Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

Dowiedz się więcej o ciasteczkach cookie klikając tutaj

Maraton w Reykjaviku

03-09-2025 20:34 | Autor: Andrzej Wojakowski
Islandia, ten kraj ognia i lodu budzi ciekawość. Od dawna chodziło mi po głowie, aby tę wyspę zobaczyć. I wreszcie, w sierpniu 2025 zrealizowałem to marzenie. Ale po kolei.

W przygotowania treningowe wszedłem, można powiedzieć, z marszu, po ostatnim moim maratonie w lipcu. Przyznam szczerze, nie za bardzo przykładałem się do samych treningowych biegów. Wysoka temperatura skutecznie zniechęcała mnie do biegania w Lesie Kabackim. Natomiast z innej strony nastąpiło wsparcie. W pierwszej dekadzie sierpnia byłem bowiem w Pirenejach, gdzie wszedłem na najwyższy szczyt – Pico de Aneto (3404 m n.p.m.). Cała marszruta trwała ok. 12,5 godziny. Taki trening wysokościowy i wytrzymałościowy chyba pomógł mi w Reykjaviku, nie miałem bowiem tzw. ściany, nie przeszedłem ani razu do marszu.

Nietypowo wypadła moja podróż z Warszawy do Reykjaviku i z powrotem. Po raz pierwszy poleciałem na maraton za granicą nie ze stolicy, a z Gdańska. Zadecydowały bowiem: po pierwsze – wykazująca wyraźną korzyść kalkulacja finansowa, pomimo dodatkowych kosztów podróży koleją; po drugie - postanowienie, że po przylocie z islandzkiej stolicy do miasta Neptuna pojadę odpocząć po „trudach biegowych” nad (zimny jak zwykle) Bałtyk, konkretnie do Jastrzębiej Góry, zaproszony przez moją koleżankę z klasy ze szkoły podstawowej.

W Reykjaviku, w piątek (22.08), odbieram swój nr startowy, a na towarzyszących targach EXPO sowicie częstuję się próbkami batonów, izotoników i skrzętnie zbieram reklamowe gadżety od firm wystawiających się, a było ich sporo.

Sam start maratonu był w sobotę (23.08) rano. Po oddaniu rzeczy do depozytu i lekkiej rozgrzewce udaję się do alei startowej. I tu lekkie zamieszanie, najpierw startują biegacze z tzw. listy competition, często przeciskając się do przodu pomiędzy innymi startującymi, a później większość, z listy general. Początek biegu został opóźniony ok. 14 min (co za opóźnienie dla tak dobrze zorganizowanej Islandii, ale organizatorzy wg mnie dopuścili się kilku niedociągnięć). Wystartowałem więc ok. godziny 8.54. Pogoda OK, w zasadzie pochmurno, ok. 14 stopni, nic tylko biegać. Ale na początku trasy na wybrzeżu biegło się pod wiatr. Niby nie tak silny, gdy wszakże ciągle wieje i jeszcze jest trochę pod górkę, to daje się we znaki. Trasa maratonu to jedna wielka pętla wokół Reykjaviku, jednak nie nazwałbym tej trasy łatwą, było sporo podbiegów i zbiegów, bardzo kręta, dużo po ulicach, ale i po ścieżkach rowerowych również. Zdarzały się odcinki trasy jakby poza miastem, wzdłuż strumienia, dwa razy mijałem niewielkie wodospady; ukazywała się natura Islandii. Do około połowy trasy biegnie się wspólnie z półmaratończykami, potem robiło się zdecydowanie luźniej. Za to pod względem punktów nawodnienia wszystko było w porządku, średnio co 5 km woda, izotoniki. W wielu miejscach - niewielkie stoiska ustawione z inicjatywy prywatnych osób, w ich ofercie też owoce, woda, ale i mocniejszy alkohol (ja z niego nie korzystałem). Ogólnie jak na tak mały Reykjavik (niecałe 140 tys. mieszkańców), całkiem sporo osób dopingowało biegaczy, nieraz była głośna muzyka na trasie, a przed finiszem przebiega się obok sceny koncertowej, gdzie zaczynała się tego dnia noc kulturalna, tzw. Culture Night (duży miejski festyn). Jak wspomniałem, pomimo niełatwej trasy mnie biegnie się całkiem dobrze. Oczywiście miałem swoje pit-stopy (cztery – ok. 15-20 min w plecy), ale i tak było nieźle. W maratonie biegła spora liczba Polaków i tych miejscowych, i tych spoza Islandii, takich jak ja. Jedna miejscowa polska grupa biegowa ubrana była w jednolite charakterystyczne koszulki od frontu z napisem po polsku „Zabiegany Reykjavik”. W tej grupie biegł też mój gospodarz, użyczający mi noclegu Stanisław, który ukończył maraton z czasem 3h 37 min. Natomiast moje międzyczasy wyglądały następująco: 5 km – 25:03; 10 km – 51:53; 21,1 km – 1:56:45; 38 km – 3:49:49 i wpadam na metę, przy lekko padającym deszczu, z czasem 4:18:52. Jestem z siebie zadowolony, bowiem uzyskałem czas lepszy od poprzedniego maratonu o ok. 14 min, na znacznie trudniejszej trasie. Chyba nie było tak źle, skoro w swojej kategorii biegowej (60-69 lat) byłem 9. na 32 osoby. A po mecie to już oczywiście czas na przyjemności. Podszedłem po medal (bardzo ładny) do młodej kobiety i poprosiłem, aby włożyła mi na szyję. Później następuje akcja dożywiania się: batony, banany, jabłka, woda, kawałki bułki z cynamonem. Tego dnia za okazaniem numeru startowego można było skorzystać z darmowego wstępu na stołeczne baseny termalne (tu tylko takie!). Ja, wraz ze Stanisławem, z takiej możliwości skorzystaliśmy, ale w jego miejscowości Kopavagur, sąsiadującej z Reykjavikiem. Atrakcja - spa na świeżym powietrzu, z wodą ciepłą i bardzo ciepłą małe okrągłe baseniki, gdzie moczyliśmy nasze zmęczone ciała. Ja poszedłem później nawet na basen o rozmiarach olimpijskich – 50 m, dawno na takim nie pływałem i w ramach rozluźnienia przepłynąłem cztery długości basenu. To tyle.

Pomimo odległości, cen na Islandii (że tu jest drogo, to delikatnie powiedziane), warto tu być. A jest sierpień, dzień jeszcze długi, można połączyć maraton (są też krótsze dystanse do wyboru: półmaraton, 10 km, 5 km) z obcowaniem z naturą tej dużej wyspy. Ja w każdym razie chciałbym tam wrócić, żeby zobaczyć wnętrze Islandii, bowiem Reykjavik przebiegłem, przeszedłem wzdłuż i wrzesz, o muzea zahaczając. No i te wieloryby. Można popłynąć stateczkiem na oglądanie wielorybów. Ja bardzo chciałbym zobaczyć tego największego, tj. płetwala błękitnego, jego wielkość, masę (model w skali 1:1) widziałem w hali ekspozycyjnej „Whales of Iceland” w Reykjaviku.

Jeśli czytelnik zainteresował się moją maratońską pasją to poinformuję jeszcze, że aktualnie staram się zrealizować następne wyzwanie, tj. być w Klubie Siedmiu Kontynentów. Chodzi o ukończenie maratonu na każdym kontynencie. Pozostała mi niestety Antarktyda. Wszystkie dotychczasowe starty sam finansowałem, nie mam żadnego sponsora, na swoją pasję zarabiam ostatnio pracą w Niemczech. Jednak w przypadku Antarktydy zaczynają się dla mnie finansowe Himalaje. Impreza organizowana przez Marathon Tours and Travels, startująca z Buenos Aires (trzeba tam jeszcze dolecieć) zaczyna się od ponad 7 tys. USD. Niestety, wykonywana praca w Niemczech szybko nie pozwoli mi uzbierać takiej kwoty. A czas leci, mam już ponad 65 lat. Dlatego zwracam się o ewentualne finansowe wsparcie mojego projektu, tj. umieszczenie ostatniego, najdroższego diamentu w Koronie Kontynentów - Antarktydy. Jeśli uznają Czytelnicy, że warto poprzeć mój projekt, podaję poniżej nr konta do wpłat. Będę wdzięczny za takie poparcie.

Dla wszystkich, którzy prześlą nawet symboliczne 1 PLN, 1 EUR, 1 USD lub 1 GBP na jedno z podanych poniżej kont, a w tytule przelewu podadzą swój osobisty adres mailowy (oświadczam, że nie sprzedam nikomu bazy adresów mailowych), to obiecuję, że po ukończeniu ostatniego maratonu wyślę moją relację i zdjęcie z medalem jako skromne podziękowanie, a jednocześnie potwierdzenie, że środki zostały wykorzystane zgodnie z przeznaczeniem.

Nr kont SWIFT (BIC) – INGBPLPW

w PLN: PL 81 1050 1025 1000 0097 1014 1921

w EUR: PL 91 1050 1025 1000 0097 1014 2614

w USD: PL 29 1050 1025 1000 0097 1014 2663

w GBP: PL 17 1050 1025 1000 0098 1810 0290

Wróć