Po latach sukcesów na światowych aukcjach i pokazach wyhodowanych w Janowie arabów stadnina zagościła na nagłówkach gazet w kontekście skandali i zaniedbań. SK Janów Podlaski od kilku lat jest pod finansową kreską, straty idą w miliony złotych, choć obecna prezeska twierdzi, że w roku 2025 strata zmniejszyła się do 1 miliona zł. Największym problemem Janowa jest brak w stadzie wartościowych klaczy, które mogłyby urodzić cenne źrebaki i zapewnić tym samym kontynuację wspaniałych sukcesów naszych koni arabskich na międzynarodowych pokazach. Przez ostatnich osiem lat bezmyślnie wyprzedawano najlepsze konie, warunki dyktowali kupcy, a nie stadnina. Grozą powiało, kiedy ujrzałem słynne foto Michała Jadczaka prezentujące drzwi wejściowe do stadniny zabite ordynarną płytą paździerzową. Dzięki netowi obiegło ono kulę ziemską.
Można je odbierać jako rodzaj prezentacji, jak hunwejbini z PiS skutecznie zniszczyli wielowiekową narodową tradycję, którą szanował cały świat. A przecież w Dzienniku Ustaw 2017.2250, §4, stoi jak wół: „Uznanie za pomnik historii „Janów Podlaski – stadnina koni”. Istniejąca od 1817 r. SK Janów Podlaski jeszcze zipie, ale podobnie jak polskie wyścigi konne jest niczym śmiertelnie chory pacjent pod respiratorem. To nad wyraz trafne podsumowanie tego, co działo się z pomnikiem historii, czyli SK Janów Podlaski, za rządów PiS i tzw. Zjednoczonej Prawicy. Natomiast za kryzys polskich wyścigów konnych odpowiadają wspólnie hunwejbini z PiS i hunwejbini z Koalicji Obywatelskiej. Od początku istnienia w SK Janów Podlaski panowała stabilizacja, nawet podczas niemieckiej okupacji. Kryzys dotknął ją w wolnej Polsce, co jest znakiem naszych czasów.
We wrześniu 1939 r. Sowieci zrabowali wszystkie konie i majątek stadniny, znaczna część trafiła do Tierska na Kaukazie. Ze stada liczącego 27 klaczy pozostały w Janowie jedynie Saga oraz Najada, która szczęśliwie nie dała się wyprowadzić z boksu. Na mocy porozumienia Stalin – Hitler stadnina w Janowie Podlaskim przypadła Niemcom, którzy nadali jej nową nazwę „Hauptgestüt Janow Podlaski”. Niemcy pod kierunkiem komendanta stadniny płk. Hansa Felgiebla starali się przede wszystkim powiększyć liczbę klaczy czystej krwi. Wyszukiwali i odbierali klacze hodowcom prywatnym, ale często hodowcy sami je oddawali w nadziei odzyskania ich po wojnie. W okresie PRL stadnina w Janowie Podlaskim była oczkiem w głowie kolejnych ministrów rolnictwa i zaczęły tam docierać pierwsze pielgrzymki hodowców koni arabskich z całego globu, bowiem zdobycie na pokazie nawet wyróżnienia było przepustką do osiągania światowych laurów.
I tak pod koniec lat 70. ubiegłego wieku pojawili się w Janowie Podlaskim bogaci kupcy znad Zatoki Perskiej, z Wielkiej Brytanii, Szwajcarii, USA oraz tureccy kupcy z państwowej stadniny „Jockey Club”. Do stadniny zawitali reżyser Mike Nichols, gwiazdor muzyki country Kenny Rogers, słynny projektant mody Paolo Gucci, multimiliarder Armand Hammer, czy wspomniani Shirley i Charlie Watts. To Armand Hammer kupił w 1981 r. za 1 mln USD (straszne naonczas pieniądze) ogiera El Paso, co było wówczas najwyższą w historii sumą zapłaconą za arabskiego ogiera. Polska hodowla arabów czystej krwi była wzorem dla świata i źródłem pozyskiwania najbardziej urodziwych koni tej rasy. Budżet państwa zarabiał ciężkie miliony, ale najważniejszy był prestiż dla kraju – wreszcie jesteśmy w czymś najlepsi na świecie, wzorują się na nas.
Eldorado skończyło się w 2015 r. wraz z dojściem do władzy PiS i tzw. Zjednoczonej Prawicy. Rok później brutalnie pożegnano się z Markiem Trelą, wieloletnim, zasłużonym dla stadniny dyrektorem, który został natychmiast zagospodarowany przez księżniczkę Alię – dyrektorkę Królewskich Stajni Jordanii. Na miejscu Marka Treli pojawił się partyjny hunwejbin, który swoje kwalifikacje do kierowania cenną zabytkową stadniną przedstawił tak: „Już wcześniej uwielbiałem konie, ale nie miałem tak bliskiej styczności z nimi”. Wraz z jego pojawieniem się SK Janów Podlaski wstąpiła na równię pochyłą zakończoną paździerzową płytą w miejscu wejściowych drzwi do budynku dyrekcji. Kiedy dzisiaj słyszę brednie wygadywane przez pisowskich czynowników, ile to ich rządy zrobiły dobrego dla kraju i Polaków nóż mi się w kieszeni otwiera.
Warto przypomnieć sylwetkę człowieka, który stworzył polską hodowlę koni arabskich. Urodzony w 1784 r. Wacław Rzewuski był polskim arystokratą i podróżnikiem. Przez całe życie szukał dwóch ideałów: idealnych koni, które znalazł, oraz idealnej kobiety, której niestety nie znalazł. Zorganizował trzy wyprawy na Wschód, podczas których udało mu się zdobyć szereg wspaniałych koni arabskich. Jako „złotobrody” Lach (Polak) został Emirem Tadż al-Fahr Abd al-Niszan aż w 13 trybutach. Dzięki temu prestiżowemu w świecie arabskim tytułowi udało mu się w kwietniu 1819 r. nabyć ogiera wywodzącego się w prostej linii ze stada Mahometa „Obiat-el-Homlu Nejdi Kohailan”. Większą część roku 1819 Emir Rzewuski spędził wśród Beduinów zdobywając najpiękniejsze okazy kohailanów. W kwietniu 1821 r. stawka 78 koni arabskich dotarła do ukochanego Sawrania na Podolu, który Emir wybrał sobie za miejsce do życia.
Jego posiadłość położona była w stepie na miejscu dawnego koczowiska tatarskiego. Miał tu codziennie trochę Wschodu: napisy z Koranu rzeźbione w kamieniach oraz bezkresny step dla ukochanych koni arabskich. Mieszkał w koczowniczym namiocie. W 1830 r. wybuchło Powstanie Listopadowe. Emir wziął w nim udział mając pod komendą 200-konny regiment, który 14 maja 1831 r. został rozbity przez Rosjan w bitwie pod Daszowcem. Dalsze losy Emira Rzewuskiego są nieznane – prawdopodobnie zginął w bitwie. Przez dwa stulecia jego następcy pieczołowicie kontynuowali dzieło Emira rozbudowując stado. Wspaniała hodowla oparła się zaborcom, hitlerowcom, gospodarczym kryzysom i komunistom. Zniszczyli ją hunwejbini – szkodnicy, nominaci siły politycznej zwanej Zjednoczoną Prawicą.
Dzieło niszczenia końskiej branży kontynuują nominaci obecnej władzy. Krajowa hodowla folblutów dogorywa, podobnie jak wyścigi konne. Polski rynek folblutów to konie kupowane na Zachodzie za niewielkie pieniądze, często wybrakowane destrukty. Czy zakochanych w koniach wyścigowych polskich pasjonatów nie stać na kupowanie na Zachodzie wartościowych roczniaków i dwulatków? Bez problemu, ale zakup konia za 80-100 tys. euro jest ekonomicznie nieopłacalny, bowiem państwowy Totalizator Sportowy, dzierżawca służewieckiego toru i organizator gonitw w jednym, nie podniósł od 18 lat rocznej puli nagród. Przeciętna suma nagród w grupowej gonitwie w liczącym 46 dni sezonie wyścigowym, to dzisiaj od 14 do 17 tys. zł (około 3,5 tys. euro), czyli nędza i ubóstwo.
Owszem, państwowa spółka raz – dwa razy w roku organizuje wypasione gale, na które zapraszani są różni ludzie, najmniej z wyścigowego środowiska. Gala Wielka Warszawska 2025 została nawet uznana w plebiscycie Przeglądu Sportowego za sportowe Wydarzenie Roku. Nagrodę odebrała w świetle telewizyjnych kamer prezeska TS Beata Stelmach. Pani Beata ciepło mówiła o rozwoju wyścigów konnych podnosząc wiodącą rolę TS, choć kilka tygodni wcześniej pogroziła środowisku wyścigowemu palcem, informując, że rozważa „włączenie dla Służewca jałowego biegu”. Prezeska przypięła sobie ordery zapominając, że bohaterem Wielkiej Warszawskiej jest zwycięski koń, a nie ona. Tłumy warszawiaków nie przychodzą w tym dniu na Służewiec, by podziwiać krasę niewątpliwie oczywiście atrakcyjnej Beaty, ale po to, by emocjonować się rywalizacją koni. Nie zaproszenie na galę Przeglądu Sportowego właściciela zwycięskiego ogiera Bremen, dżokeja lub trenera tego wspaniałego konia, to faux pas kierownictwa TS. Nie pierwszy zresztą.