Sam mam emeryturę dziadowską, jak to pismak przez lata pracujący na umowach – zleceniach i najniższych stawkach ubezpieczenia. Ratuje mnie chuda emerytura niemiecka, ale przede wszystkim to, że po osiągnięciu emerytalnego wieku bez wytchnienia pracuję, dorabiając tu i ówdzie. Gdyby nie to, prawdopodobnie chodziłbym boso, bez obuwia, a stopy okręcałbym szmatami i celofanem. Nie mam jednak pretensji do nikogo poza sobą, bo trzeba było zawczasu pomyśleć i łożyć na swoją emeryturę. Nie wyciągam też ręki do rządu, biadoląc i klnąc go w żywy kamień, gdzie tylko się da. Dlatego do pasji doprowadza mnie żałosny skowyt tych, którzy przez lata byli na topie i zarabiali krocie, a dzisiaj skarżą się publicznie, że otrzymują tzw. głodowe emerytury. I tak pan Krzysztof Cugowski, śpiewak estradowy, żali się w swojej autobiografii: „To jest chore! Dziewięć lat temu ktoś mnie spytał, ile wynosi moja emerytura, więc odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że tysiąc pięćdziesiąt złotych i trzynaście groszy. Poszło to w świat i teraz, gdy tylko ktoś nie ma o czym pisać, wyciąga kwestię emerytur artystów”. Dalej wyjaśnia, dlaczego jego świadczenie jest tak niskie. „Wszyscy, którzy się graniem parali w PRL, mają tak samo. Ten zawód przecież nie istniał!”.
To półprawda, panie C. Owszem, zawód nie istniał, ale istniała możliwość zatrudnienia się na etacie byle gdzie i wnoszenia do ZUS odpowiednio wysokiej składki emerytalnej. Znam takich, którzy wykazali się dużą wyobraźnią i dobrze zarabiając, nie szli na łatwiznę, czyli najniższą z możliwych składek, byle tylko mieć ubezpieczenie zdrowotne. Dzisiaj odbierają bonus w postaci pięciu tysięcy miesięcznie i więcej otrzymywany z ZUS. Emeryturę poniżej poziomu gwarantowanego dostaje ten, kto zgromadził mało składek i był ubezpieczony krócej niż 20 lat (kobiety) lub 25 lat (mężczyźni). Ten próg obowiązywał od początku istnienia zreformowanego systemu. To, że coraz więcej osób nie ma albo nie może udowodnić 20/25 lat stażu, można wiązać z upowszechnieniem się pracy „na czarno”, bądź na umowy – zlecenia.
Kolejna „ofiara” ZUS to Krystyna Janda, ponoć znana z oszczędności i zapobiegliwości. Artystka wyznała mediom, że kupuje chleb, dzieli na części i zamraża, by mieć pożywienie na dłużej. Wyliczyli jej 1600 zł emerytury, co mocno ją oburzyło. „Mam własną firmę, ale od dawna nie mam nigdzie etatu” – wyznała na Wideoportal. Acha, ma własną firmę, ale nie jest w niej zatrudniona… Zapewne dlatego, by nie płacić składek. Liczy, że ja i miliony Polaków będziemy składać się na jej godziwą emeryturę. Biadolenie Jandy to szczyt bezczelności. Od lat 80. gra nieprzerwanie w filmach kinowych i telewizyjnych oraz w sztukach teatralnych. Ponadto reżyseruje w teatrze i telewizji, gra, śpiewa, pisze felietony, wydała pięć albumów studyjnych i pięć książek, ma dwa teatry w Warszawie, własną markę kremów pielęgnacyjnych, występuje też w reklamach telewizyjnych. Zapewne za darmo, teatr prowadzi pro bono, a tantiem z filmu i telewizji się zrzekła.
Podobnie zachowuje się Sławomir Świerzyński, śpiewak ludowy z nurtu discopolo, lider kapeli Bayer Full, znany miłośnik PiS. Wyśmiał przyznaną mu emeryturę w wysokości 388 złotych. „Niektórych Pan Bóg stworzył na panów, ale zapomniał im dać pieniądze, a innych po prostu... polubił” – wyznał skromnie w wywiadzie dla nto.pl. Wideoportal pisze, że wokalista od hitu „Majteczki w kropeczki” posiada ogromne gospodarstwo w miejscowości Wola Łącka na Mazowszu, od ponad 30 lat hoduje konie i zdarzało się, że z miejsca na miejsce przemieszcza się helikopterem. Ma też swój jacht „Seniorita”. Opinię publiczną mocno zbulwersowała wypowiedź Świerzyńskiego o legendarnym zespole Kult. Była to reakcja na wypowiedź Kazika Staszewskiego, który przyznał, że nie chce pomocy od państwa. „Głupszej wypowiedzi nie słyszałem. A kto by chciał ich płytę kupić? Kto pamięta taki zespół, jak Kult?” – drwił bezlitośnie. Chamstwo w państwie – powiedziałby nieboszczyk Marian Janusz Paździoch, bohater serialu „Świat według Kiepskich”. Tak czy siak, „Cesarz discopolo” uważa, że państwo powinno dać mu wysoką emeryturę za to, że przez kilkadziesiąt lat śpiewał bździny dla ludu, a miliony zarobione za występy, jak również kolejne należne mu z tytułu tantiem ma prawo w całości schować do kieszeni. A powinien wziąć przykład ze swego rywala Zenka Martyniuka: „Co miesiąc opłacam składkę w wysokości 4 tys. zł”. Dzięki roztropności i zapobiegliwości Zenek będzie kiedyś pobierał bardzo wysoką emeryturę.
Na emeryturę nie narzeka też Marcin Daniec. W rozmowie z dziennikarzem tygodnika „Wprost” przyznał, że kwota, którą otrzymuje jest przyzwoita. Zaznaczył przy tym, że już dawno planował, co czeka go na starość. „Mam przyzwoitą emeryturę, bo myślałem o niej już wcześniej”. Może się także podobać postawa Iwony Pavlović, mistrzyni tańca towarzyskiego i twarzy polskiej edycji „Tańca z gwiazdami”. Pani Pavlović ujawnia, że co miesiąc na jej konto wpływa 2700 zł. „Nie za mało, nie za dużo – tyle, na ile zasłużyłam... Broń Boże nie narzekam na emeryturę, bo naprawdę dobrze zarabiam”.
Znany kabareciarz Tadeusz Drozda podchodzi do zagadnienia w sposób filozoficzny: „Nie narzekam, już tak mam. Poza tym sam sobie zgotowałem ten los” – wyznał na łamach „Życia na gorąco”. Odmiennego zdania jest pobierająca 1800 zł emerytury Mariola Bojarska-Ferenc, przez lata jedna z najpopularniejszych polskich prekursorek fitnessu, znana z cyklicznych występów w telewizji i prowadzenia ćwiczeń dla kobiet. Gwiazda fitnessu napisała też kilkanaście książek o zdrowym stylu życia. Dzisiaj żali się, że ze swojej emerytury nie mogłaby przeżyć, ale stać ją na bytność na salonach, gdzie rozprawia m. in. o życiu seksualnym dojrzałych kobiet, dając im dobre rady w typie towarzysza Winnickiego z „Alternatywy 4”, czyli „my się po prostu musimy trzymać, drodzy sąsiedzi”.
Gorzkie żale opływających w dostatki artystycznych obłudników dosadnie skomentowała Monika Jarosińska, też artystka znana m. in. z ról w serialach „Samo życie” czy „Dziewczyny ze Lwowa”. Aktorka nie kryła oburzenia: „Zawsze mnie to irytuje, kiedy artyści są artystami topowymi i zarabiają potężne pieniądze, a mówią o swoich niskich emeryturach. Uważam, że to jest bezczelne... Co ma powiedzieć taki przysłowiowy Kowalski…”. Fakt, że wielu artystów pobiera bardzo niskie emerytury, jak na przykład Alicja Majewska (1000 zł), Małgorzata Potocka (tancerka –1200 zł), Maryla Rodowicz (1600 zł), czy Karol Strasburger (2000 zł), ale nie jest to wina rządu, ustaw, Żydów, czy przysłowiowych cyklistów, lecz samych zainteresowanych. Latami byli na topie, jednak nie potrafili zadbać o godne pieniądze na starość. Mówimy o gwiazdach z przeszłości, ale za kilkadziesiąt lat w niebo podniesie się żałosny skowyt dzisiejszych gwiazd z artystycznego topu. To pewne jak w banku, bo świat systematycznie schodzi na psy, a ludzie głupieją.
Bardzo podobała mi się wypowiedź Łukasza Płoszajskiego, aktora, ale nie topowego: „Patrzę na tych bogaczy, którzy są oszustami; na tych piosenkarzy, za których śpiewa komputer; na tych aktorów, którzy seplenią; na tych pisarzy, za których ktoś napisał książki; na tę urodę, która jest zasługą skalpela; na tych duchownych, którzy są pedofilami albo dilerami; na te autorytety, które wciskają ludziom bzdury; na reżyserów, którzy nie wiedzą jak grać Fredrę. Patrzę na to wszystko i naprawdę nie mogę wyjść z podziwu, że tak wygląda świat, który tworzymy…”. Nic dodać, nic ująć.