Kiedy po wiekach zacofania i smarkania w rękaw Lechistan dostał wreszcie szansę dokooptowania do Zachodu i dynamicznego rozwoju, coraz większa liczba rodaków zaczyna postrzegać UE jako „eurokołchoz”. Nasi sąsiedzi, o wiele mniejsi od Lechistanu, zamiast biadolić i narzekać biją się o frukty będące w dyspozycji Brukseli. I wygrywają. Najlepszy przykład – Czesi, inny – Estończycy. Mieszkańcy Albanii, Gruzji, Serbii, Turcji i Ukrainy wprost przebierają nogami, by stać się pełnoprawnym członkiem Wspólnoty. Winston Churchill, dwukrotny premier Wielkiej Brytanii mawiał: „Polacy to najdzielniejsi z dzielnych, rządzeni przez najpodlejszych z podłych”. Norman Davies, wybitny brytyjski historyk, który poświęcił się badaniu dziejów państw Europy Środkowej: „Prawo i Sprawiedliwość jest najbardziej mściwym gangiem politycznym w Europie”. Tymczasem niejaki Dominik Tarczyński, który z wielką swadą przekonywał, że jako asystent egzorcysty widział kobiety plujące gwoździami i śrubami, został z woli sporej grupy obywateli Lechistanu europosłem. W każdym innym szanującym się kraju tego typu osobnik mógłby co najwyżej zamiatać ulice. Taki jest dzisiejszy Lechistan stworzony przez Lecha.
Nie możemy mierzyć się ze starymi członkami UE, ale z racji powierzchni i liczby ludności moglibyśmy liderować wśród państw byłego bloku sowieckiego. Liderem postępu w naszym regionie nieoczekiwanie stały się jednak jedenastomilionowe Czechy, które wraz z półtoramilionową Estonią i niespełna dwumilionową Łotwą gospodarczo oraz technologicznie prą do przodu z prędkością japońskiego super pociągu Shinkansen. Republika Czeska stała się nowoczesnym państwem o ustabilizowanej sytuacji politycznej i gospodarczej, które według Banku Światowego Czechy należy do 31 najbogatszych krajów świata pod względem dochodów per capita. Przewiduje się, że Polska może dogonić Czechy pod względem PKB per capita dopiero w 2030 r. osiągając 55,2 tys. dolarów w porównaniu do 56,9 tys. dolarów w Czechach. Procent mieszkańców Czech żyjących poniżej progu ubóstwa jest znikomy. Na podstawie danych Institute for Economics and Peace, Czechy są 10. najbezpieczniejszym krajem świata pod względem zagrożenia wojną i występowania przestępczości fizycznej. Gospodarka Czech jest uważana za najstabilniejszą spośród wszystkich państw postsocjalistycznych, a koncentracja przemysłu motoryzacyjnego w Republice Czeskiej jest jedną z największych na świecie.
Z produkcją 107.5 samochodów na 1000 osób Republika Czeska utrzymuje wiodącą pozycję wśród czołowych producentów samochodów pod względem produkcji samochodów na mieszkańca. W 2025 r. Škoda Auto musiała wypuścić na drogi już 2 mln aut, by sprostać ciągle rosnącemu popytowi. W 2005 r. spółka joint venture „TPCA, Toyota Peugeot Citroen Automobile Czech, sro” rozpoczęła w fabryce w Kolinie-Ovčárach produkcję kompaktowych samochodów miejskich Toyota Aygo, Peugeot 107 i Citroen C1. Inwestycja w zakład wyniosła ponad 25 miliardów koron i stworzyła tysiące miejsc pracy w regionie Kolin. Od uruchomienia produkcji zjechało z linii produkcyjnej blisko cztery miliony samochodów, które trafiły w ręce klientów w Europie i poza jej granicami. W fabryce „Toyota Motor Manufacturing Czech Republic” uruchomiono produkcję modelu Toyota Yaris, natomiast produkcja modeli i10 do i30, jak również hybrydowych Kona, Tucson i Santa Fe w „Hyundai Motor Manufacturing Czech” (HMMC) wzrasta rok do roku o około 20 proc. Co na to władze Polski, kraju sąsiedniego, dziesięciokrotnie większego od Republiki Czeskiej? Władze Polski mogą jedynie wstydliwie potwierdzić, że jesteśmy motoryzacyjnym i technologicznym zaściankiem, europejskim Murzynem stworzonym do prostych robót, jak np. skręcanie gotowych elementów i przykręcanie śrubek.
Czeska służba zdrowia? Tu zatrzymam się na dłużej, bo do szewskiej pasji doprowadziła mnie ostatnio wypowiedź niejakiej Marceliny Zawiszy, posłanki lewackiej partii „Razem”, która raczyła ostatnio stwierdzić, że najdłuższe od 12 lat kolejki do lekarzy są efektem „niedofinansowania systemu ochrony zdrowia”. Trudno o lepszy przykład niekompetencji i braku wiedzy. Ile jeszcze miliardów trzeba będzie bezmyślnie wpompować, by przekonać decydentów, że jedynym winnym niewydolności naszej służby zdrowia jest chory system, który wymaga natychmiastowej korekty. Jak to zrobiono w Czechach? Reforma systemu miała tam miejsce w 2008 r. i odtąd udający się do lekarza obywatel Republiki Czeskiej powyżej 18 roku życia płaci za wizytę u lekarza pierwszego kontaktu 30 koron, czyli na nasze około 5 zł. Po zapłaceniu 90 koron (15 zł) każdy Czech ma niczym nieskrępowany dostęp do lekarzy specjalistów prosto z ulicy i nie musi miesiącami czekać na wizytę. Z opłat zwolnieni są zarabiający poniżej średniej krajowej oraz osoby, które leczą się przymusowo. Nader częste podwyżki wynagrodzeń definitywnie zahamowały odpływ czeskich medyków poza granice kraju.
Mamy dzisiaj do czynienia z negatywnymi trendami demograficznymi, zwiększającą się liczbę chorób przewlekłych oraz zmianami technologicznymi, które znacznie podrażają koszty leczenia. Czynniki te drastycznie wpływają też na jakość świadczonych usług. Dlatego rząd musi zacząć myśleć – wzorem czeskiego – o zastąpieniu systemu publicznego rozwiązaniem rynkowym, czyli wprowadzeniem SYMBOLICZNYCH opłat za korzystanie z usług publicznej służby zdrowia. Oczywiście dzisiejsza opozycja natychmiast podniesie wrzask oskarżając rząd o zubożanie społeczeństwa, ale – jak widać na przykładzie Czech – tamtejsze społeczeństwo wcale nie zubożało, a tamtejszą służbę zdrowia można określić jako wzorcową w regionie. Peklowanie kolejnych miliardów w chory niewydolny system musi prędzej czy później zakończyć się katastrofą. Co do drenowania kieszeni biednych starców i emerytów. Biedujące miliony lekką ręką rzucają co tydzień banknoty na kościelną tacę, tysiące biedaków odprowadzają część świadczeń emerytalnych ojczulkowi Rydzykowi, a nie stać by ich było na symboliczne parę groszy za wizytę u lekarza? Nie wierzę.
Miękko przejdę do relacji państwo – Kościół katolicki w Czechach, dając przykład jak daleko jesteśmy od południowych sąsiadów nie tylko technologicznie, motoryzacyjnie i organizacyjnie, ale także światopoglądowo. W 2013 r. czeski parlament przegłosował ustawę o naprawieniu krzywd poprzez wypłatę rekompensat za nieruchomości użytkowane wcześniej, bądź należące do kościołów w Czechach. W zapisach ustawy została zawarta wypłata Kościołom przez 30 lat rekompensat o łącznej wysokości 59 mld koron, czyli 9,5 mld złotych. To około 2 mld koron rocznie. Największy udział w całym przedsięwzięciu miał Kościół katolicki (47,2 mld koron). W zamian za to zadeklarowano zaprzestanie wypłat z budżetu wynagrodzeń dla duchownych, na co szło rokrocznie 1,5 mld koron. W 2019 r. weszła w życie poprawka do ustawy z 2013 r., która zakłada opodatkowanie (19 proc.) odszkodowań wypłacanych Kościołom przez państwo za majątek, którego nie można zwrócić w naturze. Czeskie władze powiedziały wreszcie Kościołom „stop” i zakręciły kurki z pieniędzmi. Co ciekawe, przeciętnego obywatela Czech fakt opodatkowania pieniędzy dla Kościołów w ogóle nie rusza. Nikt nie protestuje i nie lata z krzyżami pod parlament. Przytoczone wyżej fakty wymuszają na mnie podpisanie się pod tezą, że z trójki braci – założycieli to zawistny, niezorganizowany, niezdyscyplinowany, skłócony z całym światem, wstecznie myślący i niepostępowy warchoł Lech okazał się być tym najgłupszym.