Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

Dowiedz się więcej o ciasteczkach cookie klikając tutaj

Komu dam kreskę w wyborach w 2027 roku?

28-01-2026 20:53 | Autor: Tadeusz Porębski
Kolejny minister zdrowia, tym razem w spódnicy, popada w rozterki z powodu powiększającej się dziury w budżecie Narodowego Funduszu Zdrowia (NFZ). Nie mogą już tego słuchać. Od kilku dekad kolejne rządy ładują do wora bez dna kolejne miliardy z naszych podatków i nie ma w państwie mądrego, który potrafiłby chory system postawić za nogi. Niezależni eksperci prognozują w latach 2025-2027 deficyt nawet do ponad 100 mld zł. Powodem są rosnące koszty świadczeń oraz niewystarczające przychody ze składki zdrowotnej. To doprowadzi m.in. wstrzymywania przez szpitale coraz większej liczby planowych zabiegów. W roku ubiegłym udział wpłat z tytułu składki zdrowotnej w budżecie NFZ okazał się mniejszy niż planowano aż o 3,5 mld zł. Kiedy decydenci polityczni w naszym kraju pojmą wreszcie, że w dzisiejszych czasach wolnorynkowej gospodarki darmowa służba zdrowia to fikcja? Żaden system nie jest w stanie na dłuższą metę tego wytrzymać.

Od 1999 r. działały u nas kasy chorych, sprawdzone na Zachodzie instytucje funkcjonujące w systemie ochrony zdrowia, ale w roku 2003 zostały zlikwidowane. Powstało16 regionalnych kas chorych i jedna branżowa dla służb mundurowych. Działały na zasadzie samorządu zarządzanego przez rady wyłaniane w wyborach. System kas chorych działa od 100 lat w Niemczech, Austrii, Holandii, Belgii i Szwajcarii opierając się na modelu ubezpieczeń społecznych, gdzie składki są dzielone między pracowników i pracodawców, tworząc fundusz zdrowia. Niemcy są prekursorem tego modelu i mają dobrze rozwinięty system z publicznym (GKV) i prywatnym ubezpieczeniem (PKV). Składki trafiają do wspólnego Funduszu Zdrowia (Gesundheitsfonds), który dystrybuuje środki do konkurujących ze sobą kas chorych. System ubezpieczeń publicznych i prywatnych działa równolegle. Tak więc słowem kluczem, gwarantującym sprawne funkcjonowanie systemu kas chorych, jest słowo „konkurencja”, którego w polskim systemie brakuje.

Który kraj oferuje swoim obywatelom najlepszą opiekę zdrowotną? Okazuje się, że Singapur, który oferuje lepszą opiekę niż państwa Zachodu, i to płacąc za nią o połowę mniej! Eurostat podaje, że w roku 2022 największe wydatki na służbę zdrowia poniosły Niemcy (12,6 proc. PKB), Francja (11,9 proc.) i Hiszpania (9,7 proc.), natomiast Polska tylko 6,4 proc. Singapur opracował niebywale efektywny system oparty na obowiązkowych oszczędnościach (MediSave), ubezpieczeniach (MediShield Life) oraz współpłaceniu, z wysokim odsetkiem finansowania prywatnego, co zapewnia powszechny dostęp przy jednoczesnym utrzymaniu niskich kosztów i wysokiej jakości opieki zdrowotnej. Przykład Singapuru pokazuje, że nawet przy relatywnie niskich wydatkach na służbę zdrowia (tylko 4-5 proc. PKB) można zapewnić obywatelom opiekę medyczną na najwyższym światowym poziomie. Jest jednak warunek: podstawą systemu ochrony zdrowia w Singapurze jest to, że pacjenci płacą przynajmniej część kosztów za wizytę u lekarza.

Tę prawdę szybko pojęli nasi sąsiedzi Czesi. Brat Czech wydaje się być mądrzejszy od brata Lecha, więc podpowiada mu, co trzeba zrobić, by system sterujący służbą zdrowia stał się wydolny, a pacjent został otoczony opieką i był zadowolony. Od 2008 r. udający się do lekarza obywatel Republiki Czeskiej powyżej 18 roku życia płaci za wizytę 30 koron, czyli na nasze około 5 zł. Na korytarzu każdej czeskiej przychodni stoi automat. Wrzucasz 30 koron i udajesz się do wskazanego na wydruku pokoju, w którym oczekuje internista. Wrzucasz 90 koron (16 zł) wybierasz specjalistę i pędzisz do konkretnego gabinetu, a specjalista już tam na ciebie czeka. Ważne jest to, że pieniądze wrzucane do automatu pozostają w przychodni. Jeden dzień pobytu w szpitalu to wydatek w wysokości 60 koron (11 zł), dlatego hospitalizowani pacjenci często spędzają weekendy w domu. Z opłat zwolnieni są zarabiający poniżej średniej krajowej oraz osoby, które leczą się przymusowo.

Ponosząc przeciętnie koszt rzędu 70 zł miesięcznie, masz, obywatelu, dostęp do każdego lekarza podstawowej opieki zdrowotnej, ze specjalistami włącznie i nie musisz miesiącami czekać na badanie specjalistycznym sprzętem. Jak system wprowadzony w życie w Czechach w 2008 r. sprawdza się w praktyce?. Korytarze przychodni zdrowia z dnia na dzień opustoszały. Za 90 koron (16 zł) Czech może wejść dzisiaj do lekarza specjalisty prosto z ulicy, bez potrzeby wyznaczania terminu. W Polsce też można wejść do specjalisty z ulicy, tyle że nie za 16, lecz za 250-300 złotych. Tu otwiera się puszka Pandory. Wola polityczna do przeprowadzenia zmian na wzór czeski to jedno, potężne lobby lekarskie mające mocną reprezentację w polityce i w Sejmie, to drugie. Wprowadzenie niskich taryf za wizytę u specjalisty to koniec eldorado dla potężnej grupy lekarzy – biznesmenów.

Czesi leczą się w dobrych warunkach, my od ponad 20 lat nieustannie biadolimy wrzucając do wora bez dna kolejne miliardy, które nie tylko nie zmieniają sytuacji na lepsze, ale wręcz ją pogorszają. A będzie jeszcze gorzej, bo nie ma – nawet na horyzoncie – tak mocnej i zdeterminowanej siły politycznej, która odważyłaby się wprowadzić choćby symboliczne opłaty za wizytę lekarską, a także stawić czoła potężnemu lobby lekarzy – biznesmenów. Liczby w Czechach mówią same za siebie. Już rok po wprowadzeniu reformy państwo czeskie pozyskało do budżetu 1,8 mld koron (około 300 mln zł) z tytułu wizyt w przychodniach, natomiast 1,3 mld koron (około 216 mln zł) pacjenci zostawili w szpitalach. Przeciętny Czech zostawia w przychodniach zdrowia około 210 koron (35 zł) w skali roku, co odpowiada 7 wizytom.

Prawda o polskiej służbie zdrowia jest bolesna. Jak ją uzdrowić i wyrzucić na śmietnik historii NFZ pochłaniający rokrocznie kolejne miliardy z budżetu państwa? Logika podpowiada, że nie da się jej uzdrowić bez obciążenia pacjentów symbolicznymi opłatami. Jednak kolejne ekipy rządzące państwem jak ognia boją się powiedzenia swoim obywatelom prawdy w oczy. Każda kolejna ekipa boi się wrzasku „najbiedniejszych”, którzy rzekomo mieliby najbardziej dostać po kieszeni. Ci „najbiedniejsi” potrafią jednak w każdą niedzielę położyć banknot „na tacy”, bądź wspierać ojca – dyrektora zapisując mu w testamentach mieszkania. Ale kiedy państwo odważyłoby się na wprowadzenie symbolicznej 5-10 złotowej odpłatności za wizytę u lekarza internisty i 15-20 złotowej u specjalisty, podniósłby się lament pod niebiosa.

Pytanie do tych „najbiedniejszych” nasuwa się samo: co jest dla was bardziej opłacalne – wyłożenie 250-300 zł za wizytę u specjalisty w prywatnym gabinecie, czy wydanie 20 zł w przychodni NFZ za szybki dostęp do takiego samego specjalisty? Jeśli nie rozwiązanie czeskie czy singapurskie, to może powrót do sprawdzonych na Zachodzie kas chorych? Ten system zaczynał się sprawdzać i u nas, niestety, jak twierdzi wielu ekspertów, został zlikwidowany z zupełnie innych powodów, niż ten, że był niewydolny. System kas chorych porządkował wiele spraw, wykrywał nieprawidłowości w funkcjonowaniu, pieniądz szedł za pacjentem. Kasy działają na zasadzie konkurencji o pacjenta, co wymusza na świadczeniodawcach (szpitalach, przychodniach) poprawę jakości i efektywności.

Wprowadzenie elementu konkurencji między ubezpieczycielami mogłoby zoptymalizować wykorzystanie środków, co jest niezbędne w obliczu niewystarczających funduszów. Dziś, kiedy mamy potworny bałagan w systemie ochrony zdrowia – w organizacji i finansowaniu – każde rozwiązanie porządkujące wydaje się być dobre. Mieszkałem w Niemczech ponad 8 lat i wiem jak sprawnie funkcjonują tam kasy chorych, dlatego jestem zwolennikiem ich powrotu do Polski. Jestem zwolennikiem decentralizacji systemu, bo to zawsze usprawnia jego funkcjonowanie. Zadania resortu zdrowia powinny ograniczyć się do finansowania świadczeń wysokospecjalistycznych i leczenia chorób rzadkich, czyli przekazywania środków poszczególnym województwom. Taki model wypracowała Hiszpania i jest on jednym z najlepiej ocenianych pod względem satysfakcji z wykonywanych usług w Europie.

Zdrowie to największy skarb każdego człowieka, nie ma nic cenniejszego. Tolerując panujący od dekad bajzel w naszej służbie zdrowia, jak również marnotrawienie przez kolejne ekipy rządzące państwem kolejnych miliardów pochodzących z naszych podatków, narażamy na szwank nie tylko nasze zdrowie, ale także reputację stając się pośmiewiskiem Europy. Dlatego w wyborach parlamentarnych 2027 dam kreskę temu ugrupowaniu, które przedstawi jako priorytet zreformowanie naszej służby zdrowia na wzór czeski, singapurski, czy niemiecki (kasy chorych). I nie ma dla mnie żadnego znaczenia, czy będzie to ugrupowanie lewicowe, liberalne, prawicowe, czy nawet skrajnie prawicowe, choć za prawicą nie przepadam. Czytelników namawiam do podjęcia podobnej decyzji.

Wróć