Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

Dowiedz się więcej o ciasteczkach cookie klikając tutaj

Maraton na Mauritiusie

16-07-2025 19:45 | Autor: Andrzej Wojakowski
Marzenia są po to, aby je spełniać, a przynajmniej próbować je urzeczywistniać, zrobić chociaż kilka kroków w ich kierunku. Ta wyspa, położona na Oceanie Indyjskim, względnie niedaleko Madagaskaru, kojarzona z rzadkimi znaczkami pocztowymi i ptakiem – nielotem dodo od lat „chodziła” po mojej głowie, ale była ciągle poza zasięgiem finansowym. Wreszcie doczekała się. Z kalkulacji wyszło mi, że będzie mnie stać (mimo że od niedawna jestem emerytem). Poleciałem tam i zaliczyłem tamtejszy maraton!

Ale po kolei. Przygotowania treningowe zacząłem od połowy maja, po moim ostatnim biegu maratońskim w Kopenhadze. Poranne brzuszki, bieg dzienny, wieczorem gimnastyka siłowa lub basen, jazda na rowerze, to elementy mojego treningu. Zabrakło tylko długich wybiegań, co później wyszło na trasie.

Bilety lotnicze kupiłem już w lutym br., co by optymalizować koszty podróży, a leciałem z Warszawy do Frankfurtu liniami Lufthansa, a dalej (ponad 11 godzin) na Mauritius liniami Eurowings Discovery. Jak zawsze cały pobyt na wyspie sam zorganizowałem.

Dzień maratonu (Nd. 06.07.2025) zaczął się dla mnie bardzo wcześnie. Pobudka 3.10 w nocy, miodne śniadanie, a o 4.00 wyjazd „prywatną” taksówką na start, z osobą dorabiającą sobie w taki sposób. Skąd my to znamy? W ogóle na Mauritiusie nie działa nocna, publiczna komunikacja. Busy kończą pracę ok. 18.00, a zaczynają ok. 7.00 rano. Jedziemy nocą, na szosie i ulicach mijanych wiosek i małych miasteczek było widać więcej wałęsających się psów niż ludzi. Przyjeżdżamy sporo wcześniej, ale tzw. biuro zawodów, kilka namiotów, już się powoli kształtuje. Jest położone tuż przy plaży St. Felix Public Beach. Miejsce piękne za dnia, palmy, spokojny ocean, małe fale rozbijające się o rafę koralową, no i wąska piaszczysta plaża.

Start maratonu wg planu to godz. 6.30. Już prawie świta, 15 min przed startem dyrektor zawodów ogłasza wytyczne i idziemy na miejsce startu. I tu mała niespodzianka, nie ma baneru z napisem START, tylko szosa. Asystentka dyrektora imprezy odlicza od dziesięciu w dół, gwizdek, i w drogę. Ten bieg rozgrywany jest przy normalnym, lewostronnym ruchu ulicznym, auta wyprzedzają biegaczy z tyłu, niekiedy przejeżdżają dosyć blisko. Tylko na rondach są policjanci lub wolontariusze i flagą pokazują kierunek. Trasa maratonu przebiega wzdłuż południowego wybrzeża wyspy, na zasadzie, najpierw 4 km w prawo, nawrotka, następnie do 25,1 km w lewo, kolejny nawrót i powrót do mety. Tam jest baner z napisem FINISH. Biegnie się w większości wzdłuż wybrzeża, niekiedy najbliższym sąsiedztwie plaży i oceanu. W wielu miejscach widoki takie, że warto byłoby się zatrzymać i „strzelić” fotki, ale ja koncentruję się na biegu. Na trasie co 5 km stacje napojenia, z których skrzętnie korzystam, woda, Pepsi, małe cząstki mini bananów (tu tylko takie są) czy pomarańcz, rodzynki (prawie za każdym razem je pobierałem), a jest nawet cukier trzcinowy. Wolontariusze pomocni, podają kubki z napojami. Brak izotoników, ale miałem ze sobą dwa żele, jeden skonsumowałem na 20 km, a drugi na 30 km.

Przez większość trasy biegło się dobrze. Jak zwykle miałem tzw. własne pit-stopy (w sumie cztery, ok. 20 min. w plecy) ze względu na nagrzewającą się lewą stopę. Do 35 km biegło się - jak na mnie - całkiem nieźle, ale później trasa była na dłuższym odcinku pod górkę, dosyć silny przeciwny wiatr, w słońcu, niewiele cienia po drodze (odkryta przestrzeń). Mój organizm się buntuje, trzy razy przechodzę do marszu, aby uniknąć skurczu, to w lewej, to w prawej nodze, no i moje tempo spada dosyć drastycznie. Na całej trasie nie było pomiarów czasu, jest tylko jeden, na mecie. Ja, przez te marne, wolne ostatnie 7 km, uzyskuję na mecie nienajlepszy czas: 4:32:16.

Dużo biegaczy powie: co za slaby czas, ale ja chętnie podyskutuję nad taką opinią w kontekście biegaczy z mojej kategorii wiekowej. Na Mauritiusie byłem w kategorii tzw. weteran 3, tj. 60 – 69 lat. Okazało się gdy później sprawdzałem swój wynik, że jestem trzeci w swojej kategorii wiekowej. Pierwszy raz w mojej „karierze” biegowej pudło! I co za pech – przegapiłem ceremonię nagradzania, nie stanąłem na podium. Prawdopodobnie nie usłyszałem wezwania, bo byłem w tym czasie na masażu. Później upomniałem się u organizatorów i dostałem za moje trzecie miejsce dodatkowy, drewniany medal, nagrody rzeczowe od KFC (główny sponsor), jak i dwa vouchery na posiłki również od KFC.

Z wspomnianym masażem miałem kłopot. Przez 5 min nie mogłem zdjąć lewej skarpetki, łapał mnie potężny skurcz w łydce, to był dowód, że tym razem pokonanie 42 km 195 m stanowiło duży wysiłek dla mojego organizmu. Po masażu zacząłem się poruszać, zjadłem dużą bułkę i ciastko od KFC, poszedłem też zrobić parę zdjęć na mecie i jakoś powoli doszedłem do siebie.

Maraton, pomimo swojej kameralności (ukończyło go tylko kilkadziesiąt osób) wart jest polecenia, ale trzeba się nastawić na inne standardy niż w Europie. Pobyt w lipcu na tej wyspie (jest tutaj teraz zima z temp. od 17 do 23 C) można tak zaplanować, aby wziąć udział w biegu (są też inne możliwe dystanse w tym dniu: 5 km, 10 km, półmaraton), ale również pozwiedzać wyspę (wiele atrakcji), poplażować itp. Ja przy okazji tego maratońskiego zamorskiego wypadu, uciekłem od upałów panujących w Polsce. Śmieję się, że jakby dla mnie na Mauritiusie wszędzie włączono klimatyzację: wewnątrz i na zewnątrz. Mój osobisty kawał: „Chcesz uciec w lipcu od upałów panujących w Polsce, leć na Mauritius”.

Niech czytelnicy nie nastawią się, że ta wyspa to raj na ziemi. Jest tutaj wiele biednych ludzi, skromnie ubranych, wiele domów jest w złym stanie technicznym, pełno jest plastikowych butelek i puszek na poboczach dróg, których stan też jest nienajlepszy. Jednak miejscowi ludzie są bardzo życzliwi, pomocni. Oczywiście są oazy luksusu np. wysokiej klasy hotele, piękne centra handlowe, ale nie na kieszeń przeciętnego Maurytyjczyka. Daleko tej wyspie do raju na Ziemi.

Jeśli czytelnik zainteresował się moją maratońską pasją to poinformuję jeszcze, że aktualnie staram się zrealizować następne wyzwanie, tj. być w Klubie Siedmiu Kontynentów. Chodzi o ukończenie maratonu na każdym kontynencie. Pozostała mi niestety Antarktyda. Wszystkie dotychczasowe moje starty sam finansowałem, nie mam żadnego sponsora, na swoją pasję zarabiam ostatnio pracą w Niemczech. Jednak w przypadku Antarktydy zaczynają się dla mnie finansowe Himalaje. Impreza organizowana przez Marathon Tours and Travels, startująca z Buenos Aires (trzeba tam jeszcze dolecieć) zaczyna się od ponad 7 tys. USD. Niestety, wykonywana praca w Niemczech szybko nie pozwoli mi uzbierać takiej kwoty. A czas leci, mam już ponad 65 lat. Stąd zwracam się o ewentualne finansowe wsparcie mojego projektu, tj. umieszczenie ostatniego, najdroższego diamentu w Koronie Kontynentów - Antarktydy. Jeśli uznają Czytelnicy, że warto poprzeć mój projekt, podaję poniżej nr konta do wpłat. Wiem, że jest wiele pilniejszych potrzeb do wsparcia (np. zdrowie), ale jeśli uznają Czytelnicy, że nie mogą mnie finansowo wspomóc, to moja prośba o rozesłanie tego listu z moim projektem wśród swoich znajomych, rodziny, koleżanek i kolegów. Będę wdzięczny za takie poparcie.

Dla wszystkich, którzy prześlą nawet symboliczne 1 PLN, 1 EUR, 1 USD lub 1 GBP na jedno z podanych poniżej kont, a w tytule przelewu podadzą swój osobisty adres mailowy (oświadczam, że nie sprzedam nikomu bazy adresów mailowych), to obiecuję, że po ukończeniu ostatniego maratonu wyślę moją relację i zdjęcie z medalem jako skromne podziękowanie, a jednocześnie potwierdzenie, że środki zostały wykorzystane zgodnie z przeznaczeniem.

Nr kont SWIFT (BIC) – INGBPLPW

w PLN: PL 81 1050 1025 1000 0097 1014 1921

w EUR: PL 91 1050 1025 1000 0097 1014 2614

w USD: PL 29 1050 1025 1000 0097 1014 2663

w GBP: PL 17 1050 1025 1000 0098 1810 0290

Wróć