Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

dzisiejsza pogoda

Sprawdź pogodę na 7 dni
-1°
-4°

Twój wybór spośród różnych figur

22-05-2019 21:06 | Autor: Maciej Petruczenko
To już nie te czasy, gdy książę Adam Czartoryski (1770 - 1861) szarogęsił się w Europie, załatwiając z jednej strony osobiste sprawy rodowych dóbr, z drugiej zaś próbując za wszelką cenę w jakikolwiek sposób restaurować porozbiorową Rzeczpospolitą. Ten sławny arystokrata umiał w młodych latach skumplować się w Berlinie z późniejszym geniuszem niemieckiej poezji Johannem Wolfgangiem Goethe’m, by potem stać się stałym bywalcem dworów największych monarchów Europy, objąć funkcję ministra spraw zagranicznych carskiej Rosji, przy której początkowo widział przyszłość Polski, a wreszcie dostać od Mikołaja I Romanowa wyrok śmierci przez ścięcie toporem za przyłączenie się do Powstania Listopadowego.

W podręcznikach historii dla młodzieży postać księcia Adama uwypukla się zwłaszcza jako późniejszego lidera antyrosyjskiego obozu politycznego, który wziął nazwę od paryskiego budynku (Hotel Lambert), gdzie książę, począwszy od 1833 roku, spędził ostatnie lata życia. Cokolwiek powiedzieć o Czartoryskim, przynajmniej jedno jest pewne: był to Europejczyk w każdym calu, władający biegle paroma językami, mason pierwszej wody, ale też niewątpliwy patriota, w 1792 odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Virtuti Militari za bohaterski udział w wojnie polsko-rosyjskiej, w trakcie której jako rotmistrz chorągwi w 7. Brygadzie Kawalerii Narodowej dzielnie stawał w bitwie pod Grannem. Gdy parę lat później nabrał prorosyjskich przekonań i utwierdził się w przekonaniu, że Polsce będzie najlepiej pod skrzydłami cara, marzyło mu się jednocześnie pokojowe zjednoczenie państw Starego Kontynentu w postaci Ligi Europy, co było pomysłem na miarę znacznie szerszej XX-wiecznej Ligi Narodów.

Dziś marzenie Czartoryskiego się poniekąd spełniło, Polska jest pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej i właśnie przychodzi nam wybrać przedstawicieli RP na kolejną kadencję w Europarlamencie. Próżno jednak rozglądać się za kandydatem tej klasy co Czartoryski, jakkolwiek w gronie startujących w wyborach w warszawskim okręgu IV jest ktoś z arystokratycznym rodowodem – nasz sąsiad z Ursynowa, znany lekarz, całkiem niedawno minister zdrowia Konstanty Radziwiłł. No cóż, mamy inne czasy i nie jest tak, że władza w poszczególnych państwach przechodzi z rąk do rąk wyłącznie w kręgach zasiedziałej od setek lat i świetnie wykształconej arystokracji, połączonej na dodatek w skali Europy więzami krwi. Feudalny model wszędzie już zastąpiła demokracja, chociaż w niektórych państwach zachowuje się instytucję monarchy w celach ceremonialnych. Dlatego np. królowa brytyjska, „panująca” od 1952 roku Elżbieta II, nie ma nic do powiedzenia w kwestii wyjścia Brytyjczyków z Unii (tzw. brexitu). My na szczęście, jako obywatele RP, niezależnie od tego czyśmy patrioci czy idioci, murarze czy lekarze, nekrofile czy pedofile – mamy prawo głosować 26 maja na miłych naszemu sercu pretendentów do miana europarlamentarzysty. A dopóki nie nastanie cisza wyborcza – głośno pyskować na ten temat, opowiadając się za nominatami naszej ulubionej partii albo koalicji ugrupowań.

W ubiegłym roku miałem okazję przyjrzenia się Parlamentowi Europejskiemu od kulis, udając się tam jako jeden z delegatów korpusu polskiej prasy lokalnej i lobbowałem za dyrektywą unijną chroniącą prawa twórców w starciu z gigantami od upowszechniania internetowej sieczki. Mogę stwierdzić – nie bez satysfakcji, że moja misja w Strasburgu przyniosła oczekiwany skutek, chociaż polscy eurodeputowani, których akurat miałem okazję przekonywać do moich poglądów, głosowali później przeciwko wspomnianej dyrektywie. Na szczęście większość głosujących okazała się od nich mądrzejsza, a ja wiem już teraz, że w razie wewnątrzpolskiego zacietrzewienia partyjnego i rozgrywania partykularnych interesów, mogę liczyć na wsparcie Europejczyków z prawdziwego zdarzenia. I tak być powinno w sytuacji, gdy świat jest już w całym tego słowa znaczeniu globalną wioską.

Jeśli chodzi o czekające nas 26 maja wybory, to z Warszawy i okolic (powiaty piaseczyński, zachodni, grodziski, legionowski, nowodworski, otwocki, pruszkowski i wołomiński) możemy wybrać do Europarlamentu 5 deputowanych. Bardziej znane w skali kraju nazwiska w puli kandydatów, to wyliczając alfabetycznie: Robert Biedroń, Michał Boni, Krzysztof Bosak, Włodzimierz Cimoszewicz, Ryszard Czarnecki, Kamila Gasiuk-Pihowicz, Anna Grodzka, Robert Gwiazdowski, Andrzej Halicki, Danuta Hübner, Monika Płatek, wspomniany Konstanty Radziwiłł, Jacek Saryusz-Wolski, Joanna Scheuring-Wielgus, Andrzej Smirnow, Monika Płatek, Adrian Zandberg.

Co ciekawe, w okręgu IV chciał się ubiegać o mandat niedawny członek Rady Ursynowa i wiceburmistrz – Wojciech Matyjasiak, który pozostając w ugrupowaniu Bezpartyjnych Samorządowców dołączył do Polski Fair Play Roberta Gwiazdowskiego, ale Gwiazdowski nie zdołał zarejestrować swojego komitetu we wszystkich okręgach i pan Wojciech musiał zrezygnować ze startu, nie widząc realnych szans.

Trzech europosłów ma wybrać reszta Mazowsza (okręg nr 5), a wśród kandydatów znaleźli się: Adam Bielan, Kaja Godek, Jarosław Kalinowski, Dariusz Rosati, Zbigniew Kuźmiuk, Marian Piłka i Andrzej Rosiewicz, który, podobnie jak Wojciech Matyjasiak, dołączył do drużyny Roberta Gwiazdowskiego, no i tak samo się rozczarował. A szkoda, bo nasz były ursynowski sąsiad, swego czasu ostro jazzujący, mógłby zamienić nudne sesje Europarlamentu w rytmiczne jam sessions. Co najważniejsze zaś, zwłaszcza dla budżetu Rzeczypospolitej, na pewno potrafiłby zauroczyć zachodnich bankierów, o których nam śpiewał jeszcze za Peerelu.

Wróć

Interesuje Cię współpraca?
Napisz do nas! wspolpraca@passa.pl
Copyright 2015 - Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: MEETMEDIA