Real Gold doznał zmiażdżenia obu trzeszczek i był nie do uratowania. Są to małe kości umieszczone wewnątrz ścięgien i więzadeł działające jak dźwignie, zwiększając siłę i efektywność ruchu. Prawdopodobnie przed wyjściem na końcową prostą wpadł w zagłębienie (dziurę) na torze, czego skutkiem było uszkodzenie więzadeł podwieszających trzeszczki pęcinowe i ich zmiażdżenie. Czy gdyby został natychmiast zastopowany mógł uniknąć śmierci? Być może, ale to pytanie na zawsze pozostanie bez odpowiedzi. Nieszczęśliwy wypadek wywołał falę histerycznych komentarzy w Internecie. Obrońcy zwierzątek nazywali wyścigi konne rzeźnią, a był to jeden z delikatniejszych zarzutów. Dwie fundacje obronne poszły dalej – zarzuciły „dżokejce” znęcanie się nad koniem, a ponadto „zaniechanie interwencji w trakcie zdarzenia”.
Kierownictwa fundacji znają wyścigi konne prawdopodobnie tylko z opowiadań. Fundację „Pańska Łaska” prowadzi w Niemieczkowie, sołeckiej wsi w gminie Oborniki, para Krysia i Tomek. Próżno szukać w Internecie ich nazwisk, natomiast uderzają gorące apele o wsparcie finansowe i 1,5 proc. odpisu z naszych podatków. Nawet gdybym bardzo chciał wspomóc tę fundację byłoby to niemożliwe, ponieważ nie przekazuję swoich pieniędzy osobnikom bez nazwisk. Prezeska i fundatorka fundacji „Przyjaciel Zwierz”, mającej siedzibę we wsi Ławki, ma nazwisko. To Ewa Leszczyńska. Pisze o sobie, że „działając jako aktywny wolontariusz w fundacjach pro zwierzęcych, nabrała niezbędnego doświadczenia a także przekonania, że tylko poprzez realne działanie, a także edukację społeczeństwa, możemy zmienić świat”. I w jej przypadku mamy do czynienia z apelem o wsparcie darowizną.
Co do wydarzenia z dnia 15 listopada ub.r. „realne działanie” pani Leszczyńskiej, to oskarżenie w prokuraturze amazonki – uczennicy o znęcanie się nad koniem oraz zaniechanie interwencji w trakcie zdarzenia. Czy napełniona „niezbędnym doświadczeniem” Leszczyńska zna definicję znęcania się? Nie wydaje mi się, więc pomogę, by nabrała jeszcze większego doświadczenia. Otóż znęcanie się to UMYŚLNE, często powtarzające się zadawanie cierpień fizycznych lub psychicznych innej osobie (zwierzęciu), zazwyczaj będących w stosunku zależności od sprawcy. Jest to przestępstwo z art. 207 k.k. obejmujące m.in. bicie, wyzwiska, a także głodzenie, czy dręczenie emocjonalne. Zwracam uwagę na słowo „umyślne”. Jak to się ma do zdarzenia z udziałem amazonki – uczennicy i ogiera Real Gold? Nijak.
Do dzielnych obrońców zwierzątek natychmiast dołączyły setki internetowych sensatów, jak również „Follow The White Horse”, inicjatywa non profit „stworzona przez osoby przekonane o konieczności zmian w relacjach ludzie – konie”. Brednie wypisywane przez obrońców zwierzątek oraz wybitnych znawców problematyki wyścigowej jeżą włosy na głowie. „Z relacji świadków wynika, że skończyło się to otwartym złamaniem kości(!), a następnie eutanazją” – piszą o ogierze Real Gold „eksperci” z „Follow The White Horse”. Nie było otwartego złamania, lecz uszkodzenie trzeszczek, ale „otwarte złamanie” brzmi w tekście lepiej i dosadniej. A że to wierutne kłamstwo… Dalej włos ponownie jeży się na głowie: „Ile koni ma jeszcze zginąć na torze dla ludzkiej rozrywki i zysku?”.
To obraza dla nas, właścicieli koni wyścigowych, którzy wydają setki tysięcy złotych na ich utrzymanie, wysokoenergetyczną karmę, a w przypadku kontuzji na bardzo kosztowne leczenie konia. Całe nasze środowisko jest wstrząśnięte tym, co wydarzyło się w dniu 15 listopada ub.r., ale na czele z właścicielem ogiera Real Gold, ani nam w głowie oskarżać uczennicę o znęcanie się nad koniem. Wypadki podczas rozgrywania gonitw na Służewcu zdarzają się bardzo rzadko. Znacznie częściej konie odnoszą kontuzje na służewieckim torze treningowym, nie remontowanym od zarania dziejów. Tu przydałyby się ostre interwencje przyjaciół zwierzątek, ale nie pod adresem wyścigowego środowiska, lecz państwowej spółki Totalizator Sportowy, która od 2008 r. dzierżawi od Skarbu Państwa zabytkowy Służewiec i jest organizatorem gonitw tamże.
Od prawie 20 lat decydenci z TS nie kiwnęli palcem w bucie, by zrewitalizować naszpikowany dziurami, kompletnie zaniedbany tor treningowy i w ten sposób zadbać o bezpieczeństwo ludzi oraz koni. Od dwóch miesięcy Oddział Służewiec – Wyścigi Konne TS ma nowego dyrektora, Pawła Rabantka, a od kilku dni nowego nadzorcę z ramienia zarządu spółki, wiceprezesa Szymona Gawryszczaka. Co czeka wyścigi konne pod rządami tych dwóch panów – trudno przewidzieć. Sezon wyścigowy 2026 liczy tylko 45 dni, najmniej w historii Służewca. Nie ma możliwości (prawnych?) podniesienia nierewaloryzowanej od 2008 r. dziadowskiej rocznej puli nagród w wysokości około 8,5 mln zł. Nie ma pieniędzy na remont toru treningowego. Nie ma pomysłu na zwiększenie pul w poszczególnych zakładach (porządki, trójki, czwórki, kwinty, septymy).
Może więc panowie Rabantek i Gawryszczak zechcieliby rozważyć opracowanie programu gonitw w języku chińskim i wietnamskim? To żaden koszt dla tak bogatej spółki jak TS. Dlaczego właśnie w tych językach? Dlatego, że lwia część klientów kasyn, nawet około 80-90 proc., stanowią Azjaci. Większość z nich to Chińczycy, Wietnamczycy i Tajowie. Hazard ma w Chinach, Wietnamie i Tajlandii sięgające wieków korzenie i jest w genotypie każdego Azjaty. To dla nich tradycja i system wierzeń dotyczący szczęścia, przeznaczenia, feng shui i karmy. Azjaci nie wywodzą się z purytańskich chrześcijan, u których hazard jest grzechem. Większość kultur wschodniej i południowej Azji jest bardzo przesądna, a czynnik szczęścia odgrywa dużą rolę w hazardzie. W Polsce zatrudnionych jest już ponad 1,17 mln cudzoziemców, coraz więcej z nich pochodzi z Azji i Ameryki Południowej. Można zakładać, że liczba Azjatów przebywających w naszym kraju przekracza ćwierć miliona.
Największe skupisko ludności pochodzenia azjatyckiego znajduje się w Wólce Kosowskiej (gmina Lesznowola) pod Warszawą. To centrum handlowe, zamieszkiwane i odwiedzane przez społeczności wietnamską, chińską i indyjską określane jest często mianem „polskiego Chinatown”. Pracuje tam około 30 tys. osób, z dużą reprezentacją Chińczyków i Wietnamczyków. To potencjalni klienci toru służewieckiego, ale należy dać im szansę i zachętę w postaci programu gonitw w ich ojczystym języku. Wyścigi to nie ruletka, czy bakarat, gdzie decyduje ślepy los, wyścigi konne opierają się na analizie programu wyścigowego. Przyciągnięcie na tor Azjatów nie jest nowym pomysłem, mówi się o tym na Służewcu od wielu lat.
Rozważenia wymaga również kwestia biletowania wstępu na Służewiec w dni wyścigowe. Poza galami Derby i Wielka Warszawska frekwencja na trybunach jest zastraszająco niska, szczególnie jesienią. To Służewiec powinien walczyć o nowych widzów, a nie widzowie o wstęp na Służewiec. Czas to wreszcie pojąć. Służewiec niewiele daje w zamian za bilet – prawo przebywania na niezbyt przyjaznej „patelni” pomiędzy trybunami, nie chroniącej przed słońcem, deszczem i chłodem oraz tasiemcowe kolejki do punktów z bardzo drogim jedzeniem. Wizyta na Służewcu czteroosobowej rodziny to spory koszt, dlatego i w tym przypadku należałby wyjść widzom naprzeciw. Czemu poza czterema najważniejszymi dniami wyścigowymi (inauguracja sezonu, Derby, Dzień Arabski i Wielka Warszawska) nie zaproponować widzom wolnego wstępu na tor w pozostałe dni wyścigowe? Summa summarum, mogłoby to być bardziej opłacalne do organizatora, ponieważ widz pieniądze na bilet z pewnością przeznaczyłby na grę. Przeważnie z naddatkiem.
Człowiekowi wolno marzyć, nawet właścicielowi i współwłaścicielowi konia wyścigowego, więc niechaj panowie Rabantek i Gawryszczak tak właśnie odbiorą moje rozważenia w kwestii azjatyckiej i biletowej.