Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

Więcej serca dla serca

20-11-2019 21:32 | Autor: Tadeusz Porębski
Powracam z uporem do polskiej służby zdrowia, bo mój PESEL coraz częściej przypomina, że czas pobytu na tej planecie redaktora Porębskiego powoli się kończy, a długość pobytu tego pana zależy m. in. od szybkości znalezienia się przed obliczem lekarza. Poza tym, podobnych mnie staruchów jest w Polsce prawie 10 milionów i każdego z nich równie mocno interesuje stan rodzimej służby zdrowia. Jeśli napiszę, że jest on fatalny, będzie to truizm, czyli banał.

Minęło 30 lat odkąd zaczęto uzdrawiać publiczne lecznictwo i niestety przypomina to - by posłużyć się terminologią młodzieżową - rzeźbienie w gównie. Nawet ci najmniej kumaci Polacy zdają już sobie sprawę, że problemem polskiej służby zdrowia nie są pieniądze, lecz wadliwy system. Co dziwne, nie dostrzegają tego ci, którzy powinni być najbardziej kumaci, czyli wybierani przez lud członkowie politycznych elit. Kiedy kolejny premier czy minister zdrowia zaczyna bredzić w telewizji o uzdrowieniu publicznego lecznictwa, robi mi się niedobrze, bo z góry wiem, że powtórzy mniej więcej to, co przez 30 lat wciskali nam poprzednicy tego gościa.

Cudów nie ma, cuda zdarzają się tylko w filmach, historycznych przekazach i w Ewangelii św. Jana, gdzie opisany jest cud w Kanie Galilejskiej. Jeśli politycy nie zdecydują się na podjęcie radykalnych działań, mających na celu zmianę SYSTEMU funkcjonowania polskiej służby zdrowia na inny system, sprawdzony w krajach Unii Europejskiej, nic się nie zmieni poza tym, że dalsze finansowanie niewydolnego gniota będzie kosztować budżet państwa coraz więcej miliardów. To klasyczny wór bez dna, który należy jak najszybciej odesłać do lamusa. Ale na to potrzeba odwagi, a przede wszystkim woli politycznej. W ubiegły poniedziałek jedna z dużych telewizyjnych stacji gościła prof. Henryka Skarżyńskiego, wybitnego otolaryngologa, audiologa i foniatrę, autora wielu pionierskich operacji, o których głośno było w świecie medycyny. Lekarska sława powiedziała m. in.: "Jak to jest, że w sąsiednich Czechach aż 70 proc. obywateli jest zadowolonych z funkcjonowania tamtejszej służby zdrowia, a w Polsce na odwrót - aż 70 proc. jest niezadowolonych?". I wspomniał o roku 2011.

Słowa profesora to był miód na moje serce, bo o efektownej i efektywnej modernizacji czeskiej służby zdrowia wspominałem na łamach "Passy" wielokrotnie. Przypomnę w skrócie po raz kolejny, bo a nuż przeczyta to jakiś ważniak i coś zaświta mu w głowie? Od 2011 r. Czesi praktycznie nie mają styczności z prywatną służbą zdrowia, bo publiczna działa tak dobrze, że nie mają potrzeby płacenia prywatnym. W czym tkwi sekret czeskiej służby zdrowia? Przed wszystkim w konkurencji między płatnikami. Jest ich w Czechach kilku, zawierają oni ze szpitalami i przychodniami kontrakty płacąc im określony ryczałt. Największym jest państwowa Všeobecná Zdravotní Pojišťovna, w której ubezpieczonych jest 70 proc. obywateli. Pozostali należą do ośmiu kas branżowych (5 o zasięgu ogólnokrajowym oraz 3 regionalnych), dla których organem założycielskim jest ministerstwo zdrowia. W Czechach ubezpieczenie zdrowotne to 13,5 procenta od pensji brutto, a nie jak u nas 9 proc. Większość składki pokrywa pracodawca, który odpowiada za dwie trzecie jej wysokości. Pracownik płaci więc tylko 4,5 proc. swojego wynagrodzenia. Składka nie trafia jednak, tak jak w Polsce, wyłącznie do monopolisty, lecz do kilku wymienionych wyżej funduszy (ubezpieczycieli). Czesi wydają na ochronę zdrowia 7,3 proc. PKB, co w przeliczeniu na jednego mieszkańca wynosi 2544 dolary. W Polsce to odpowiednio 6,4 proc. (1798 dolarów).

Co jakiś czas czeskie ministerstwo zdrowia publikuje rozporządzenia wyznaczające maksymalny czas, jaki pacjent może czekać na wizytę lub zabieg od momentu zapisu. I tak oficjalnie oczekiwanie na wizytę lekarza pierwszego kontaktu czy ginekologa nie może w Czechach przekraczać 35 minut, a u chirurga 45 minut. Udając się do lekarza, obywatel Republiki Czeskiej powyżej 18 roku życia płaci za wizytę 30 koron, czyli na nasze około 5 złotych. Z opłat zwolnieni są zarabiający poniżej średniej krajowej oraz osoby, które leczą się przymusowo. Płaci się również za wypisanie recepty. Obowiązuje limit opłat regulacyjnych, w ciągu roku pacjent może ponieść koszt rzędu 5 tys. koron, czyli około 830 złotych. Nie dotyczy to dzieci oraz emerytów – dla nich limit jest o połowę mniejszy. Jeśli limit zostanie przekroczony, dalszą opiekę finansuje państwo. Przez pierwsze 3 dni chorobowego pracownik nie otrzymuje wynagrodzenia. Od 4. do 14. dnia choroby pracodawca płaci pracownikowi 80 proc. pensji. Po 14 dniach wynagrodzenie osoby chorej finansuje ubezpieczyciel, ale w tym przypadku wypłacane jest tylko 60 proc. wynagrodzenia. Maksymalna długość finansowania chorobowego przez ubezpieczyciela to 380 dni.

Czesi wykonali na obszarze publicznego lecznictwa gigantyczny skok i dzisiaj każdy obywatel ma niczym nieskrępowany dostęp do lekarza podstawowej opieki zdrowotnej oraz specjalisty i nie musi miesiącami czekać na wizytę, bądź na badanie specjalistycznym sprzętem. To się per saldo powinno opłacać każdemu – nawet najuboższym, ponieważ zdrowia nie da się przerachować na pieniądze. Nasi sąsiedzi borykali się przed laty z podobnym problemem jak my dzisiaj. Pod koniec 2010 r. aż 25 proc. z ogólnej liczby 3837 czeskich lekarzy złożyło wypowiedzenia z pracy z zachowaniem dwumiesięcznego okresu. Czeski lekarz zarabiał wówczas, w przeliczenia na polskie pieniądze, około 3680 zł brutto, a z dyżurami około 8000 zł brutto. Narastający konflikt rozwiązano po rocznych negocjacjach. Ostatecznie zdecydowano się na kompromis. W 2011 r. podniesiono medykom pensję o 5000 – 8000 koron (830 – 1330 zł). W 2012 r. o dalsze 10 proc., a rok później do poziomu trzykrotności ówczesnej średniej krajowej. W 2014 r. średnia miesięczna pensja lekarza oscylowała w granicach 55.068 – 61.393 koron (9.200 – 10.200 zł) za sam etat, bez dyżurów. W styczniu 2017 r. czescy lekarze otrzymali kolejne 10 proc. podwyżki i w porównaniu z kolegami z Polski są nababami i nie potrzebują wędrować po świecie za chlebem.

edług Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) największym zabójcą (46 proc. zgonów) są obecnie choroby układu krążenia. W Polsce rocznie umiera z ich powodu 177 tys. osób. Na drugim miejscu są nowotwory (26 proc.). Każdego roku około 100 tys. Polaków przechodzi zawał serca, dlatego szpital nie posiadający rozbudowanego oddziału kardiologii nie jest szpitalem pełnowartościowym. To glossa do budowniczych Szpitala Południowego, ponieważ po Ursynowie krąży uporczywa pogłoska (oby pozostała w sferze plotek), że ma ulec likwidacji wcześniej zaplanowana w tym szpitalu pracownia hemodynamiki. To byłby bardzo poważny błąd, ponieważ owe 46 proc. zgonów, spowodowanych przez choroby kardiologiczne, mówi same za siebie. Równie ważna co hemodynamika jest rehabilitacja kardiologiczna. Reasumując, dzisiaj nie wolno oszczędzać na kardiologii, ponieważ byłby to po prostu śmiertelny grzech.

Środowisko medyczne w Polsce doskonale zdaje sobie sprawę, skąd płynie największe niebezpieczeństwo dla Polaków, stąd coraz częstsze konferencje i sympozja kardiologiczne. Właśnie trwają obrady XII Konferencji Naukowej Sekcji Prewencji i Epidemiologii Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego‚ "Kardiologia Prewencyjna 2019 - wytyczne, wątpliwości, gorące tematy”. Szczególnym zainteresowaniem cieszą się debaty poświęcone aktualnym potrzebom w zakresie profilaktyki i leczenia chorób układu krążenia oraz długofalowym wynikom leczenia zawału serca w Polsce. Komitet Naukowy konferencji przygotował wiele interesujących sesji, między innymi na temat nadciśnienia tętniczego, hipercholesterolemii, niewydolności serca, choroby wieńcowej oraz leczenia przeciwpłytkowego i przeciwzakrzepowego. W tak interesującej konferencji powinien uczestniczyć ktoś reprezentujący budowniczych Szpitala Południowego, by przekonać stołecznych decydentów, że oddział kardiologii w tej nowoczesnej placówce powinien być maksymalnie rozbudowany, a nie ograniczany.

Ursynów nazywany jest młodą dzielnicą, nie jest to jednak dzielnica młodych ludzi. "Przegląd Statystyczny Warszawy" z 2018 r. podaje, że w Warszawie żyje ponad 100 tys. mieszkańców mających powyżej 80 lat. Ursynów liczy 150 273 mieszkańców, w tym aż 35 095 to osoby w wieku poprodukcyjnym. To plasuje Ursynów na wysokiej czwartej pozycji w gronie 18 stołecznych dzielnic, jak idzie o liczbę mieszkańców w wieku poprodukcyjnym, po Mokotowie (61 553 - największa dzielnica Warszawy 217 577 mieszkańców), Pradze Płd. (46 442) i Woli (35 760). Łącznie Mokotów, Ursynów i Wilanów, czyli dzielnice najbliższe Szpitalowi Południowemu, liczą 101 756 osób w wieku poprodukcyjnym. Politycy na szczeblu państwowym niechaj nadal karmią nas bredniami o rzekomej poprawie polskiej służby zdrowia i pławią w samozadowoleniu - zapłacą za to w wyborach. Ale my w Warszawie pokażmy wszystkim, że mimo ogólnopolskiej mizerii, budując szpital, potrafimy rozsądnie myśleć, planować i przewidywać. Nie starajmy się oszczędzać na kardiologii i neurologii, bo zawały i udary, dotykające często ludzi młodych, zbierają coraz obfitsze żniwa. Pamiętajmy już w fazie planowania o "złotej godzinie", która ma kluczowe znaczenie w leczeniu zawałów i udarów. Im szybsza pomoc lekarska, tym większa szansa na uratowanie życia i łagodniejsze skutki przebytego incydentu.

Wróć

Interesuje Cię współpraca?
Napisz do nas! wspolpraca@passa.pl
Copyright 2015 - Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: MEETMEDIA