Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

W obliczu zguby – pomoc od Kuby...

25-03-2020 21:44 | Autor: Tadeusz Porębski
W poprzednim wydaniu „Passy” pisaliśmy o pomocy medycznej, jaką Kuba od lat udziela krajom dotkniętym katastrofami i epidemiami. Kontynuujemy temat, bowiem kubańska brygada medyczna właśnie wylądowała na lotnisku Malpensa w Mediolanie.

Przed ostatnim szczytem w Davos organizacja charytatywna Oxfam opublikowała raport, z którego wynika, że miliarderzy mnożą majątki, a setki milionów ludzi na świecie żyje w skrajnym ubóstwie. Doszło do sytuacji nienotowanej w dziejach świata, że jeden procent najbogatszych posiada dwukrotnie więcej niż reszta ludzkości. Oxfam alarmuje, że "nierówności ekonomiczne wymknęły się spod kontroli". Według opublikowanych danych, 2153 miliarderów posiada majątek większy niż 4,6 miliarda ludzi. Co gorsza, w ostatniej dekadzie nierówności społeczne pogłębiły się. Jak podaje Bloomberg, od 2012 roku 20 najbogatszych miliarderów podwoiło majątki z 672 miliardów do 1 biliona 397 miliardów dolarów.

W obliczu pandemii należy zadać podstawowe pytanie: gdzie oni dzisiaj są? Gdzie jest pani Ursula von der Leyen, pan Frans Timmermans i reszta wysoko uposażonych władców Europy? W żadnym razie nie krytykujemy samej koncepcji utworzenia Unii Europejskiej, jesteśmy za, ale dzisiaj tłumaczenia Brukseli jakoby każdy z krajów Wspólnoty zastrzegł sobie prowadzenie polityki zdrowotnej we własnym zakresie wydaje się niewystarczające i wręcz bałamutne. Decydenci z Brukseli pochowali się w swoich luksusowych apartamentach, a miliarderzy w wypasionych rezydencjach wyposażonych w sprzęt medyczny najnowszej generacji i armię lekarzy wszystkich specjalności. Nie słyszę deklaracji o przekazaniu na badania nad szczepionką przeciwko COVID-19 milionów z przepastnych kont dorobkiewiczów, z których większość dorobiła się majątków, żerując na ludzkiej krzywdzie. Kraje Europy zostały pozostawione każdy sobie, a z Włoch i Hiszpanii płynie już nie błaganie o pomoc, lecz skowyt przerażenia. Na czwartek 26 marca zwołano posiedzenie Rady Europy, ciekawe co postanowią.

Ludzkość ratują państwa... wyklęte

W tej strasznej chwili rękę do krajów o tak zwanej ustabilizowanej demokracji, kierujących się zasadami neoliberalizmu, wyciągnęły kraje… komunistyczne – Chiny i Kuba – oraz państwo totalitarne, jak zachodnie media nazywają Rosję. A gdzie się podziały perły w postaci wymienionych wyżej miliarderów wypasionych w dobie neoliberalizmu? Czym w ogóle jest neoliberalizm? Otóż, podstawowym założeniem filozofii neoliberalnej jest odrzucenie racjonalizmu (sic!) jako możliwej metody kształtowania procesów społecznych i ekonomicznych. Neoliberał uważa, iż racjonalne planowanie czegokolwiek w skali makro, czyli w skali państwa, całego społeczeństwa i całej ekonomiki nie ma racji bytu. Neoliberalizm stawia sprawę ekonomii w sposób jednoznaczny: tylko indywidualne jednostki, w skali mikro, są w stanie planować w sposób skuteczny i działać w sposób racjonalny. „Słuszność” tej tezy została sprawdzona w 2008 r., ale świat niczego się nie nauczył. Dzisiaj mamy kolejny sprawdzian – szkoda tylko, że na skórze miliardowej populacji przeciętniaków.

Statek wycieczkowy MS Braemar z brytyjskiej linii Fred Olsen błąkał się przez kilkanaście dni na wodach Karaibów z kilkuset podróżnymi na pokładzie, z których kilku było zarażonych koronawirusem. Pomimo wysiłków dyplomatycznych rządu Wielkiej Brytanii statkowi odmówiono wejścia do wielu portów w regionie, nawet na Barbados i Bahamy gdzie głową państwa jest królowa Elżbieta II. Jedynie Kuba powiedziała „tak” i zapewniła pasażerom oraz załodze bezpieczną przystań w porcie Mariel, bez pytania o nagłówki w mediach głównego nurtu i żądania czegokolwiek w zamian. Kierowano się prostą zasadą: w czasach koronawirusa słowa „pomagać” i „współpracować” nie mogą być pustosłowiem. Kubański dziennik „Granma” napisał: „Ludzka cywilizacja powinna raz na zawsze zrozumieć, że tylko zjednoczona poradzi sobie ze wspólnymi wyzwaniami i będzie w stanie przezwyciężać tragedie. Solidarność tkwi w genach narodu kubańskiego i jest częścią naszej osobowości”.

Światowy mainstream milczy

Prośby o pomoc i wsparcie płyną na Kubę z różnych części świata. Wiele krajów, w tym m. in. Japonia, zamówiło na Kubie wyprodukowany wspólnie z Chińczykami rekombinowany ludzki interferon alfa-2b pomocny w diagnozowaniu i leczeniu koronawirusa. Jest on produkowany w Chinach od pierwszego dnia chińskiego Nowego Roku według technologii kubańskiej. Mainstreamowe media w ogóle o tym nie piszą. Skąpo donoszą również o tym, że kubański system opieki zdrowotnej to według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), apolitycznej agendy ONZ, najwyższa światowa półka.

„Kuba, kraj Trzeciego Świata, osiągnęła standardy Świata Pierwszego na polu ochrony zdrowia i oświaty, a pod względem alfabetyzacji i zapobiegania śmiertelności niemowląt ma lepsze wyniki niż Stany Zjednoczone” – napisał prestiżowy brytyjski „Guardian”. W 2004 r. doszło do epokowego wydarzenia. USA, które od 1960 r. nieprzerwanie nękają Kubę gospodarczym embargiem, zdecydowały się zakupić od znienawidzonych komunistów trzy rodzaje szczepionek. Było totalnym zaskoczeniem dla wielu przedstawicieli świata medycyny, kiedy na tle skrzyżowanych flag Stanów Zjednoczonych i Kuby, w obecności Fidela Castro, na którego twarzy malowała się nieskrywana satysfakcja, doszło do podpisania pierwszej w historii umowy w sprawie zakupu przez amerykańskie konsorcjum farmaceutyczne trzech kubańskich licencji na leki przeciwnowotworowe opracowane w ośrodkach badawczych na wyspie. Cóż, jak trwoga, to do Boga. W okresie 56 lat aż 400 tys. kubańskich specjalistów prowadziło misje w 164 krajach świata. Skąd właśnie u Kubańczyków ten niespotykany nigdzie indziej pęd do nadprodukcji lekarzy i niesienia pomocy medycznej innym? Otóż przywódcy rewolucji z 1959 r. przekonywali, że zdrowie ludności jest ponad wszystko. Takiego podejścia brakuje w neoliberalnej Europie.

Ernesto, lekarz ciała i duszy

Motorem dynamicznego rozwoju na karaibskiej wyspie opieki medycznej i samej medycyny był pochodzący z Argentyny Ernesto Guevara, zwany „Che”, lekarz z wykształcenia. To on w jednym ze swoich publicznych wystąpień w Hawanie w 1959 r. zapowiedział, że „odtąd żaden Kubańczyk nie może umrzeć z braku opieki medycznej”. I dodał, iż „dla cierpiącego zwykła aspiryna nabiera wartości, jeśli poda mu ją przyjazna dłoń”. Swoim niebywałym uporem (po rewolucji z Kuby wyemigrowało do USA ponad 3 tysiące lekarzy) doprowadził do stworzenia krajowego systemu opieki zdrowotnej, który z czasem stał się wzorem wychwalanym przez specjalistów i międzynarodowe organizacje.

Zaangażowanie Kuby w kwestie zdrowotne od początku ma wymiar międzynarodowy. Kubańskie brygady medyczne są częścią Międzynarodowego Kontyngentu Zdrowia „Henry Reeve”, specjalizującego się w zapewnianiu opieki zdrowotnej w sytuacjach kryzysowych oraz wygaszaniu epidemii. Dzięki pomocy Kuby wielu mieszkańców biednej Wenezueli, szczególnie z prowincji, po raz pierwszy w życiu miało kontakt z lekarzem. Kubańska „biała armia” świadczyła ludziom pomoc w Gwinei Bissau, Angoli, Nikaragui, Pakistanie, Indonezji, Meksyku, Peru, Chile i na Haiti po katastrofalnym trzęsieniu ziemi. W 2014 r. w Afryce Zachodniej wybuchła epidemia śmiertelnie groźnej eboli. Zwalczył ją kubański korpus składający się z 450 lekarzy i personelu medycznego skierowany do Sierra Leone, Liberii i Gwinei.

Z „Operacją Cud” wiąże się ciekawa historia. Wdrożenie w życie powszechnego programu objęcia każdego obywatela Kuby opieką medyczną, z którego kilka dekad później wykluł się program leczenia ślepoty w tym regionie, zarządził w 1959 r. Ernesto "Che" Guevara. Jego idea ziściła się dopiero w roku 2005. „Operacją Cud”, czyli darmowym leczeniem przez kubańskich okulistów zaćmy i innych chorób oczu, zostały objęte niemal wszystkie państwa w Ameryce Łacińskiej, dzięki czemu wielu milionom Latynosów uratowano wzrok. Wśród uratowanych znalazł się m. in. niejaki Mario Terán i nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że człowiek ten jako sierżant boliwijskiej armii osobiście wykonał egzekucję na commandante „Che” Guevarze.

Mordercy nie mieli skrupułów

Co wpadło do głowy Ernesto Guevary, członka rewolucyjnego rządu Kuby, że w czerwcu 1965 r. zrzekł się kubańskiego obywatelstwa, zrezygnował z ministerialnej posady zapewniającej mu do końca życia luksus i wyjechał do Boliwii, by w dzikiej dżungli krzewić swoje rewolucyjne idee? To zagadka, która nigdy nie zostanie wyjaśniona. W dniu 7 października 1967 r. jego oddział został osaczony w wąwozie Yuro przez boliwijskie siły specjalne, dowodzone przez amerykańskich doradców z CIA. Guevara został ranny i wzięty do niewoli. Sierżant Mario Terán wystrzelił dziewięć pocisków, wszystkie celne. Ciekawe, co czuł 30 lat później, kiedy w ramach "Operacji Cud" został wyleczony ze ślepoty spowodowanej jaskrą, a dokonali tego kubańscy lekarze, moralni spadkobiercy ofiary okrutnego sierżanta?

Po egzekucji zwłoki doktora medycyny Ernesto Guevary, przytroczone do podwozia wojskowego helikoptera, przewieziono do służącego za wiejską izbę lekarską nędznego pomieszczenia w miasteczku Vallegrande. Tam egzekutorzy zrobili sobie pamiątkowe zdjęcia z nieboszczykiem, po czym odcięli mu dłonie i pochowali w anonimowej mogile. Ten akt barbarzyństwa był długo skrywany, dopiero w 1997 r. wspólna ekspedycja specjalistów z Kuby i Argentyny odnalazła grób „Che” i przewiozła jego szczątki do Hawany. Zdjęcia leżącego na umywalce obnażonego i podziurawionego kulami rewolucjonisty znalazły się na czołówkach gazet całego świata. To był pierwszy etap powstawania jego legendy. Bo z pozoru zwykła fotografia nagle nabrała dla wielu osób znaczenia wręcz sakralnego, ponieważ kojarzyła się z dziełami starych mistrzów, konkretnie ze słynnym "Zdjęciem z krzyża" Petera Paula Rubensa.

Ratunek nadchodzi z trzech stron

W miniony poniedziałek 65 kubańskich wirusologów, pulmonologów i kardiologów, specjalistów w zakresie leczenia chorych na ebolę, wylądowało na lotnisku Malpensa w Mediolanie. Zostali skierowani do szpitala polowego utworzonego w Cremie (Lombardia), czyli na pierwszą linię frontu. Do Kubańczyków dołączył liczny kontyngent rosyjski, przywieziony do Włoch dziewięcioma samolotami na osobiste polecenie Władimira Putina. Na miejscu są już Chińczycy, którzy przylecieli samolotem wyładowanym 30 tonami sprzętu medycznego. W klinice w Pawii sześciu lekarzy z Wuhan prowadzi leczenie zarażonych wirusem COVID-19, wykorzystując osocze krwi chorych zawierające przeciwciała. Wykorzystuje się również kubański rekombinowany ludzki interferon alfa-2b. Są już efekty – szpital w Pawii właśnie opuścił wyleczony pacjent „zero”, a prezydent Lombardii Attilio Fontana stwierdził w miniony wtorek, że wreszcie „pojawiło się światełko w tunelu”.

Komunistyczno – rosyjski korpus medyczny walczy na pierwszej linii frontu z pustoszącym Europę wirusem COVID-19, bo – niestety – nie ma innych chętnych do narażania własnego życia dla umierających Włochów. Cóż, jest bardzo blisko prawdy zawartej w bajce Krasickiego: „Gdy więc wszystkie sposoby ratunku upadły, wśród serdecznych przyjaciół psy zająca zjadły”. Na szczęście solidarność ludzka jeszcze nie umarła. Ona, jak się okazuje, nie ma barw narodowych, politycznych, czy rasowych. W obliczu katastrofy komuniści z Chin i Kuby oraz lekarze z imperialnej i rządzonej w sposób autorytarny Rosji połączyli w siły z europejskimi neoliberałami i jest to tak budujące, że dodaje ludzkości nadziei pozwalającej przetrwać pandemię.

Ale kiedy wirus zostanie pokonany, trzeba będzie spojrzeć na świat innym okiem. Z doświadczeń wiosny 2020 należy wyciągnąć daleko idące wnioski, bo jeśli tego nie uczynimy, możemy nie przetrwać kolejnej zarazy. Tak jak kiedyś powiedział Guevara, zdrowie ludności jest ponad wszystko. To nie resorty siłowe jak wojsko, ale resorty zdrowia powinny dysponować najwyższym budżetem w poszczególnych państwach UE. Jak się bowiem okazuje, największym zagrożeniem dla ludzkości nie jest globalna wojna konwencjonalna, bądź atomowa. Nam zagraża wróg po stokroć groźniejszy niż bomby, samoloty piątej generacji, czy rakiety z ładunkami nuklearnymi – wróg niewidzialny. I trzeba być dobrze przygotowanym na walkę z nim, bo z dekady na dekadę staje się coraz groźniejszy.

Czy obywatel Duda to rozumie?

Dlatego polski rząd powinien rozważyć renegocjowanie zawartej całkiem niedawno, bo 31 stycznia tego roku, umowy z USA w sprawie zakupu 32 amerykańskich samolotów bojowych piątej generacji F-35 za 4,6 mld dolarów (prawie 20 miliardów złotych). Decydenci z PiS bardzo spieszyli się z tym zupełnie zbędnym dzisiaj zakupem, choć nad światem wisiało już śmiertelne zagrożenie w postaci wirusa COVID-19.To był błąd i dzisiaj w sytuacji nadzwyczajnej pojawia się jedyna w swoim rodzaju szansa renegocjowania fatalnej umowy. Nasz przyjaciel USA powinny pójść nam na rękę, ponieważ pandemia zrujnuje polską gospodarkę i w tej sytuacji po prostu nie będzie nas stać na wydanie góry pieniędzy na zakup zupełnie niepotrzebnych nam samolotów. Większa część z tych 4,6 mld USD powinna zostać przeznaczona w najbliższej przyszłości na wsparcie małych i średnich przedsiębiorstw.

A poza tym, w sytuacji, gdy Rosja ogłasza uruchomienie pod Kaliningradem radaru najnowszej generacji, zdolnego zarejestrować starty samolotów, wystrzelenie rakiet, czy też odgłos ponaddźwiękowych maszyn z odległości trzech tysięcy kilometrów, zakup przez Polskę za miliardy dolarów kilkudziesięciu samolotów bojowych jest posunięciem bezsensownym. Pandemia daje nam jednakowoż niepowtarzalną szansę na to, by wywrzeć presję na Amerykanach i skierować przynajmniej część zawrotnej kwoty określonej w umowie – do polskiego, a nie amerykańskiego budżetu. Opinia światowa powinna być po naszej stronie, nie mówiąc o krajowym vox populi. Czkawką odbije się PiS także skierowanie 2 mld zł na konta uprawiającej bezwstydną propagandę TVP SA zamiast do budżetu resortu zdrowia, jak również obłudne wymigiwanie się od wprowadzenia stanu klęski żywiołowej, co pozwoliłoby na zgodne z konstytucją przesunięcie w czasie wyborów prezydenckich.

W sferze światowej polityki natomiast nie można dalej tolerować sytuacji, że 2153 miliarderów posiada majątek większy niż 4,6 miliarda ludzi. Nie wolno godzić się z faktem, że od 2012 roku 20. najbogatszych miliarderów podwoiło majątki z 672 miliardów do 1biliona 397 miliardów dolarów. To nie jest sprawiedliwy podział dóbr, to krzycząca niesprawiedliwość dziejowa. Coś trzeba z tym zrobić, ale jakich narzędzi należałoby użyć, by wilk (motorniczy napędzający światową gospodarkę) był syty i owca (demokracja oraz szary obywatel) cała? Na to pytanie odpowiedzi należy oczekiwać od klasy politycznej, a nie od dziennikarzy. Tę klasę – niezależnie od jej partyjnych i narodowych barw – społeczność światowa podda teraz bodaj najsurowszemu egzaminowi w historii.

Wróć

Interesuje Cię współpraca?
Napisz do nas! wspolpraca@passa.pl
Copyright 2015 - Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: MEETMEDIA