Jednym z najbardziej zacietrzewionych zwolenników globalnego ocieplenia jest Fundacja ClientEarth Prawnicy dla Ziemi oraz popierająca ją dziennikarka Dominika Tarczyńska od dawna „robiąca w temacie ekologii i klimatu”. Nie zapomnę jak straszyła lud z wypiekami na twarzy o nadciągającej suszy stulecia, która zniszczy, spustoszy, zrujnuje, zdewastuje i w ogóle. Jakoś udało się przeżyć, wody w kranach nie zabrakło, rzeki i wodne cieki nie wyschły. Natomiast Fundacja ClientEarth Prawnicy dla Ziemi posuwa się jeszcze dalej, mocno lansując zmiany w prawie. „Brakuje całościowego podejścia, które pokazywałoby ścieżkę dojścia do neutralności klimatycznej. To oferuje przygotowana przez nas ustawa” – perorowała w wywiadzie telewizyjnym mecenas Zuzanna Rudzińska – Bluszcz. Chciałbym dzisiaj stanąć twarzą w twarz z panią mecenas, na ściskającym od grudnia i mającym zakończyć się dopiero w drugiej połowie lutego siarczystym mrozie, by zapytać, czy nadal popiera tezę o globalnym ociepleniu.
Mówienie o ekologii ma sens, ludzie chcą o niej słuchać i chcą działać. My alarmujemy i działamy, bo zmiana klimatu to nie jest dobra opowieść – prawi Dominika Tarczyńska. Zależy dla kogo nie jest to dobra opowieść, zdałoby się rzec. Dla nas wszystkich faktycznie nie jest, ale dla dziennikarki i jej podobnych aktywistów – sygnalistów to bardzo dobra opowieść, bo na podorędziu mają temat – rzekę, z którego żyją. Tu przypomina mi się wniosek płynący z książki „Die kalte Sonne” (Zimne Słońce) autorstwa Fritza Vahrenholta i Sebastiana Lüninga: „Nie grozi nam żadna klimatyczna katastrofa, a efekt cieplarniany to bzdury nagłaśniane przez zagorzałych ekologów i badaczy klimatu, którzy na klimatycznej histerii robią sławę i majątek”. Lapidarnie i w punkt.
Geolog Lüning oraz Fritz Vahrenholt, menedżer niemieckiego koncernu energetycznego RWE, przekonują, że za zmiany klimatu na Ziemi nie jest odpowiedzialny efekt cieplarniany wywołany przez człowieka. Wszystkiemu winna ma być zmieniająca się cyklicznie aktywność Słońca. Podobna książka o podobnym tytule (Chilling Stars) ukazała się kilka lat wcześniej, jej autorem jest Henrik Svensmark, astrofizyk Duńskiego Centrum Kosmicznego. W jednej i drugiej publikacji przedstawiana jest ta sama prosta i przemawiająca do wyobraźni teoria. Nigdy jednak nie wykazano naukowo, że zmiany aktywności Słońca pokrywają się z wahnięciami klimatu, więc kiedy wkrótce przyjdzie wiosna, a po niej letnie upały, „eksperci” i „badacze” znów się uaktywnią. Zwolennicy i przeciwnicy efektu cieplarnianego znów złapią się za łby. I jedni, i drudzy będą robić karierę. O dużych pieniądzach nie wspomnę.
Mam za sobą życie w komunie, w realnym socjalizmie, potem w demokracji, gospodarce rynkowej i w mediach bez cenzury. Widzę, że dzisiejszy świat opiera się na dwóch fundamentach – są to pazerność oraz wszechobecny kit. Natłok informacji powoduje, że nie jesteśmy w stanie dociec, co jest prawdą, a co fikcją. Będzie gorzej, bo do gry ostro wchodzi sztuczna inteligencja. Wkrótce trzeba będzie być wybitnie inteligentnym i spostrzegawczym, by móc oddzielić ziarno od plew. Efekt cieplarniany to tylko jeden z dyżurnych tematów, na których miliony zarabiają miliony. Kolejne teorie spiskowe wytwarzane są przede wszystkim w gabinetach politycznych w celu tworzenia dezinformacji i manipulowania społeczeństwem. Jest to także pokarm dla cwaniaków używających teorii spiskowych do zarabiania dużych pieniędzy.
Teorie teoriami, one żyją właściwie w wirtualnym świecie domysłów i spekulacji, ale tony kitu sprzedawanego ludziom za ogromne pieniądze przy pomocy perfidnie zmontowanych reklam, to niestety real. Mróz sprzyja domowym pieleszom i zerkaniu na telewizyjny ekran. Zima to zalew spotów reklamujących suplementy diety, placebo nie mające właściwości leczniczych. Podejmuję ten temat po raz kolejny, bo moim zdaniem wymaga tego interes społeczny. Większość narodu jest przekonana, że suplement diety to lek, który pomoże zwalczyć chorobę, na przykład przeziębienie, czy anginę. Nic bardziej mylnego. Niestety, nawet ustawowe zmuszenie producentów suplementów do informowania ludu, że dany produkt nie ma właściwości leczniczych, nie zniechęciło mas do przyjmowania suplementów, a wręcz przeciwnie. Szacuje się, że w roku 2022 wartość rynku osiągnęła poziom 6 miliardów zł i nadal wykazuje tendencję wzrostową na poziomie 8 proc. rocznie.
Miliardowy biznes napędzany jest za pomocą telewizyjnych reklam. Bardzo często infantylnych, bo właśnie takie są, zdaniem autorów, lepiej przyswajane przez ogół. Niewiele osób wie, że wyprodukowanie suplementu jest bajecznie proste. Należy zainwestować kilkadziesiąt tysięcy złotych w zakup maszyny do napełniania kapsułek oraz puste kapsułki i wkład do nich, czyli magnez pod postacią cytrynianu w proszku, bądź chlorku magnezu (kilkadziesiąt zł za 1 kg). No i oczywiście w „cudowne” zioła w postaci suszu. Modne stały się zioła o tajemniczych orientalnych nazwach, jak np. Ashwagandha, która ma być lekiem na wszystko. Ciekawe, czy można zastosować ją także do leczenia odcisków na stopach? Kolejny krok to zgłoszenie suplementu w Głównym Inspektoracie Sanitarnym w Warszawie przy ul. Targowej 65, który jedynie rejestruje zgłoszenie, ale nie może kontrolować produkcji. „Cudowny środek” kierowany jest do hurtowni i ląduje w żołądku konsumenta.
Aliści media oraz Internet zaczęły edukować lud i liczba osób potrafiących odróżnić suplement diety od leku zaczęła niepokojąco (dla producentów kitu) wzrastać. Wymyślono więc naprędce inny, przyjazny dla produktu termin – wyrób medyczny. Ma to uwiarygadniać produkt, ale jednocześnie może wprowadzać pacjenta w błąd, że jest to forma leku. Tradycyjnie do tej kategorii zaliczało się plastry, opatrunki, testy diagnostyczne i sprzęt medyczny, od niedawna coraz częściej określenie „wyrób medyczny” dotyczy kapsułek, tabletek i syropów. Wyroby medyczne to coś pomiędzy lekiem a suplementem diety – ich działanie może, ale nie musi, być lecznicze, a jeśli już, to w bardzo ograniczonym zakresie. Natomiast wprowadzenie ich na rynek jest – podobnie jak suplementów diety – stosunkowo łatwe. W Polsce dopuszczeniem do obrotu suplementów diety zajmuje się Główny Inspektor Sanitarny, a nie Główny Inspektor Farmaceutyczny i Urząd Rejestracji Leków i Produktów Biobójczych.
Dla mnie najśmieszniejsze jest to, że suplementy diety nie służą do leczenia chorób, a jednak masowo kupują je osoby dotknięte chorobą. Niewielu zdaje sobie sprawę, że suplementy przeznaczone są dla ludzi zdrowych. Kolejny temat to różnica pomiędzy wodą mineralną a źródlaną. Kto zna różnicę? Jak w przypadku suplementów – niewielu. Fundacja Pro-Test – na zlecenie UOKiK – przeprowadziła test wody. Badania wykazały, że wody źródlane nie różnią się składem mineralnym od wody z kranu. Taki „Żywiec Zdrój” czy „Kropla Beskidu”, mocno promowane wody źródlane, to suma stałych składników mineralnych w butelce nie wyższa niż 230 mg/l, podczas gdy mineralna Muszynianka ma ich 2241 mg/l, a wyborna ciechocińska „Krystynka” aż 3416,58 mg/l!
Podstawą diety żyjącego 2 mln lat temu Homo Habilis były zawierające nienasycone kwasy tłuszczowe ryby, małże, skorupiaki, żaby, jaja morskich ptaków, a nawet glony. Siłą napędową ludzkiej ewolucji nie byli polujący mężczyźni, lecz kobiety zbierające pokarm na brzegach mórz, jezior i rzek. Dzięki takiej diecie ich dzieci rodziły się wyposażone w zapasy tłuszczu stanowiące aż 14 proc. ich wagi. Porzućmy więc chemiczne suplementy diety i suplementujmy się produktami naturalnymi, przede wszystkim bogatymi w kwas dokozaheksanowy (DHA) i kwas tłuszczowy Omega-3. To one m.in. są podstawą sprawnego funkcjonowania naszego mózgu.