To bardzo dobre pytanie – szczególnie dzisiaj i szczególnie na gruncie polskim, ale nie tylko. Do mnie najbardziej trafia fraza o epidemii łamania dotychczasowych norm. Wskaźnik demokracji (ang. Democracy Index) po raz pierwszy opracowano w 2006 r., a następnie aktualizowano corocznie. Indeks opracowywany jest przez Economist Intelligence Unit (jednostka badawcza związana z prestiżowym tygodnikiem The Economist) i bada stan demokracji w 167 krajach świata. Opiera się on na 60 wskaźnikach zgrupowanych w pięciu różnych kategoriach (proces wyborczy i pluralizm, swobody obywatelskie, funkcjonowanie administracji publicznej, partycypacja polityczna oraz kultura polityczna) i jest średnią ważoną na podstawie odpowiedzi na 60 pytań. Każde z pytań posiada dwie lub trzy możliwe odpowiedzi do wyboru. Większość odpowiedzi należy do ekspertów różnych narodowości. Niektóre odpowiedzi udzielane są na podstawie badań opinii publicznej przeprowadzanych w poszczególnych krajach.
Państwa zostały podzielone na „Demokracje pełne”, „Demokracje wadliwe”, „Systemy hybrydowe” oraz na „Systemy autorytarne”. System hybrydowy to częściowo zreformowany system socjalistyczny, nakazowo – rozdzielczy (np. Chiny Ludowe). Punkty za odpowiedź są dodawane w każdej kategorii, pomnożone przez dziesięć oraz podzielone przez łączną liczbę pytań w tej kategorii. Z sumy uzyskanych punktów wylicza się średnią dla danego kraju. Wskaźnik ten, w zaokrągleniu do jednego miejsca po przecinku, decyduje o klasyfikacji danego kraju: Demokracje pełne – od 8 do 10; demokracje wadliwe – od 6 do 7,9; Systemy hybrydowe – od 4 do 5,9; Reżimy autorytarne – poniżej 4. Od 2018 r. Polska plasuje się w kategorii „Demokracja wadliwa”. Średni poziom wskaźnika dla 21 krajów Europy zachodniej wynosi 8,38. Europa wschodnia natomiast z roku na rok dołuje. Główne powody to brak kultury politycznej, trudności w wypracowaniu skutecznych instytucji chroniących rządy prawa oraz korupcja.
Według The Economist, głównym powodem kiepskiego stanu demokracji na wschodzie Europy jest potęgujący się z roku na rok spadek zaufania do rządów i partii politycznych. Brytyjski tygodnik określa np. PiS jako partię nacjonalistyczną demolującą po przejęciu władzy instytucje demokratyczne – sądownictwo, Trybunał Konstytucyjny, przejmującą pełną kontrolę nad publicznymi mediami, czy wprowadzającą wadliwe zmiany w systemie mianowania sędziów. Obecna ekipa rządząca Polską również kontroluje Publiczną, ale w odróżnieniu od PiS robi to w jedwabnych rękawiczkach. W rankingu za rok 2023 Polska zdobyła 7,18 pkt., co przełożyło się na 41. miejsce na świecie i skok o 5 miejsc w górę. W rankingu wyprzedziły nas jednak takie kraje jak m.in. Malezja, Wyspy Zielonego Przylądka, Botswana, Chile, Mauritius czy Kostaryka. Mimo lepszego miejsca w najnowszym rankingu nadal nie wypadamy najlepiej na tle innych państw członkowskich UE. Gorsze miejsca zajęły jedynie Słowacja (44. miejsce), Węgry (50. miejsce), Chorwacja (58. miejsce), Rumunia (60. miejsce) i Bułgaria (62. miejsce). Ukraina, które ubiega się o członkostwo w UE, zajęła dopiero 91. miejsce.
Około połowa światowej populacji mieszka w miejscach, w których w 2024 r. odbyły się wybory. W ponad 70 krajach oddano około 1,65 miliarda głosów i choć liczba demokratycznych wyborów w ciągu jednego roku nigdy nie była wyższa okazało się, że globalna demokracja jest w gorszej kondycji, niż w jakimkolwiek momencie w prawie dwudziestoletniej historii indeksu. Na przykład Francja została zdegradowana z pełnej demokracji do demokracji wadliwej. Odzwierciedla to głównie pogorszenie oceny zaufania do rządu po tym, jak prezydent Emmanuel Macron w przyspieszonych wyborach nie zdołał zapewnić większości parlamentarnej żadnej partii czy blokowi, co skutkuje częstą zmianą rządu (czterech różnych premierów w ciągu roku) i potęgującym się chaosem. Na uwagę zasługuje również pozycja Stanów Zjednoczonych, kolebki demokracji. Kraj nie został uznany za w pełni demokratyczny, na co prawdopodobnie wpłynął wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA w 2024 r. The Economist uznał, że już w pierwszym miesiącu urzędowania nowy lokator Białego Domu podważył polityczną niezależność służby cywilnej i podpisał szereg zarządzeń wykonawczych o wątpliwym autorytecie prawnym.
Pomimo rekordowych wyborów w 2024 r. – kiedy ponad połowa światowej populacji poszła do urn – Indeks Demokracji EIU odnotował kolejny spadek poparcia dla demokracji. Średni wynik spadł z 5,23 w 2023 r. do poziomu 5,17 – najniższego od roku 2006 r. Ranking dowodzi, że tylko 45 proc. światowej populacji żyje w demokracji, 39 proc. pod rządami autorytarnymi, a 15 proc. w „systemach hybrydowych”, które łączą demokrację wyborczą z tendencjami autorytarnymi. Indeks Demokracji 2024 dowodzi również, że Polska (39 miejsce) nie jest krajem w pełni demokratycznym. Autorzy zestawienia oprócz Polski zaliczyli do „wadliwych demokracji” także m.in. Francję, Stany Zjednoczone, Koreę Południową czy Włochy. Po raz szesnasty z rzędu za najbardziej demokratyczny kraj na świecie z wynikiem 9,81 na 10 punktów uznano Norwegię. Drugie miejsce zajęła Nowa Zelandia (9,61), a trzecie Islandia (9,45). W czołówce znalazły się również Szwecja (9,39), Finlandia (9,30), Dania (9,28), Irlandia (9,19), Szwajcaria (9,14) i Holandia (9,0). Irlandia po okiełznaniu katolickiego kleru natychmiast znalazła się pierwszej dziesiątce krajów o najwyższym wskaźniku demokracji. To pewnego rodzaju symbolika.
Index nie pozostawia żadnych wątpliwości: Skandynawowie ze swoją najdynamiczniej rozwijającą się gałęzią chrześcijaństwa, jaką jest protestantyzm, przodują w każdym dorocznym rankingu oceniającym stan demokracji. Patrząc na pierwszą dziesiątkę krajów uznawanych za wzorzec demokracji widzimy, że przodują te, w których religia nie dominuje, a kler nie łaknie wpływów politycznych, jak to dzieje się w Polsce, gdzie Kościół katolicki nadal ma niezwykle silną pozycję, a patologia stroi się w patriotyczne piórka. Warto wiedzieć, że po wojnie trzydziestoletniej (1618 –1648) państwa protestanckie poszły niebywale do przodu (likwidacja analfabetyzmu, szacunek dla władzy, dyscyplina). Przez wieki tamtejszy Kościół luterański przyczynił się do rozwoju czytelnictwa. Coroczne przesłuchania wiernych przez pastorów ze znajomości Biblii i katechezy Lutra sprawiły, że w czasach kiedy w Europie wschodniej panował głęboki analfabetyzm, zamiast podpisu stawiano krzyżyk i smarkano w rękaw, szwedzki chłop umiał już czytać i pisać. Król Karol X Gustaw wydał znamienny edykt zobowiązujący pastorów do udzielania ślubów wyłącznie tym parom, które potrafią przeczytać dokument i podpisać się. W ten sposób Szwecja, nie stosując przymusu szkolnego, błyskawicznie pozbyła się analfabetyzmu.
W 1969 r. w Norwegii przedmiot „Religia” zmienił nazwę na „Religioznawstwo”. Wśród celów nauczania wymienia się poznawanie nie tylko religii chrześcijańskiej, ale także judaizmu, buddyzmu, islamu, hinduizmu oraz mitologii. W polskich szkołach nadal nie funkcjonuje instytucjonalna wstrzemięźliwość, brakuje też tolerancji polegającej na uszanowaniu cudzego wyglądu, ubioru, religii, czy sposobu życia. Jeśli edukacja faktycznie ma jakikolwiek związek z umacnianiem demokracji w państwie nie należy spodziewać się, że Polska kiedykolwiek awansuje do pierwszej dziesiątki w rankingu The Economist.