Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

Przychodzi gwiazda – i dalej jazda...

30-11-2022 21:15 | Autor: Tadeusz Porębski
Dzisiaj gwiazdami i wzorcami do naśladowania stali się bohaterowie sitcomów oraz seriali telewizyjnych o miłości. Wypromowane w ten sposób „gwiazdy” opowiadają publicznie banialuki o życiu prywatnym, zyskując uwielbienie milionów. Oczywiście tych o niezbyt wyrafinowanym guście i smaku.

Właściwie widać dzisiaj tylko długie nogi oraz wydatne i coraz bardziej obnażane biusty, a przy każdym nazwisku rodem z serialu – nawet niezbyt znanym szerokiej publiczności – pojawia się przydomek „gwiazda”. W tej chwili polska rozrywka, szczególnie telewizyjna, roi się od „gwiazd”. To właściwie druga Droga Mleczna, tyle że na Ziemi. Zapanował totalny ekshibicjonizm – tendencyjne ujawnianie szczegółów z życia prywatnego, a zaraz potem biadolenie, że wredni dziennikarze i paparazzi nie szanują prywatności. Foto z nowym partnerem, w nowej kreacji od Gosi Baczyńskiej z podróbką torebki od Louisa Vuittona na przedramieniu i lipnych szpilkach od Christiana Louboutin`a na wypielęgnowanej stopie, musi być wykonane „na ściance”, przed którą można się dowolnie prężyć, demonstrując swoje wdzięki. To szczyt marzeń każdej polskiej „gwiazdy”. No i oczywiście pierwsza strona w kolorowym tygodniku.

Dzięki promocji samego prezesa TVP „gwiazdą” pierwszej wielkości stał się weselny grajek i zapiewajło z Podlasia. Publiczna nakręciła nawet o nim film fabularny, który okazał się knotem i finansową klapą. Stugębna plotka głosi, że wkrótce minister kultury i dobrych obyczajów mianuje prowincjonalnego zapiewajłę dyrektorem podlaskiej filharmonii. W dzisiejszej Polsce wszystko jest możliwe.

Dlaczego polska kinematografia nie dochowała się aktorów na miarę Jacka Nicholsona, Leonarda DiCaprio, Ala Pacino, Clinta Eastwooda, czy Anthony'ego Hopkinsa? Mamy przecież nie najgorsze szkoły filmowe, które wykształciły znakomitych, cenionych na świecie operatorów obrazu, jak na przykład Janusz Kamiński („Oscar” za „Listę Schindlera”), Andrzej Bartkowiak („Adwokat diabła”), Dariusz Wolski („Piraci z Karaibów”), Andrzej Sekuła (kultowy „Pulp Fiction” Tarantino), Sławomir Idziak („Helikopter w ogniu”), czy Paweł Edelman („Oscar” za „Pianistę”). Możemy być dumni z naszych operatorów, którzy są prawdziwymi gwiazdami Hollywood, podobnie jak reżyserzy Roman Polański i Jerzy Skolimowski. Ale co z naszymi aktorami? Kłania się „Rejs” Piwowskiego i monolog inżyniera Mamonia: „Polski aktor, proszę pana, to pustka, po prostu pustka… Nic... Załóżmy, proszę pana, że polski aktor gra. Wiedziałem taką scenę kiedyś – na przykład zapala papierosa. Patrzy w prawo, potem patrzy w lewo, prosto… I nic… Dłużyzna, proszę pana”. Czy przez taką właśnie „grę” Aaron Schneider, reżyser filmu „Aż po Grób” (2009), wpierw musiał wyciąć kilka scen z udziałem Tomasza Karolaka, a w końcu usunąć całą graną przez niego postać Orville`a? To możliwe, bo trudno o inne wytłumaczenie. Film Schneidera to wynik kooperacji Stanów Zjednoczonych, Niemiec i Polski, stąd udział w nim Karolaka, gwiazdy polskiego kina.

„Aż po grób” to nie byle jaki obraz. W roli głównej Robert Duvall (pamiętny Tom Hagen z „Ojca Chrzestnego”), któremu towarzyszą Bill Murray („Tootsie”, „Dzień świstaka”), Lucas Black ("Duchy Mississippi", „Wzgórze nadziei”) i Sissy Spacek („Carrie”, „Córka górnika” – Oscar za rolę pierwszoplanową). Muzykę skomponował laureat Oscara Jan A. P. Kaczmarek („Marzyciel”). Pomysł na fabułę bardzo ciekawy. Pustelnik i samotnik Felix Bush postanawia zorganizować własny pogrzeb i… chce w nim uczestniczyć. Zaprasza wszystkich mieszkańców miasta, ale u części osób propozycja ta budzi mieszane uczucia. Z pomocą przychodzi mu właściciel słabo prosperującego zakładu pogrzebowego. Wraz z upływem czasu wyjątkowa impreza staje się największym wydarzeniem towarzyskim w miasteczku. Na stronie internetowej „Filmweb” znajdują się nazwiska twórców filmu oraz pełna obsada. Jest tam foto Tomasza Karolaka, wytypowanego do roli Orville`a, ale w filmie gwiazda polskiej kinematografii nie występuje. Mimo tak spektakularnej wpadki artystycznej Tomasz Karolak nadal robi w Polsce za mega gwiazdę, występując prawie w każdej fabule mocno promowanej w mediach, w serialach, sitcomach i w słono płatnych spotach reklamowych. Komentarz wydaje się zbyteczny.

Marek Piwowski zapytany w wywiadzie dla „Passy” o powód kiepskiej kondycji polskiej kinematografii, która od lat nie może przebić się na światowe ekrany, zdiagnozował rzecz krótko: „Nasi producenci patrzą na nadsyłane im projekty niczym na piramidę – im niższy poziom, tym większa oglądalność”. Skoro więc kraj zalewa masa filmowej i telewizyjnej tandety, jak można oczekiwać jakości i profesjonalizmu od aktorów, których w tandecie się obsadza? To są szybkie banalne dialogi, krótkie ujęcia i spoglądanie na zegarek, by zdążyć na kolejny serialowy plan. Rzadko realizujemy projekty własne, większość polskich sitcomów i seriali to nieudolne wtórniki świetnych amerykańskich produkcji. Jeszcze niedawno polski serial ("Alternatywy 4", "Kariera Nikodema Dyzmy", "Polskie drogi", "07 zgłoś się") to była prawdziwa wylęgarnia aktorskich talentów. Dzisiaj możemy jedynie pomarzyć o takich serialowych rodzynkach i aktorach prosto od Boga, jak np. Roman Wilhelmi w roli Nikodema Dyzmy. Bylejakość panująca od lat na naszej scenie artystycznej zrobiła swoje. Tego trendu, niestety, nie da się odwrócić.

Fot. wikipedia

Wróć

Interesuje Cię współpraca?
Napisz do nas! wspolpraca@passa.pl
Copyright 2015 - Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: MEETMEDIA