Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

Prawdy, półprawdy, domniemania...

28-04-2021 20:29 | Autor: Maciej Petruczenko
Gdy jako syn powstańca warszawskiego Stanisława Petruczenki (Rebusa) – jeszcze w czasach u nas przedtelewizyjnych – oglądałem w kinie Polską Kronikę Filmową, nawet bezczelne kłamstwa płynące z ust ówczesnego spikera, a później sławnego aktora Andrzeja Łapickiego – nie mogły mnie przekonać o winie i zdradzie państwa polskiego przez postawionych przed sądem stalinowskiej Polski akowców. Z podobnym odczuciem przyjmuję wyrok skazujący, jaki wydał ostatnio (w pierwszej instancji) sędzia Michał Piotrowski w sprawie uznawanej od lat za gwiazdę samorządu lokalnego wójt Lesznowoli Jolanty Batyckiej-Wąsik.

Do pana sędziego nie mam akurat jakichkolwiek zastrzeżeń i bynajmniej nie zarzucam mu popełnienia błędu, bo tylko on do cna poznał szczegóły oskarżenia. Rzecz jednak w tym, że – domniemane narażenie gminy Lesznowola na stratę w wysokości 1,3 mln złotych wygląda raczej na żart w kontekście korzyści, jakie pani wójt przyniosła gminie w długim okresie swoich rządów, również poprzez podjęcie wskazanych w akcie oskarżenia decyzji.

Przeciętny obywatel RP dowiaduje się bowiem, że np. pozostający w randze ministra i mający świadomość łamania prawa przy otwartej kurtynie Jacek Sasin – doprowadził do zmarnowania co najmniej 70 mln złotych, wydanych pospiesznie na niepoparte jeszcze legalnym aktem wybory prezydenta kraju. Jednocześnie ten sam obywatel konstatuje, iż pod rządami obecnej władzy wypieprzono aż miliard złotych na budowę węglowej elektrowni w Ostrołęce (Ostrołęka C) – tylko po to, żeby tę budowę nagle wstrzymać. A fachowcy już wcześniej ostrzegali, że ta inwestycja to nonsens. Tymczasem odpowiedzialny za aż tak wielkie marnotrawstwo grosza publicznego były minister energii Krzysztof Tchórzewski w rządach Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego, podobnie jak Sasin, bynajmniej nie jest ścigany przez prokuraturę ani skazywany przez sądy.

Marnotrawienie pieniędzy publicznych przez przedstawicieli oficjalnych agend państwowych media i sądy ujawniały wielokrotnie. Bodaj największym skandalem było to, że znany funkcjonariusz państwowy z ramienia PiS – Mariusz Kamiński – dopuścił się, zdaniem sądu (pierwszej instancji) – wyrzucenia w błoto olbrzymiej kasy publicznej, uruchamiając jako szef CBA kosztowne – a ponoć bezpodstawne – śledztwo przeciwko wicepremierowi Andrzejowi Lepperowi. Do wyroku w drugiej instancji już nie doszło, ponieważ wspierany przez to samo lobby polityczne prezydent Andrzej Duda obdarzył Kamińskiego nieoczekiwanym aktem łaski, nie dopuszczając do wyrokowania prawomocnego. No i ten skazany przez pierwszą instancję sądową nasz utrzymanek piastuje teraz – jak gdyby nigdy nic – stanowisko ministra spraw wewnętrznych i administracji. A przecież prezydent, poprzez akt ułaskawienia, niejako sam uznał go za przestępcę. Bo w przeciwnym wypadku – po co by go ułaskawiał?

Ze względu na odważne działania opozycyjne w okresie PRL, a potem z uwagi na inicjatywę, która doprowadziła do utworzenia w nowej Polsce Centralnego Biura Antykorupcyjnego – Kamińskiemu należą się szczere słowa uznania. Tak istotne i niepodważalne zasługi zepsuł jednak w ostatnich latach jawną służalczością wobec partii władzy, jakby zapomniał, czym była nomenklatura PRL. Zepsuł swój wizerunek, na który pracował przez lata. Nie on jeden zresztą. Jak oceniła otóż Unia Europejska, inny pupil PiS – Ryszard Czarnecki, pozostający w randze eurodeputowanego – wycyganił od niej podobno aż 100 tys. euro, oszukańczo rozliczając delegacje. No i dziwnym trafem tacy wydrwigrosze nie stają przed sądem ani nawet nie przepraszają opinii publicznej. Prokuratura nie dostrzega również jakiejkolwiek winy obecnego wicepremiera Jarosława Kaczyńskiego w głośnej aferze wież z ul. Srebrnej.

Opinia publiczna musi na dodatek godzić się z tym, że pełniący funkcję prezydenta RP Andrzej Duda permanentnie lekceważy zdanie najwytrawniejszych specjalistów, wytykających mu, że co krok łamie prawo i przynosi wstyd swoim wychowawcom z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Na domiar złego – już wszelkie normy społeczne depcze chlubiąca się tytułem doktora habilitowanego prawa, znana głównie jako polityk reprezentujący partię Prawo i Sprawiedliwość – Krystyna Pawłowicz. Ta objawiająca swego czasu w Sejmie nieposkromiony apetyt posłanka nie od dziś krytykuje Unię Europejską, a jej flagę nazwała po prostu szmatą. Mimo wielu skandalicznych zachowań na forum publicznym popierana przez określone lobby partyjne „panna Krysia” została członkiem Trybunału Konstytucyjnego i – jak się obawiają niektórzy – na tym stanowisku może walnie przyczynić się do tzw. polexitu, czyli wyjścia Rzeczypospolitej Polskiej z Unii. Jak powiedziała jej koleżanka ze studiów, niedawna prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf, Krystyna P. nawet w środowisku prawniczym była znana z tego, iż swój pogląd uważała za jedynie słuszny, nie licząc się ze zdaniem innych. W Sejmie potrafiła użyć pod adresem opozycyjnych posłów zwrotu „zamknijcie mordy!”, a niektórych określała mianem „bydło poselskie z lewej strony”. Na zakończenie swojego posłowania do Sejmu zapowiedziała dziennikarzom, że jeszcze im da popić i popalić.

W sytuacji, gdy takiej klasy dama jest wykładowcą prawa i sędzią Trybunału Konstytucyjnego; gdy ktoś próbuje Polską Akademię Nauk zastąpić ciałem sterowanym przez polityków; gdy dogmaty zaczyna się stawiać ponad prawdami dowiedzionymi empirycznie, a polska prokuratura wszczyna jak najbardziej na serio postępowanie związane z wypowiedzią obecnego papieża – trudno nie bić na alarm. Bo jakich autorytetów ma słuchać dzisiaj młodzież? Może całkiem słusznie powiada ona zatem ostro usiłującym cofnąć nas w rozwoju politykom: wypierdalać!

Wróć

Interesuje Cię współpraca?
Napisz do nas! wspolpraca@passa.pl
Copyright 2015 - Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: MEETMEDIA