Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

Dowiedz się więcej o ciasteczkach cookie klikając tutaj

Europejczycy kontra turyści

30-07-2025 20:51 | Autor: Mirosław Miroński
Do opinii publicznej docierają informacje o protestach przeciwko masowej turystyce w niektórych krajach europejskich. To nie przypadek, bo właśnie na naszym kontynencie jest wiele miejsc przyciągających tłumy turystów. Wiele miejscowości stanowiących atrakcję dla odwiedzających zmienia się w porze wakacji w oblężone twierdze. Często ilość przybyszów przekracza znacznie liczbę mieszkańców. Masy chętnych, aby obejrzeć najbardziej popularne obiekty utrudniają, a wręcz uniemożliwiają normalne życie. Przypomina to tsunami, po którym trzeba naprawić szkody. Choć ta nawała najeźdźców nie powoduje aż tak niszczycielskich skutków, to jednak dla coraz większej liczby miejscowych przybysze stają się utrapieniem. Nie należy się więc dziwić, że swoje niezadowolenie manifestują podczas ulicznych demonstracji.

To coś więcej niż zwykłe niezadowolenie. Tłumy przetaczające się przez ich małe ojczyzny burzą spokój, pozbawiają ludzi ich prywatności. Zmienia się dotychczasowe życie, które w coraz większym stopniu przypomina atmosferę wielkich dworców, hal targowych albo marketów podczas wyjątkowych wyprzedaży. Te ostatnie trwają jednak krótko. Łatwiej znieść chwilowe niedogodności podczas „Black Fiday”, czy mówiąc po polsku „Czarnego Piątku”, ale zdecydowanie trudniej jest znosić niekończące się przepychanki i ścisk na każdym kroku. Dla wielu mieszkańców turyści stają się prawdziwą plagą. Kiedyś zachęcani przez branżę turystyczną do odwiedzania ich miast, dziś stanowią problem. Do chóru niezadowolonych obywateli dołączają ekolodzy i najróżniejszej maści obrońcy środowiska, które co by nie mówić także cierpi z powodu masowej turystyki. Przybysze niczym szarańcza wciskają się w każde wolne miejsce, okupują hotele, pensjonaty oraz kwatery prywatne windując tym samym ceny najmu.

Tysiące ludzi protestowało niedawno przeciwko temu w Hiszpanii, we Włoszech i w Portugalii. Demonstracje te mogą dziwić, bo przecież turystyka w tych krajach stanowi znaczące źródło dochodów. Turyści zostawiają tam miliony, a nawet miliardy euro, dolarów i innych walut. Pieniądze te zasilają nie tylko prywatne konta, ale też kasę miejską. Z branżą turystyczną powiązanych jest wiele innych dziedzin życia. Na turystyce zarabiają m.in.: gastronomia, handel, transport, usługi, kultura i paradoksalnie środowisko, bo część przychodów przeznaczana jest na jego ochronę i na rewitalizację cennych miejsc i obiektów.

Turystyka wpływa na gospodarkę, podnosi poziom życia mieszkańców, zasila nie tylko budżety miast, ale także budżet państwa. O co więc chodzi? Czy aby ktoś tu nie oszalał? Protestowanie przeciwko wyższym dochodom właśnie na to wskazuje. To nie żadna łaska ze strony gospodarzy a poważny biznes. Kto przy zdrowych zmysłach pozbywa się kury znoszącej złote jajka? Wydaje się, że te pytania brzmią logicznie, więc dlaczego ludzie protestują przeciwko turystom? Czy nie wiedzą, że od tego zależy ich byt? Patrząc na to z zewnątrz można mieć uzasadnione wątpliwości czy jest w tym jakikolwiek sens.

Rozumiem potrzebę prywatności, komfortu tzw. lokalsów, ale coś za coś. Także w Polsce są grupy uprzywilejowane pod względem turystycznym np. górale albo mieszkańcy regionów nadmorskich. Jedni i drudzy skwapliwie wykorzystują swoje położenie geograficzne. To w końcu prezent od losu żyć w miejscu, które przyciąga turystów gotowych zapłacić wcale nie mało za pobyt i korzystanie z tamtejszych uroków. Mieszkańcy innych regionów Polski mogą o tym jedynie pomarzyć.

Wyobraźmy sobie mieszkańców Zakopanego, Bukowiny, Białki Tatrzańskiej potrafiących liczyć „dutki”, czy Krynicy Morskiej, Ustki albo Sopotu protestujących przeciwko napływowi turystów. Wszędzie w wymienionych miejscach większość ludzi popukałaby się w czoło na samą myśl o tym. Czy ktoś widział tam protestujących przeciwko turystom w Tajlandii, Indiach, Wietnamie, czy Chinach? No chyba nie. A tu proszę, takie rzeczy dzieją się w Europie. Dlaczego? Bo tu zawsze można liczyć na socjal i wsparcie państwa. Oj, przewraca się chyba w głowach niektórym. A może protestujący Europejczycy mają rację? Może cenią sobie tzw. święty spokój przede wszystkim? To wielce prawdopodobne. Mam przyjaciół we francuskim Cannes, którzy właśnie dla świętego spokoju wyjeżdżają ze swojego miasta aby uniknąć najazdu gości podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego odbywającego się corocznie w ich mieście. Można? Można.

Najwidoczniej ucieczka przed potokiem turystów nie dla wszystkich jest dobrym rozwiązaniem problemu. Natrętni goście zalewający miasta w Europie są jak fala, która może przeminąć. W końcu nic nie trwa wiecznie. Popularność przychodzi i odchodzi. Dobra koniunktura może się odwrócić, a wtedy żadna reklama nie pomoże. Klientów łatwo zniechęcić, a dużo trudniej jest zachęcić do czegoś. Nie bez powodu tak wiele firm dba o wizerunek firmy. To samo dotyczy państw i miast. Pieniądze wydawane na promocję mogą przynieść korzyści, ale nie muszą. Wiedzą o tym specjaliści od public relations, bo to klient ma zawsze rację. Turysta to także klient, który wcale nie musi jechać akurat tam, gdzie go nie chcą. Znajdzie się wielu chętnych np. w Azji, Ameryce jednej lub drugiej, którzy dostarczą mu konkurencyjnych atrakcji. To kwestia odpowiednio przygotowanej oferty.

Wróć