Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

Po kim trzeba posprzątać w polskiej piłce?

30-11-2022 20:55 | Autor: Tadeusz Porębski
Nikt nie zna się lepiej na polityce i piłce nożnej niż Polak. Każdy z nas ma własną ocenę meczu, sędziego oraz poszczególnych zawodników i na futbolowym forum nie prezentuje jej, lecz objawia jako jedyną prawdę. Nasza grupa na mundialu w Katarze miała być łatwa – do dalszej fazy przechodzi Argentyna i oczywiście Polska. Jacyś Arabowie i Meksykanie – wysiadka. Podobnie było przed mundialem w Rosji. Dla znawców futbolu, dziennikarzy i telewizyjnych „ekspertów” Japonia, Kolumbia i Senegal miały być dla Polaków armatnim mięsem. Rozważano wyłącznie rozmiary zwycięstw i dzielono skórę na niedźwiedziu w kolejnej fazie rozgrywek. Oczywiście z udziałem biało-czerwonych. Tymczasem w pierwszym meczu falstart z Senegalem (1:2), w drugim dotkliwa porażka (0:3) z lekceważonymi Los Cafeteros i powrót do domu na tarczy.

Dzisiaj zadaję sobie pytanie: jak długo jeszcze będziemy wpierw nakręcać spiralę sukcesu, aby wkrótce pomstować i w czambuł krytykować reprezentację naszych futbolistów? Tak było po beznadziejnym i zakończonym bezbramkowym remisem spotkaniu z Meksykiem. „Nie mamy drużyny, którą chciałoby się oglądać” – pisała po meczu „Rzepa” na swojej stronie sportowej. Dużo bardziej krytyczni byli dziennikarze hiszpańscy. "Polska gra w najważniejszych turniejach i niewiadomą pozostaje, jak się na nie dostaje. Reprezentacja, która gra w super nudny sposób. Nie raz, czy dwa. Zawsze” – napisał Sergio Valentin, dziennikarz „esRadio”, czwartego komercyjnego kanału w Hiszpanii z 600 tys. słuchaczy dziennie.

Nadzieje odżyły po pokonaniu 2:0 Arabii Saudyjskiej. Trudno się dziwić – mecze naszej reprezentacji częściej oglądamy sercem niż głową. Ale prawda jest taka, że choć przede wszystkim liczy się suchy wynik, to nie można nie brać pod uwagę szczegółów spotkania. A są one dla naszej reprezentacji zawstydzające – Saudyjczycy bili nas w wielu elementach (posiadanie piłki 64:26 proc., strzały celne 5:3, strzały niecelne 8:4, dośrodkowania 21:12, etc.). Mimo to euforia jest tak duża, jakbyśmy pokonali mistrzów świata Francję, a nie drużynę zajmującą przed rozpoczęciem mundialu odległe 51. miejsce w rankingu FIFA (Polska na 26. miejscu).

Piszę ten felieton na kilka godzin przed pierwszym gwizdkiem meczu Polska – Argentyna. Czy damy radę dwukrotnym mistrzom świata, dowodzonym przez piłkarską znakomitość, jaką jest Leo Messi? Oceniając sercem – tak, oceniając głową – nie. Osobiście mam dodatkowy problem, ponieważ od kilku dekad nieodmiennie kibicuję… Argentynie. Fanem tej drużyny stałem się po kosmicznym wyczynie fenomenalnego Diego Armando Maradony w meczu z Anglią (2:1) podczas mundialu w Meksyku w 1986 r. Po rajdzie przez niemal całe boisko i minięciu sześciu angielskich zawodników boski Diego wjechał z piłką do angielskiej bramki. Nigdy przedtem, ani nigdy potem nie widziałem podobnego piłkarskiego majstersztyku. Kibicuję zresztą nie tylko argentyńskim piłkarzom, ale także siatkarzom tego kraju za sprawą innego fenomena – rozgrywającego Luciano De Ceccho uznawanego za najlepszego na świecie na tej pozycji. W środę o godz. 20.00 przez pierwszą połowę meczu będę więc kibicował Polsce, a przez drugą Argentynie.

Jeśli po raz kolejny nie wyjdziemy z grupy, tradycyjnie rozpoczną się rozliczenia personalne, a banalne pytanie „co dalej z polską piłką nożną?” znajdzie się w nagłówkach kolumn sportowych wszystkich polskich gazet i na ustach wszystkich komentatorów telewizyjnych. Zawsze tak jest i dlatego z upływem lat z dyskusji o porażkach polskich orłów wieje coraz większą nudą. Uważam, że winę za doprowadzenie do patologii, jaką jest pompowanie balonu przed każdymi ważnymi zawodami, ponosi dosyć liczna grupa dziennikarzy zajmujących się piłką nożną, którym w ich radosnej twórczości sekundują tzw. eksperci. To oni przed każdym turniejem maksymalnie nakręcają oczekiwania, które po zakończeniu zawodów opadają na ziemię niczym bezwładna szmata. Mam pytanie do dziennikarzy i „ekspertów”: jak można oczekiwać jakości od zawodników, których cała dotychczasowa kariera stoi pod znakiem braku jakości? Pytanie nie dotyczy trzech piłkarzy: Roberta Lewandowskiego, Wojciecha Szczęsnego i Piotra Zielińskiego. Nie można liczyć na sukcesy, jeśli dysponuje się jednym zawodnikiem z wysokiej półki, dwoma ze średniej i aż ośmioma z najniższej. Dzisiejsza kadra narodowa to snująca się po boisku przeciętność, nadto pozbawiona woli walki do ostatniego tchu. Widzieliśmy „gryzących trawę” Tunezyjczyków, walecznych Japończyków gromiących utytułowanych Niemców, czy Kanadyjczyków stawiających potężny opór brązowym medalistom mistrzostw świata. Brak woli walki, kiepskie wyszkolenie techniczne zawodników oraz fatalna organizacja gry w środku pola – to podstawowe mankamenty piłkarskiej reprezentacji Polski.

Część „ekspertów” ledwo odrosła od ziemi, a już wydaje opinie, których – chcąc, nie chcąc – musimy przed telewizorami wysłuchiwać. Oglądam mundiale nieprzerwanie od 1966 r. (Anglia i kontrowersyjna bramka Geoffreya Hursta w 102 min.), a mimo to nie uważam się za eksperta. Mam prawie 60-letni staż przed telewizorem i żaden domorosły „ekspert” bądź dziennikarz od piłki kopanej nie zdołają wcisnąć mi szkolnego kitu. A już na pewno nie uda im się wywołać u mnie oczekiwania na sukces naszej drużyny narodowej. Jest to w mojej opinii bardzo słaby zespół z jedną tylko gwiazdą, która chroni nas przed upadkiem na piłkarskie dno. Co nas czeka, kiedy wkrótce (widoczny już szron na włosach), nasza gwiazda zawiesi piłkarskie buty na kołku? Strach pomyśleć, bo nawet przez teleskop trudno byłoby dostrzec następcę czy następców. Gdzie więc tkwi problem polskiego futbolu?

Odpowiedź jest prosta: w systemie szkolenia – starożytnym i kompletnie nieefektywnym. Wystarczy popatrzeć na żenujący poziom naszej piłkarskiej ekstraklasy, by porzucić wszelką nadzieję. Czy zatrudnienie zagranicznego trenera z wysokiej półki cokolwiek by dało? Pewnym odniesieniem może być historia kadry narodowej siatkarzy – za czasów Waldemara Wspaniałego, Ireneusza Mazura i Stanisława Gościniaka, drużyny mocno średniej.

Decydenci w PZPS dosyć szybko pojęli, że pod ręką polskich trenerów kadra wiele nie zwojuje. Zatrudniono fachowców z zagranicy i cud się stał pewnego razu. Należy jednak zważyć na pewien niezwykle istotny szczegół – Raul Lozano, Daniel Castellani, Andrea Anastasi, Stephane Antiga, Ferdinando De Giorgi i Vital Heynen dostali znakomity materiał, gdyż szkolenie w siatkarskich klubach stało (i nadal stoi) na bardzo wysokim poziomie. Natomiast szkolenie w polskich klubach piłkarskich to fikcja, a z próżnego i Salomon nie naleje. Dlatego uważam, że nawet najlepszy trener świata nie zdołałby wykrzesać z tej garstki pozbawionych talentu i mało ambitnych przeciętniaków, minimalistów w każdym calu, więcej, niż prezentują dzisiaj. Zresztą, pieniądze proponowane przez PZPN, nie są żadnym wabikiem dla trenerów z górnej światowej półki. Pozostają więc trenerzy krajowi. Ale czego mógł nauczyć kadrowiczów Jerzy Brzęczek, którego pozyskano do kadry z prowincjonalnej Wisły Płock? Wrócę do siatkówki, tyle że kobiecej. Czego nauczył kadrę naszych siatkarek Jacek Nawrocki, który był selekcjonerem przez długich sześć lat? Niczego. Mimo że miał do dyspozycji wiele utalentowanych dziewcząt, nasza drużyna przegrała prawie wszystko, co było do przegrania. W końcu PZPS powiedział „dosyć tego” – zatrudnił Stefano Lavariniego i podobnie jak w przypadku reprezentacji mężczyzn cud się stał pewnego razu. Polskie siatkarki awansowały do ćwierćfinału rozgrywanych w tym roku w Polsce i Holandii mistrzostw świata i po raz pierwszy od 60 lat znalazły się czołowej ósemce, będąc o włos od pokonania przyszłych mistrzyń świata Serbek.

Oczywiście, życzę naszym piłkarskim ciamajdom wyjścia z grupy eliminacyjnej, ale to w ogóle nie zmieni istoty rzeczy. Nadal będzie to drużyna przeciętniaków. Sytuację mogą poprawić jedynie szybkie i radykalne zmiany w systemie szkolenia ze starożytnego – polskiego – na nowożytny – zachodnioeuropejski. Niestety, na to kibice w Polsce nie mogą liczyć. A co do naszych kibiców: Japończycy zamiast rac, łomów i maczet przynieśli na stadion plastikowe worki i po meczu posprzątali po sobie trybunę. Sportowy świat oniemiał z wrażenia. Szkoda, że nie z naszego powodu.

Wróć

Interesuje Cię współpraca?
Napisz do nas! wspolpraca@passa.pl
Copyright 2015 - Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: MEETMEDIA