że korzystam z doświadczeń kierunków artystycznych wymienionych przez panią, ale biorę z nich tylko to, co jest potrzebne do uzyskania zamierzonych przeze mnie efektów. Podam tu przykład z tego roku. Do pracy nad obrazem do aktualnej wystawy ,,Szukając własnego cienia mrużę oczy” w UCK Alternatywy wybrałem swoje zdjęcie portretowe z lat 80 tych ubiegłego wieku. Namalowałem obraz z podtytułem ,,Autoportret horyzontalny z przeszłości”. Ten umowny tytuł oznacza właściwie poszukiwanie własnej drogi twórczej. Sam autoportret jest rodzajem refleksji nad upływającym czasem, a za pomocą symboliki koloru chciałem pokazać pewien horyzont czasowy trzech dekad (lata 70., 80. i 90.), czasy komunizmu, czasy przełomu i budującej się demokracji. Ostry rysunek i dynamiczne kolory nawiązują do sztuki pop-artu Andy Warhola, która mocno wybrzmiewała w tamtych latach.

W swojej pracy staram się opisywać świat, człowieka i jego emocje w sposób indywidualny, unikając dydaktyzmu. Posługuję się raczej subtelną metaforą, pozostawiając odbiorcy przestrzeń do własnej interpretacji. Na wernisażach mówię często, że moje obrazy to realizm metaforyczny. Tytuły obrazów pełnią jedynie rolę sugestii, raczej podpowiedzi, nie narzucając jednoznacznego odczytania dzieła.

W świecie zdominowanym przez szybki obraz cyfrowy i media społecznościowe malarstwo wciąż ma swoją siłę. Czym pana zdaniem obraz malarski może dziś poruszyć współczesnego, wydaje się mniej wrażliwego niż kiedyś, odbiorcę?

W świecie zdominowanym przez szybki obraz cyfrowy malarstwo nie traci swojej siły – przeciwnie, zyskuje na znaczeniu jako forma bardziej wymagająca i skupiona. O sile obrazu w coraz większym stopniu decydują emocje, które artysta potrafi przekazać poprzez kolor, formę i sposób ujęcia tematu. W przeciwieństwie do natychmiastowego, często ulotnego przekazu cyfrowego, obraz wymaga zatrzymania się, dłuższej kontemplacji.

Jeśli jednak w przyszłości tę przestrzeń twórczą miałaby przejąć sztuczna inteligencja, wyposażona w zdolność naśladowania ludzkich odruchów, pozostaje mieć nadzieję, że zachowa ona choć odrobinę artystycznej pokory wobec tego, co nieprzewidywalne i intuicyjne.

W jaki sposób osoby, które są zainteresowane pana sztuką mogą się z panem skontaktować?

Informacje na temat mojej twórczości oraz zdjęcia moich obrazów znajdą państwo na stronie www.henryklaskowski.pl, na dole strony jest mój adres mailowy.

Wystawę prac artysty zatytułowaną „Szukając własnego cienia mrużę oczy” do 25 czerwca podziwiać można w Ursynowskim Centrum Kultury „Alternatywy”. Kuratorami wystawy są Aleksandra Antolak i dr Marek Kałużyński.

Wróć