Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

Impresje na temat służby zdrowia na Ursynowie

30-06-2021 23:06 | Autor: Prof. dr hab. Lech Królikowski
Wśród mieszkańców Ursynowa panuje przekonanie, że ursynowska, publiczna służba zdrowia należy do całkiem dobrych. Może rzeczywiście tak jest?

We wtorek 22 czerwca ok. 14-tej zgłosiłem się do przychodni na Romera celem odbioru wyników badań żony. Przy okienku byłem jedynym oczekującym. Po drugiej stronie szyb, folii i innych antykolidowych zabezpieczeń pani w średnim wieku segregowała swoje papiery i szufladki. Stałem spokojnie, wreszcie, po ok. 15 minutach „pani z okienka” zainteresowała się, w jakim celu dziadek stoi przy okienku. Okazało się, że wyników badań jeszcze nie ma i sprawa została zamknięta. Kolejnego dnia, tj. 23 czerwca w środę ok. 13-tej dotarłem do swojej przychodni Na Uboczu. Celem było uzyskanie recepty na szczepionkę przeciw kleszczowemu zapaleniu mózgu (KZM). Rejestracja odgrodzona szklanymi szybami, taśmami i sznurami, a wewnątrz dwie sympatyczne panie. Tu także byłem jedynym interesantem. Zapytałem uprzejmie, czy istnieje możliwość abym dzisiaj (tj. w środę) dostał się do lekarza celem uzyskania recepty na szczepionkę. Pani zapytała mnie o nazwisko mojego lekarza prowadzącego, a po uzyskaniu odpowiedzi stwierdziła, że pan doktor będzie we wtorek (tj. za tydzień) i jeśli przyjdę, to być może mnie przyjmie. Na moje stwierdzenie, że w dokumentacji przychodni są moje aktualne badania, a ja nie czuję żadnych dolegliwości, wobec czego wizyta u dowolnego lekarza mogłaby trwać ok. 5 minut – pani stwierdziła, że absolutnie nie ma szans na wcześniejszą wizytę. Temperatura zarówno 22, jak też 23 czerwca dobrze przekraczało 30 stopni, więc przyjście do przychodni i stanie przy okienku nie należało do przyjemności, tym bardziej, że jestem, niestety, starszą osobą (77 lat). Tego, co pomyślałem o ursynowskiej służbie zdrowia, nie napiszę, aby nie gorszyć młodzieży!

Przypomniała mi się natomiast przygoda z 2002 roku, gdy pracowałem w Najwyższej Izbie Kontroli. Także w czerwcu prowadziłem wówczas kontrolę w ważnym śląskim urzędzie. Któregoś dnia po skończonej pracy postanowiłem przejść się po mieście. W hotelu zmieniłem swój „służbowy” strój na kraciastą koszulę i dżinsowe spodnie. Spacerując po Katowicach, w pewnej chwili poczułem, że rozpoczyna się atak kolki nerkowej. Okazał się nadzwyczaj silny, do tego stopnia, że nie byłem w stanie wrócić do hotelu, ani zatelefonować na pogotowie (komórek prawie jeszcze nie było). Dosłownie zwijałem się z bólu i poruszałem się z największym trudem. Popołudniowy upał sprawił, że byłem mokry od potu. Po licznych próbach zatrzymałem taksówkę i poprosiłem o kurs do Pogotowia Ratunkowego. Tam siadłem na ławce oczekujących, w większości pokancerowanych pijaczków, od których niewiele różniłem się już wyglądem. Kiedy przyszła moja kolej, rejestratorka zadała mi pytanie; „wy jakoś się nazywacie?” Nie byłem już w stanie cokolwiek powiedzieć, więc wyjąłem z kieszeni koszuli NIK-owską legitymację, w której było moje nazwisko poprzedzone literkami „dr hab.” Rejestratorka z legitymacją wybiegła … i się zaczęło. Za chwilę przybiegł lekarz dyżurny, zaprosił mnie do swego gabinetu, otoczył wszechstronną i czułą opieką, uśmierzył ból zastrzykami. Karetka odwiozła mnie do hotelu, a w środku nocy odwiedził mnie (w hotelu) inny lekarz z pogotowia z pytaniem o mój stan zdrowia.

I pomyśleć, jak bardzo troska przedstawicieli publicznej służby o stan zdrowia pacjenta zależy od tego, czy potrafi się odpowiednio przedstawić (niekoniecznie taką, czy inną legitymacją)!

Wróć

Interesuje Cię współpraca?
Napisz do nas! wspolpraca@passa.pl
Copyright 2015 - Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: MEETMEDIA