Jerzy Łojek zarysował sylwetki „wielkich ludzi” II RP w dramatycznym okresie Września 1939. Obnażył małość wielu autorytetów przedwojennej Polski, która ukazała się z całą jaskrawością w trudnym czasie, gdy trzeba było podejmować ważne decyzje; w czasie, gdy trzeba było myśleć z wyobraźnią i przewidywać różne warianty rozwoju sytuacji politycznej i wojskowej. Przykładem wręcz politycznego debilizmu kierowniczych kręgów II RP jest opisana przez Jerzego Łojka sytuacja z połowy września 1939 r. Całe to towarzystwo na czele z prezydentem RP Ignacym Mościckim, marszałkiem Edwardem Rydzem-Śmigłym, premierem (zarazem ministrem spraw wewnętrznych) Felicjanem Sławoj-Składkowskim i ministrem spraw zagranicznych Józefem Beckiem, znalazło się wówczas w rejonie Kołomyji, Śniatynia, Kut i Kosowa, czyli w matni na „ przedmościu rumuńskim”. Znaleźli się tam z polecenia Naczelnego Wodza, czyli marszałka Rydza-Śmigłego, który w tym czasie sprawował faktycznie (wbrew Konstytucji z 23 marca 1935 r.) funkcję dyktatora państwa. Według ustawy zasadniczej, nawet w okresie wojny, władzę najwyższą (art. 2 i 63) powinien sprawować Prezydent RP, któremu podlegał Wódz Naczelny. Jerzy Łojek napisał: „Gdy po 8 września utracił (Rydz-Śmigły – przyp. LK) możliwość dowodzenia większością zgrupowań bojowych Wojska Polskiego, podejmował decyzje polityczne m.in. o przesuwaniu Rządu i Kwatery Głównej coraz bardziej na południowy-wschód w pobliże Rumunii” (s. 53). Problem w tym, że rejon ten, to wówczas obszar pozbawiony infrastruktury, niezbędnej dla funkcjonowania władz państwa toczącego wojnę, a nadto znajdował się blisko granicy ze Związkiem Radzieckim. Wódz Naczelny nie pomyślał jednak o zabezpieczeniu przez Wojsko Polskie miejsca dyslokacji. Na domiar złego, Najwyższe Władze RP nie miały pojęcia o rzeczywistym charakterze układu Ribbentrop-Mołotow. Polski wywiad niczego nie zauważył, a polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie dokonało gruntownej analizy opublikowanych dokumentów oraz wypowiedzi polityków niemieckich i radzieckich, komunikatów agencji TASS itp. Nie zauważono koncentracji Armii Czerwonej na granicy z Polską, pomimo, że 30 sierpnia 1939 r. TASS stwierdziła: „Wobec możliwości zaistnienia rozmaitych nieprzewidzianych wydarzeń, dowództwo radzieckie postanowiło wzmocnić wydatnie garnizony Armii Czerwonej na zachodniej granicy ZSRR” (s. 55). 7 września rząd ZSRR ogłosił częściową mobilizację Armii Czerwonej i koncentrację swoich sił, w tym znacznej ilości artylerii i broni pancernej, nad granicą z Polską. Następnego dnia, tj. 8 września ambasador RP w Moskwie Wacław Grzybowski zawiadomił depeszą (radiową) Naczelnego Wodza, o spodziewanej w ciągu kilku dni agresji Rosji na Polskę. Jerzy Łajek napisał: „… ani Rydz-Śmigły, ani nikt spośród osób mających wpływ na decyzje polityczne Rządu RP, nie brał serio tych dramatycznych ostrzeżeń” (s.60).
O godz. 2.15 (w nocy) 17 września 1939 r. ambasador Grzybowski wezwany został do sowieckiego MSZ. Tam odczytano mu notę podpisaną przez Mołotowa: „Wojna polsko-niemiecka ujawniła wewnętrzne bankructwo państwa polskiego. W ciągu dziesięciu dni operacji wojennych Polska utraciła wszystkie swoje rejony przemysłowe i ośrodki kulturalne. Warszawa przestała istnieć jako stolica Polski. Rząd polski rozpadł się i nie przejawia żadnych oznak życia. Oznacza to, iż państwo polskie i jego rząd faktycznie przestały istnieć. Dlatego też wszystkie zawarte z Polską umowy utraciły swą moc. (…) Biorąc pod uwagę tę sytuację, rząd radziecki wydał rozkaz naczelnemu dowództwu Armii Czerwonej, aby jej oddziały przekroczyły granicę i wzięły pod ochronę życie i mienie ludności zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi . (…)”. Ambasador RP odmówił przyjęcia noty do wiadomości. O godz. 5.05 czasu moskiewskiego ambasador Grzybowski nadał (otwartym tekstem) depeszę (radiową) do Rządu RP, zawiadamiającą o sowieckiej agresji. O godz. 8.00 (czasu moskiewskiego) wszystkie rozgłośnie radia ZSRR nadały treść noty zakomunikowanej ambasadorowi Grzybowskiemu.
Prof. Łojek: „Wydaje się zdumiewające, choć jest niestety faktem, że nikt ( spośród pracowników i służb RP – przyp. LK) w Kołomyji (Kwatera Główna Naczelnego Wodza), Śniatyniu (Prezydent RP), Kutach (MSZ) i Kosowie (różne agendy Rządu RP) nie słuchał ówcześnie emisji radia radzieckiego. W każdym razie w polskich dokumentach 17 września nie ma śladu nasłuchu audycji moskiewskich i nikt z uczestników tych wydarzeń nie stwierdził, aby programy te zauważył. (…) … władze RP na >>przedmościu rumuńskim<< powinny były dołożyć wszelkich starań, aby zadokumentować, iż Rzeczpospolita istnieje nadal, Rząd RP działa na terenie kraju, a Wojsko Polskie stawia opór obu agresorom. Było to niezbędne dla przyszłości państwa” (s.82).
Polskie władze na „przedmościu rumuńskim” 17 września 1939 r. nie rozumiały w jakim celu Sowieci wkroczyli do Polski. Jerzy Łojek przytoczył rozkaz przesłany do płk Kotarby dowódcy pułku KOP w Czortkowie: „Panie pułkowniku, z rozkazu Szefa Sztabu proszę wysłać parlamentariuszy do dowódcy najbliższego oddziału sowieckiego, który przekroczył granicę, z zapytaniem, co znaczy to przekroczenie granicy przez wojska sowieckie” (s. 80). „Niestety, Naczelne Dowództwo oddało się rankiem dnia 17 września rozważaniu, w jakim nastroju i w jakim celu (!) Armia Czerwona wkroczyła na ziemie polskie, zamiast pomyśleć o najprostszych środkach obrony” (s. 78). W Kwaterze Głównej WP rankiem 17 września poważnie rozważano, czy akcja Armii Czerwonej nie jest przejawem działań zamierzonych jako... sojusznicze” (s. 79). Premier Sławoj-Składkowski – przebywający wówczas w Kutach - dowiedział się o agresji sowieckiej dopiero o godz. 10-tej. Premier (we wspomnieniach) twierdzi, że agresji ZSRR Rząd RP bynajmniej się nie spodziewał i w ogóle takiej możliwości nie brał pod uwagę” (s. 85). Jerzy Łojek dodał: „W każdym razie Prezes Rady Ministrów RP powinien był wiedzieć przynajmniej o „pakcie o nieagresji” między Rzeszą a ZSRR z dnia 23 sierpnia …” (s. 85). Minister Beck depeszę od ambasadora w Moskwie otrzymał dopiero o godz. 11, ale Mołotow już o 8.30 - przez wszystkie rozgłośnie sowieckie - poinformował świat o przejęciu pod swoją opiekę ukraińskich i białoruskich braci. Sowieci wygrywali nie tylko militarnie, ale także dyplomatycznie i propagandowo. Ześrodkowany na „przedmościu rumuńskim” polski aparat władzy nie zawiadomił nawet Ligi Narodów w Genewie o sowieckiej agresji, co mogło mieć ogromne znaczenie propagandowe, a więc polityczne w skali długofalowej.
17 września o godz. 11.30 w Kołomyi odbyła się narada najwyższych władz RP, ale bez udziału „Prezydenta RP, w którego osobie skupiała się cała władza i majestat Rzeczypospolitej i który miał prawie nieograniczone kompetencje podejmowania zasadniczych decyzji, a więc tym samym ogromne obowiązki i ogromną odpowiedzialność za losy państwa. (…) Jest zastanawiające, w jaki sposób Rydz-Śmigły mógł sam „zwołać naradę” i jak taka narada mogła się odbyć bez uczestnictwa Prezydenta RP” (s. 87).
Prezydent RP oraz Rząd RP, znajdujący się na „przedmościu rumuńskim”, 17 września 1939 r. nie wydały deklaracji o napaści ZSRR na Polskę. „… właśnie przez brak konkretnej deklaracji Rząd RP przyjął niejako konsekwencje oświadczenia Mołotowa, że >>państwo polskie przestało istnieć<<. Była to konstatacja w sytuacji Polski dnia 17 września niesłychanie groźna …” (s. 89). Niebezpieczna była szczególnie, gdyż „Polakom groziło bowiem to, co stało się faktem: uznanie za byłych obywateli jakiegoś byłego, już nie istniejącego państwa, którzy nie mają w ogóle żadnych praw ani podstaw, żądania czegokolwiek” (s. 89). W tym miejscu trzeba podkreślić, iż jeżeli by Rząd RP stwierdził, że znajduje się w stanie wojny z ZSRR, to Wielka Brytania – na podstawie art. 1 traktatu sojuszniczego z Polską z 25 sierpnia 1939 r. – formalnie byłaby zobowiązana do wypowiedzenia wojny ZSRR. To tylko jeden z przykładów skutków polskiego zaniechania.
Przejmująca jest opinia Jerzego Łojka o postawie najwyższych kręgów władzy II RP w południe 17 września 1939 r. „Wszystkie dokumenty 17 września dowodzą, że o godzinie 12.00 jedynym problemem Rządu RP stało się wydobycie ówczesnej ekipy rządowej z matni na „przedmościu rumuńskim” – celem ewakuacji przez Rumunię. (…) Nikt nie zastanawiał się nad problemem zasadniczym: czy Rząd RP (o Naczelnym Dowództwie do wieczora 17 września w ogóle nie było mowy) ma prawo opuścić walczącą jeszcze półmilionową armię i co najmniej 15 milionów nie ogarniętych dotąd przez okupantów obywateli RP – aby chronić się za granicą z zamiarem „kontynuowania walki”. (…) Sprawą najwyższego znaczenia była kwestia polityczna: czy społeczeństwo Rzeczypospolitej będzie nadal uznawać Prezydenta i Rząd RP, którzy zapewniali uprzednio kraj o zdolności Polski do długiego oporu, lecz w siedemnastym dniu wojny opuścili naród i armię – nie zostawiając żadnej deklaracji politycznej w sprawie nowej agresji, ani żadnych zasadniczych wskazań politycznych dla całego kraju” (s. 90 – 91).
Prezydent i Naczelny Wódz swoją ucieczkę motywowali koniecznością uniknięcia niemieckiej niewoli, co oznaczałoby utratę przez Polskę możliwości dalszego działania. „Z faktu, że obaj – wraz z całą ówczesną ekipą rządową – znaleźli się wkrótce potem pod rumuńskim kluczem, nie wynikła żadna dodatkowa katastrofa dla sprawy polskiej, a istotne obniżenie prestiżu Rzeczypospolitej wiązało się właśnie z poniewczesnym upartym trzymaniem się pustych tytułów przez ludzi, których bieg wydarzeń odarł z powagi naczelnych władz państwa polskiego. (…) W każdym razie cały Rząd RP, z dotychczasowym Prezydentem na czele, winien był – z powodów najwyższego znaczenia politycznego i historycznego – pozostać w ówczesnym składzie na terytorium RP i przyjąć na siebie wszystkie konsekwencje klęski” (s. 92). Profesor o Naczelnym Wodzu i Sztabie Głównym napisał: „… żadne względy polityczne nie mogły były usprawiedliwić opuszczenia przez nich terytorium państwa, gdy przynajmniej jeszcze połowa Polskich Sił Zbrojnych nadal walczyła, a ogromna większość walczącej armii nie miała szansy ewakuacji do państw sprzymierzonych” (s. 93).
Jerzy Łojek za największy błąd ówczesnych władz uważa nie wydania oświadczenia o agresji ZSRR na Polskę. „Historyk musi stwierdzić, że odpowiedzialność dziejowa Prezydenta i Rządu RP za to tragiczne zaniechanie jest ogromna, a w odczuciu narodu zwiększa ją każdy rok niezmiennego trwania skutków Drugiej Wojny Światowej w dziedzinie międzynarodowego położenia państwa polskiego (Jerzy Łojek napisał te słowa w czasach PRL, tj., gdy byliśmy wasalem ZSRR). Był to jeden z największych błędów w całej tysiącletniej historii Polski” (s. 98).
W tym miejscu należy podkreślić, iż autorem powyższych stwierdzeń był wybitny historyk, aktywny opozycjonista w czasach PRL, syn Leopolda - doktora medycyny, majora Wojska Polskiego, zamordowanego w Katyniu w 1940 r.