Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

To się rozrosło jak gad…

13-08-2019 19:58 | Autor: Mirosław Miroński
Przed laty, w początkach transformacji ustrojowej w naszym kraju starałem się przystosować swoje mieszkanie (będące w tzw. stanie surowym) do użytku. Zatrudniłem wielu fachowców, ale jeden z nich powiedział coś, co zapadło mi szczególnie w pamięci. Był to specjalista od parkietu, ale wcale nie jakiś mistrz tańca towarzyskiego śmigający po nim w rytm muzyki. Był to fachowiec zajmujący się jego układaniem.

Ów jegomość miał nazwisko zaczynające się na literę „G” więc na użytek tego felietonu nazwę go „panem G”. Żeby była jasność – skrócenie nazwiska do pierwszej litery absolutnie nie wiąże się w tym przypadku z jakimkolwiek wymogiem prawnym. Pan G był przykładem uczciwości.

Był osobnikiem niezwykle skrupulatnym i dokładnym w swojej profesji. Oglądał każdą klepkę dębowego parkietu uważnie, obracał w spracowanych dłoniach, oglądał kolejną i kolejną aż wybierał tę, która jego zdaniem była właściwa i dobijał ją do ułożonych już klepek. Miał naturę refleksyjną i zapewne, gdyby nie splot okoliczności, które zdecydowały o jego ówczesnym zajęciu, mógłby być całkiem niezłym filozofem. Patrzył na świat holistycznie, a różnorodne, dające się zaobserwować w nim zjawiska, próbował tłumaczyć racjonalnie.

– Panie! Toż to, gdyby tylko pozwolić ludziom, to wszystko rozrosłoby się jak gad. Mówiąc to, miał zapewne na myśli przedsiębiorczych Polaków, którzy swoje biznesy pomnożyliby i uczynili niezwykle rentownymi. Wyjaśniam to, bo te słowa wyrwane z kontekstu mogą wydawać się niezrozumiałe. Jak wspomniałem, jako społeczeństwo znajdowaliśmy się wtedy na początku przemian zwanych później transformacją. Łatwo się domyślić, że chodzi o transformację ustrojową, czyli przejście z jednego ustroju do drugiego. Tym, którzy już tamtych czasów nie pamiętają albo starają się o nich zapomnieć, przypominam, że było to przejście z jedynie słusznego ustroju socjalistycznego do kapitalizmu. Wprawdzie transformacja w praktyce okazała się po latach wielkim transferem dóbr i środków państwowych do kieszeni grupy „bardziej zaradnych” osobników, ale to już inna kwestia. To, tak w skrócie, aby naświetlić tło ówczesnej rozmowy z fachowcem, panem G.

Tak czy owak, inicjatywa gospodarcza jednostek była wtedy ograniczana aż do czasu niejakiego Mieczysława Wilczka, który będąc ministrem przemysłu w rządzie Mieczysława Rakowskiego w latach 1988–1989, był jednocześnie autorem tzw. ustawy Wilczka.

Mieczysław Wilczek – chemik, prawnik, przedsiębiorca, wynalazca i autor patentów w dziedzinie chemii – trochę „poluzował” w obrębie polityki gospodarczej dając polskim przedsiębiorcom więcej swobody. Kim był ów minister Wilczek? Nie będę się na jego temat rozwodził, a ciekawskich odsyłam do zasobów internetowych, zachęcając do samodzielnego ich przeszukiwania.

Trudno powiedzieć, o co chodziło dokładnie panu G z tym gadem. Może o to, że gady są mistrzami przetrwania. W końcu przedstawiciele tej grupy kręgowców zamieszkują wszystkie kontynenty z wyjątkiem Antarktydy. Co więcej, (Reptilia) nie tylko zamieszkują je obecnie, ale żyły tam znacznie wcześniej. Dinozaury wyginęły albo ewoluowały, a gady przetrwały.

Być może, panu G chodziło o bardziej symboliczną – mityczną, czy wręcz mistyczną postać gada. Coś w rodzaju lewiatana. Być może. Chociaż z lewiatanem nie do końca wiadomo, czy był on gadem, czy wielorybem, czy też po prostu wymysłem ludzkiej wyobraźni. Nie w tym jednak rzecz. Najprawdopodobniej chodziło o metaforę mającą uzmysłowić mi, że gdyby tylko nie przeszkadzali, to ludzie, zwłaszcza ci przedsiębiorczy stworzyliby nową wartość w naszej gospodarce. Może nie do końca nową, bo nawet w socjalizmie byli tzw. „prywaciarze”, ale gdyby dano szansę ludziom z inicjatywą, to wszystko rozrosłoby się jak gad. Inaczej mówiąc, w znacznym stopniu.

Całkiem niedawno miałem okazję podróżować na Roztocze busem, który odebrał mnie spod domu. Tak, spod domu. Wprost, nie mogę wyjść z podziwu dla tego rodzaju pomysłu. Właśnie czegoś takiego brakowało na rynku. W dotychczasowej ofercie, podróżny musiał tłuc się z bagażami w jakieś miejsce wygodne dla przewoźnika np. na dworzec. A tu… uprzejmy kierowca zabiera podróżnych spod domu i pod dom przywozi z powrotem!. Nie trzeba tłuc się z bagażami na stację kolejową, jak miało to miejsce do tej pory. Okazuje się, że to działa. Klienci są zadowoleni, a nawet zachwyceni, że ktoś pomyślał o ich potrzebach. Biznes się kręci. Brawo przedsiębiorczy Polacy! Taki „gad” niech się nam jak najbardziej rozrasta...

Wróć

Interesuje Cię współpraca?
Napisz do nas! wspolpraca@passa.pl
Copyright 2015 - Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: MEETMEDIA