Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

Kto zachoruje na Odrę?

17-08-2022 21:29 | Autor: Maciej Petruczenko
Urodzony w Bochni polsko-czeski satyryk żydowskiego pochodzenia Gabriel Laub (1928-1998) trafnie zauważył, iż „bohaterowie są potrzebni w niebezpiecznych okolicznościach, we wszelkich innych zawadzają”. U nas najlepszym tego przykładem jest Lech Wałęsa – lider NSZZ „Solidarność” w najgorętszym okresie działania tego związku zawodowego, a tak po prawdzie 10-milionowej armii społeczników, przeciwstawiającej się marazmowi i wypaczeniom PRL. Dziś tego w gruncie rzeczy prostego człowieka już mało kto słucha. Tym bardziej, że zawsze miał on więcej odwagi niż rozumu. Chociaż obserwując jego działania od początku, byłem tego świadom, to jednak dla mnie i mojego pokolenia pozostanie on bohaterem narodowym, nawet jeśli nigdy nie był człowiekiem bez skazy. Zresztą, cokolwiek się o nim w Polsce mówi, jako bohatera zna go cały świat. I powiedzmy sobie szczerze, iż pamiętne dwa słowa „My, Naród”, wypowiedziane przez Wałęsę w uroczystym przemówieniu przed obiema izbami parlamentu amerykańskiego, znalazły nawet szerszy międzynarodowy oddźwięk niż liczne orędzia Jana Pawła II. Mimo że ten „nasz papież” w zakulisowej praktyce uczynił znacznie więcej dla uczynienia Polski na powrót w pełni wolnym krajem.

No cóż, Wałęsa miał i wciąż ma w sobie nieco za wiele z chłopka-roztropka, a były biskup krakowski Karol Wojtyła, człowiek o najczystszych intencjach – nazbyt się swego czasu zasklepił w religijnym konserwatyzmie, dając się w praktyce ogrywać watykańskim cwaniakom ze słynnej „lawendowej mafii”, której macki ogarnęły również polskie diecezje, a zło wyrządzane w skali światowej jest czymś nie tylko głęboko zawstydzającym, ale wprost haniebnym dla Kościoła Rzymskokatolickiego.

Cokolwiek myśleć o dominującej u nas odmianie chrześcijaństwa, będącej przez wieki nośnikiem polskiej kultury narodowej, jej wieloletnie zakłamanie, pazerność i próby podporządkowywania sobie władzy państwowej (łączenie tronu z ołtarzem) wychodzą coraz bardziej na jaw – czy chcemy tego, czy nie chcemy. Już Jan Paweł II przepraszał za grzechy Kościoła, chociaż nie potrafił pogonić największych grzeszników. Teraz kaja się zdesperowany papież Franciszek, przyznając, że w wielu wypadkach nawet przykazanie „nie zabijaj” było jawnie łamane przez najróżniejsze służby kościelne, czego dobitnym dowodem jest mordowanie „nawracanych” dzieci indiańskich w Ameryce.

Piszę te słowa akurat w czasie, gdy zwykliśmy co roku wpadać w polityczno-religijną ekstazę. Wedle pewnego sondażu ponad połowa Polaków zgadza się z prezydentem RP Andrzejem Dudą, iż interwencja „Pana Boga i Matki Najświętszej, która wsparła swoich chłopców, swoje dzieci, żeby mogli się obronić przed sowiecką czerwoną nawałą /.../ – to jeden z elementów sukcesu, jakim było w 1920 pokonanie bolszewików. Drugim elementem miał być „geniusz dowódców, męstwo żołnierzy, ich umiejętności”.

Prezydent w zasadzie podtrzymuje zadawnioną opinię, iż same działania wojskowe, w tym nowoczesny wywiad, były w tamtej wojnie z bolszewikami elementem drugorzędnym, bo tak naprawdę był to sprawiony przez siły nadprzyrodzone – Cud nad Wisłą. I to nie chłopaki pod dowództwem Józefa Piłsudskiego, Tadeusza Rozwadowskiego, Władysława Sikorskiego i innych, tylko Najświętsza Panienka odepchnęła bolszewicką nawałę. Tak samo teraz można odnieść wrażenie, że to nie Wałęsa był hetmanem zwycięskiej armii Solidarności, tylko mali ludzie, usiłujący dziś przypisać sobie cudze zasługi i postawić niezasłużone pomniki. Owszem, można co do Wałęsy eksponować jego mniejszą lub większą współpracę z bezpieką, ale tak samo można opisywać Piłsudskiego jako zafascynowanego socjalizmem terrorystę, który dla zdobycia funduszy napadał na pociągi, dokonując rabunku, no i jako przechrztę, lekceważącego wyznanie rzymskokatolickie.

Napad na pociąg pocztowy w Bezdanach koło Wilna, dokonany przez bojówki PPS z udziałem Piłsudskiego, Walerego Sławka, Aleksandra Prystora i Tomasza Arciszewskiego w roku 1908, przeszedł do historii jako „Akcja czterech (przyszłych) premierów”. Zabiwszy ponoć kilka osób z eskorty, pepeesowcy zgarnęli ponad 200 tysięcy rubli. Oczywiście, gdy po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, doszli do władzy, nikt im tamtego napadu na carski pociąg nie miał za złe. Ani też Piłsudskiemu nie wyrzucano, iż był potem płatnym agentem, pracującym dla potrzeb monarchii austro-węgierskiej. No cóż, różne bywają losy osób zaangażowanych w politykę.

W kolejnej fazie swoich działań „Dziadek” przyczynił się w walnym stopniu do odzyskania przez Polskę niepodległości, ale powojenna demokracja niezbyt mu się spodobała, stąd zainicjowany przezeń w 1926 zamach majowy na legalny rząd II RP. Nawet to zostało mu wybaczone, mimo że w wyniku bratobójczych walk zginęło w Warszawie ponad 300 osób. Choć może się mylę i znajdą się śledczy z Instytutu Pamięci Narodowej, którzy zmieszają Piłsudskiego z błotem i każą wykreślić jego kontrowersyjną postać z podręczników szkolnych. Znajdą też pewnie jakiś bat na 95-letnią bohaterkę Powstania Warszawskiego Wandę Stawską-Traczyk, która otwarcie krytykuje rządy PiS.

Tymczasem opozycja jedzie ostro po stronie rządowej w związku z katastrofą ekologiczną, która dotknęła Odrę, czyniąc z drugiej z największych rzek w Polsce cuchnące bagno z gnijącymi korpusami ryb. Ja się do jakiejkolwiek krytyki nie przyłączam, nie wiedząc, czym ta katastrofa została spowodowana. Pewne jest tylko to, że osoby odpowiedzialne za stan wód Odry nie ogłosiły w porę stanu alarmowego.

W sytuacji, gdy przyczyn katastrofy nie zdołano wskazać, politycy opozycji przypomnieli, jak obecna władza państwowa atakowała Bogu ducha prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego, przypisując mu – całkowicie błędnie – winę za awarię oczyszczalni ścieków Czajka. Wtedy doszło do stosunkowo niedużego zanieczyszczenia Wisły. Teraz idący od Wrocławia smród śniętych ryb dociera Odrą do Szczecina i dalej do Niemiec. A przecież jeszcze niedawno było nad Odrą tak pięknie... Widocznie starożytny mędrzec Heraklit z Efezu miał rację, twierdząc, że nigdy nie wchodzi się do tej samej rzeki...

Wróć

Interesuje Cię współpraca?
Napisz do nas! wspolpraca@passa.pl
Copyright 2015 - Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: MEETMEDIA