Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

Dowiedz się więcej o ciasteczkach cookie klikając tutaj

Pierwsza w historii „cyfrowa zmiana reżimu”

07-01-2026 21:28 | Autor: Tadeusz Porębski
Publikujemy niezwykle ciekawą analizę tej części amerykańskiej agresji na Wenezuelę, o której, przynajmniej na razie, w ogóle się nie mówi. Dokonał jej w dniu 4 stycznia br. Denis Korkodinow, dyrektor generalny Międzynarodowego Centrum Analiz Politycznych i Prognoz „DIIPETES”.

Stany Zjednoczone przeprowadziły w Wenezueli pierwszą na świecie zmianę reżimu poprzez skoordynowany cyberatak. Za nagłówkami o amerykańskich siłach specjalnych w Caracas i nalotach na stolicę Wenezueli w dniu 3 stycznia 2026 r. kryje się głębsza rzeczywistość – świat był świadkiem pierwszej w historii „cyfrowej zmiany reżimu”. Zakrojony na szeroką skalę cyberwywiad, zsynchronizowane cyberataki i pełna kontrola nad przestrzenią informacyjną umożliwiły to, co jeszcze kilka lat temu uważano by za czystą fantastykę naukową. Jak stwierdził generał Dan Caine, przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów dowodzący super tajną operacją, przygotowania do niej trwały kilka miesięcy i obejmowały to, co w kręgach wojskowych nazywa się „ustanowieniem szablonu czynności życiowych celu”.

Począwszy od sierpnia 2025 r. w Wenezueli działała specjalna grupa, której misja wykraczała poza tradycyjne szpiegostwo. Cyfrowo śledzili każdy ruch Nicolása Maduro: jego ruchy w Pałacu Miraflores, codzienną rutynę, nawyki, trasy i protokoły bezpieczeństwa. Funkcjonariusze wywiadu badali jak się poruszał, gdzie mieszkał, dokąd podróżował, co jadł i w co się ubierał. Ta głębia danych oznacza dostęp nie tylko do zewnętrznych systemów nadzoru, ale także do sieci wewnętrznych wykorzystujących ukierunkowane złośliwe oprogramowanie do uzyskiwania dostępu do osobistych kalendarzy, systemów komunikacyjnych i urządzeń bezpieczeństwa. Na przykład, podczas pierwszej kadencji Donalda Trumpa Centralna Agencja Wywiadowcza (CIA) skutecznie rozbiła sieć wywiadowczą Maduro, prawdopodobnie kładąc podwaliny pod przyszłą infiltrację. Ta faza „cyfrowego rozpoznania” była absolutnie kluczowa. Bez niego siły specjalne USA błądziłyby na ślepo w labiryncie ufortyfikowanej rezydencji i bunkrów.

Dowództwo dysponowało jednak niemal kompletną mapą cyfrową pozwalającą przewidzieć, gdzie prezydent będzie przebywał feralnej nocy i jak najlepiej się do niego zbliżyć. Planowanie było tak szczegółowe, że według generała Caina operacja musiała zostać opóźniona o cztery dni z powodu niekorzystnych warunków pogodowych, co świadczy o zaangażowaniu w perfekcyjną realizację, a nie w pośpiech. Innymi słowy, gdyby nie kiepska pogoda pojmanie Nicolása Maduro nastąpiłoby kilka dni wcześniej. Kluczowym elementem, który umożliwił fizyczne pojmanie, było tłumienie wenezuelskich systemów obrony powietrznej oraz sieci dowodzenia i kontroli w czasie rzeczywistym. Według USCYBERCOM, w pierwszych minutach operacji przeprowadzono skoordynowany cyberatak na kluczowe węzły komunikacyjne oraz systemy dowodzenia i kontroli obrony powietrznej. Celem było stworzenie „cyfrowego korytarza” dla śmigłowców ze 160. Pułku Lotnictwa Operacji Specjalnych, które leciały w kierunku Caracas na wysokości zaledwie 100 stóp (30 metrów) nad wodą.

Zdjęcia satelitarne i media społecznościowe ujawniły później zniszczone pozycje rosyjskich systemów rakietowych obrony powietrznej Buk-M2E. Choć mogły zostać trafione konwencjonalnymi pociskami przeciwradarowymi, to jest wysoce prawdopodobne, że ich radary zostały początkowo oślepione lub zdezorientowane za pomocą cyberataków. W tym samym czasie, jak udokumentowała organizacja NetBlocks, w stolicy Wenezueli nastąpiła nagła i rozległa awaria Internetu zbieżna z rozpoczęciem nalotu. Zasugerował to sam Donald Trump, stwierdzając, że Stany Zjednoczone odcięły zasilanie w Caracas „w wyniku pewnych doświadczeń, jakie posiedliśmy”. Nie był to efekt uboczny, lecz zaplanowany element: odizolowanie celu i sparaliżowanie reakcji sił bezpieczeństwa. Rząd Maduro pozbawiony łączności i dowodzenia nie był w stanie zorganizować skoordynowanego oporu.

Wenezuelskie wojsko doświadczyło lokalnych wybuchów chaosu, ale nie miało pełnego obrazu sytuacji, co spowodowało, że ich reakcja była opóźniona i nieskuteczna. Jeden śmigłowiec MH-47G, pomimo uszkodzenia ogniem z ziemi, był w stanie wykonać swoją misję – sytuacja, która byłaby mało prawdopodobna przy w pełni sprawnej obronie powietrznej. MH-47G to maszyna najnowszej generacji, wyspecjalizowana wersja amerykańskiego śmigłowca transportowego Boeing CH-47 „Chinook” zaprojektowana do operacji sił specjalnych. Wyróżnia się możliwością tankowania w locie, zaawansowanymi systemami nawigacyjnymi i bojowymi oraz wytrzymałością, co pozwala na działania nocne i misje głęboko na terytorium wroga. Śmigłowce MH-47G są na wyposażeniu amerykańskiego 160. Pułku Lotnictwa Operacji Specjalnych. Jeśli cyberataki oczyściły fizyczną ścieżkę, kontrola nad narracją stała się kluczowa dla zapewnienia sukcesu.

I tutaj pojawił się prywatny zasób, ale ściśle powiązany z administracją USA: satelitarny system internetowy Starlink. Niemal natychmiast po potwierdzeniu schwytania Maduro firma Elona Muska ogłosiła uruchomienie darmowego Internetu satelitarnego w całej Wenezueli do co najmniej 3 lutego 2026 r. Ten krok przedstawiany jako pomoc humanitarna miał głębokie znaczenie strategiczne. Wenezuelskie państwowe sieci telekomunikacyjne, które reżim Maduro wykorzystywał do cenzury (blokując w przeszłości Facebooka, YouTube'a i Instagrama), zostały natychmiast zdewaluowane. Starlink stworzył alternatywny kanał komunikacji bezpośrednio do obywateli, niekontrolowany przez resztki rządu. Za jego pośrednictwem możliwe było nadawanie proklamacji nowego rządu, pokazywanie nagrań z aresztowania Maduro i bezpośrednie kształtowanie opinii publicznej, omijając wszelkie filtry propagandowe starego reżimu. Był to ostatni akt cyfrowej zmiany reżimu: wymiana rządowej infrastruktury informacyjnej.

Tyle wybitny ekspert. Do czego zdolny jest jeszcze Donald Trump, skoro zdecydował się wydać rozkaz naruszenia granic suwerennego państwa? Bo jedna kwestia to sam Maduro – bezwzględny dyktator, uzurpator i prawdopodobnie handlarz narkotykami na ogromną skalę, a druga – agresja USA na suwerenne państwo, która, zdaniem cytowanych przez prestiżowy dziennik „Guardian” ekspertów ds. prawa międzynarodowego, narusza postanowienia Karty Narodów Zjednoczonych. Ich zdaniem, operacja specjalna w Wenezueli obnażyła nieskuteczność mechanizmów obronnych ONZ, co może sprowokować kolejne zbrojne napaści na świecie. Nie pierwszy to raz, kiedy USA posługując się terminem – wytrychem „bezpieczeństwo narodowe”, maskującym wszelkie łajdactwa CIA i Pentagonu, ingeruje w suwerenność innych państw. Korea, Kuba, Wietnam, Nikaragua, Grenada, Haiti, Dominikana, Panama, Afganistan, Irak i w ostatnich dniach Wenezuela, to świadectwo pokojowej polityki USA.

Problem w tym, że to nie koniec. Główny lokator Białego Domu nadal posługując się tym samym co zawsze terminem – wytrychem straszy teraz Grenlandię, Iran i Kubę, twierdząc jednocześnie w sposób autorytatywny, że USA będą rządzić Wenezuelą do czasu „przeprowadzenia bezpiecznej transformacji”. Ma nadzieję, że „nie będzie musiał decydować się na kolejny atak na ten kraj”. Prawdziwy łaskawca – dobrodziej! Do ewentualnych podziękowań Wenezuelczyków powinien dołączyć cały świat. Jaki faktyczny cel miała operacja specjalna armii USA w Wenezueli, poza pojmaniem i wywiezieniem z kraju Nicolása Maduro? Główny lokator Białego Domu wcale tego nie ukrywa: to 303 mld baryłek ropy (najbogatsze złoża na świecie), 6,26 bln metrów sześciennych gazu, 2,5 mld ton złoża żelaza, 8-10 tys. ton złota i 320 mln ton złoża aluminium.

Żydzi idący ramię w ramię z Trumpem chcą natychmiast upiec własną pieczeń. Według najnowszych doniesień izraelskiego wywiadu, „Iran oraz inne podmioty mogą planować zamach na prezydenta Syrii, Ahmada al-Szarę”. Zwracam uwagę na słowo „mogą”, a nie „planują”. Taka manipulacja, plus zamieszki w Iranie to zakamuflowany pretekst do kolejnej „operacji specjalnej” armii USA, tym razem na kierunku Teheran. Co tam mamy w tym Iranie? Niewiele – ropa naftowa (4. na świecie), gaz ziemny (2. na świecie) oraz bogate złoża miedzi, węgla, chromu, rud żelaza, ołowiu, manganu, cynku, siarki i niedawno odkryte złoża litu. Biorąc pod uwagę przeświadczenie Trumpa o roli USA jako egzekutora porządku w zachodniej półkuli, inwazja na Iran przy wydatnej pomocy Izraela jest więcej niż możliwa. Skoro świat toleruje ludobójstwo w Strefie Gazy i awanturniczą politykę Trumpa wobec suwerennych państw, czemu nie skorzystać z nadarzającej się koniunktury i nie pójść dalej?

Ale agresja na Iran to realna groźba wybuchu krwawego konfliktu zbrojnego na gigantyczną skalę, bo, po pierwsze, dumni Persowie to nie Wenezuelczycy – z szacunkiem dla obywateli Wenezueli. Jest ich 97,5 mln, z tego nie mniej niż 80 proc. to śmiertelni wrogowie USA i Izraela gotowi oddać życie za kraj. Po drugie, Iran jest bliskim sojusznikiem Rosji i Chin, które w przypadku agresji na ten kraj z pewnością już nie pozostaną bezczynne. Oby panowie Trump i Netanjahu wzięli to pod uwagę w trakcie planowania kolejnej „operacji specjalnej”.

Fot. Pixabay

Wróć