Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

Czy rząd musi udawać Greka?

18-05-2022 20:15 | Autor: Tadeusz Porębski
Ostatnio pisałem, że z danych Ministerstwa Finansów – czyli oficjalnego rządowego źródła – wynika, iż na koniec 2021 r. państwowy dług publiczny (PDP), liczony według krajowej metodologii, wynosił niemal 1,15 bln złotych, najwięcej w historii. To aż o 19 proc. więcej niż przed pięcioma laty. Jednak ukryty dług publiczny jest skrzętnie przemilczany od lat i tylko nieliczni rządowi ekonomiści, zajmujący się wyliczeniami, mają wiedzę o jego astronomicznej wysokości. W 2017 r. Parlament Europejski nakazał państwom Wspólnoty ujawnianie wysokości długu publicznego, powiększonego o wartość przyszłych rent i emerytur, które państwo musi wypłacić emerytom i rencistom, pomniejszoną o już zgromadzone składki. W następstwie tego żądania GUS w kwietniu 2018 r. musiał pokazać pełny obraz finansów publicznych. Komunikat GUS brzmiał: „Urząd prezentuje po raz pierwszy szacunki wartości uprawnień emerytalno – rentowych gospodarstw domowych, nabytych w ramach ubezpieczeń społecznych... Zobowiązania państwa polskiego z tytułu obiecanych emerytur opiewają na kwotę 4,96 biliona złotych”. To nie w kij dmuchał, jak mawiał mój dziadek nieboszczyk, ponieważ w 2018 r. owe prawie 5 bilionów złotych stanowiło aż 275 proc. PKB.

Oczywiście, nie jest tak, że państwo będzie musiało nagle wysupłać prawie pięć bilionów, by wypłacić je obywatelom. Są to tzw. zobowiązania odroczone w czasie. ZUS będzie je wypłacał w miesięcznych emeryturach i rentach. Jednak ze względu na proces starzenia się społeczeństwa coraz więcej osób będzie przechodziło na emeryturę, a w obecnym pokoleniu rodzi się o połowę mniej dzieci niż w poprzednim, więc strumień pieniędzy pochodzących z obowiązkowych „składek” będzie stopniowo wysychał. I tu znajduje się jądro problemu – przyszłość nasza i następnego pokolenia. Jednak kto w Polsce myśli dzisiaj o przyszłości? Skoro dają (500+, trzynastki i czternastki oraz inne dodatkowe świadczenia socjalne), trzeba brać i być wdzięcznym za darowiznę, czyli głosować na dobroczyńcę. A że Polska może stać się drugą Grecją z początku nowego millennium? Co to kogo obchodzi, po nas choćby potop. Nieszczęście Grecji zbiegło się wraz z dojściem do władzy partii PASOK i premiera Andreasa Papandreu. Ruszyła wówczas budowa państwa opiekuńczego – trzynaste i czternaste pensje, podwyżki płacy minimalnej oraz zasiłków dla bezrobotnych, wzrost wynagrodzeń w sferze budżetowej, etc. Zatrudnienie w sektorze publicznym wzrosło z 283 do 487 tys., przy 3,9 mln osób zatrudnionych. Czy to państwu Czytelnikom z czymś się kojarzy, szczególnie wyznawcom Prezesa i wielbicielom PiS?

To, że państwo opiekuńcze wyszło Grekom bokiem, wszyscy wiemy. Prestiżowy amerykański magazyn „Forbes” pisał: „Grecy słono zapłacili za kryzys, który pod względem zamożności zepchnął ich do poziomu sprzed 50 lat. Na greckiej ścieżce nie warto zrobić nawet pierwszego kroku, bo trudno się zatrzymać, a efekt końcowy jest znany”. Państwo posiadające zbyt rozbudowaną administrację i politykę opartą na patronacie oraz wątpliwej jakości systemie księgowości, musi w końcu paść ofiarą głębokiego kryzysu.

Jak wysoki jest w rzeczywistości państwowy dług publiczny? Tego nie wie nikt, bowiem rząd przejął kontrolę polityczną nad wydatkami, które nie są nadzorowane przez parlament. Konkretnie kontrolę zawłaszczył premier Mateusz Morawiecki i jego ministrowie, którzy w sposób arbitralny decydują o wydawaniu setek miliardów złotych i zadłużaniu państwa. Stąd rozbieżności pomiędzy PDP a EDP, czyli długiem sektora instytucji rządowych i samorządowych, stanowiącym jeden z elementów unijnego kryterium fiskalnego z Maastricht. Dług wyliczany tą metodologią wyniósł na koniec 2021 r. rekordowe 1,41 bln zł, czyli o 40 proc. więcej niż pięć lat temu. Różnica między zadłużeniem obliczanym według krajowych i unijnych standardów wynosi obecnie 258,1 mld zł i w tym roku z pewnością się powiększy, ponieważ pączkują kolejne fundusze przy BGK, takie jak Fundusz Pomocy dla Uchodźców, Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych i rządowy fundusz Polski Ład. Ich wydatki nie podlegają kontroli parlamentu.

Stworzono równoległy budżet podważający sens istnienia budżetu ustawowego, więc de facto rząd uzyskuje absolutorium budżetowe na podstawie fikcyjnych danych. Należy jednak mocno podkreślić, że podwójny budżet nie jest patentem opracowanym przez PiS na tzw. okoliczność. Ta bardzo niebezpieczna praktyka oszukiwania obywateli poprzez ukrywanie przez rząd faktycznych danych o finansach państwa ma swój początek w 2008 r., w momencie wybuchu globalnego kryzysu finansowego. Jest to dzieło rządu sformowanego przez PO i PSL, a konkretnie ówczesnego ministra finansów Jana Vincenta Rostowskiego, z sukcesami kultywowane przez jego następców w resorcie. W dużym uproszczeniu polega ono na powołaniu pozabudżetowego funduszu, którego na mocy prawa nie zalicza się do sektora finansów publicznych. Fundusz zadłuża się, by rząd mógł finansować postawione przed nim zadania (500+, trzynaste i czternaste emerytury, itp.). Gdyby wpisać do oficjalnego budżetu wydatki związane z funkcjonowaniem Tarczy Finansowej Polskiego Funduszu Rozwoju (program pomocowy dla przedsiębiorców uruchomiony w ramach Tarczy Antykryzysowej), która wygenerowała ponad 80 mld zł zadłużenia, jak również Funduszu Przeciwdziałania Covid-19, na rzecz którego Bank Gospodarstwa Krajowego wyemitował blisko 140 mld zł długu, państwowy dług publiczny byłby wyższy niż 55 proc. PKB.

A w polskim prawie obowiązują regulacje, które mają uniemożliwić politykom nieodpowiedzialne zadłużanie państwa. Konstytucyjny zapis mówi jasno: dług nie może przekraczać 60 proc. PKB i tzw. progów ostrożnościowych zawartych w ustawie o finansach publicznych. Gdyby rząd ośmielił się je naruszyć, musiałby zastosować niezwykle bolesny program cięć wydatków i podwyżek podatków, ponieważ jest do tego zobligowany ustawowo. Ustawa stwierdza wprost, że waloryzacja emerytur w takiej sytuacji byłaby ograniczona tylko do inflacji, a budżetówka musiałaby zapomnieć o podwyżkach. Takiego rozwiązania panicznie boi się każda rządząca opcja, ponieważ rodzi ono wśród obywateli frustrację, spadek zaufania do rządu, społeczne protesty na wielką skalę i w efekcie druzgocącą porażkę w wyborach.

Zatem zagadka została rozwiązana: zadłużanie Polski służy celom politycznym, m. in. utrzymaniu władzy. Pod płaszczykiem troski o najuboższych zadłuża się państwo, by utrzymać poparcie dające szansę na przedłużenie sprawowanej władzy. To populizm w czystej postaci, niestety kupowany przez elektorat. Jednak mało kto wie, jakim kosztem odbywa się utrzymywanie władzy w państwie przez PiS.

Otóż, szacunkowa wielkość długu publicznego (po uwzględnieniu wahań kursu złotego) wzrośnie z 1,4 bln zł od końca grudnia 2021 roku do 1,55 bln zł na koniec roku 2022, czyli o 376,8 mln zł na dobę i 15,7 mln zł na godzinę. A granica biliona złotych pełni dla międzynarodowych finansów rolę dzwonka alarmowego. Po jej przekroczeniu wzrasta bowiem prawdopodobieństwo ucieczki kapitału za granicę, powiększenia się rozmiarów szarej strefy w gospodarce i znacznego obniżenia ratingów.

Czym w ogóle jest dług publiczny? To łączna suma wszystkich zobowiązań niespłaconych przez rząd i inne podmioty z sektora finansów publicznych wierzycielom krajowym oraz zagranicznym. Najprostszą receptą na jego zmniejszenie jest spowolnienie przyrostu długu, ale w Polsce on nadal rośnie. Zatem zredukowanie deficytu finansów publicznych wydaje się być ruchem niezbędnym – rząd nie może już wydawać więcej pieniędzy niż ma do dyspozycji w budżecie i nie wolno mu zaciągać kredytów, ponieważ powiększają one dług publiczny. Polską gospodarkę zaczyna niszczy to, że pieniądze, które mogłyby być wydane na polepszenie infrastruktury czy zwiększenie innowacyjności polskich przedsiębiorstw, przeznaczane są na spłatę odsetek od zaciągniętych zobowiązań, obsługę długu oraz zbyt mocno rozbudowanych programów socjalnych.

Co prawda, według danych MFW na 182 państwa tylko Hong – Kong może pochwalić się zerowym zadłużeniem, ale Polska nadal jest krajem na tzw. dorobku, przez co wzrost gospodarczy w naszym kraju jest dużo mocniej hamowany przez szybki przyrost długu publicznego, niż ma to miejsce w zamożnych państwach Zachodu, dysponujących o wiele większym niż my potencjałem gospodarczym. Dlatego dalsze zadłużanie Polski przez obecny rząd musi zakończyć się głębokim kryzysem finansowym, na miarę kryzysu dławiącego Grecję w połowie pierwszej dekady naszego stulecia.

Wróć

Interesuje Cię współpraca?
Napisz do nas! wspolpraca@passa.pl
Copyright 2015 - Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: MEETMEDIA