Dzisiaj dajemy światu przykład homofobii, która spycha nas z pokładu okrętu „Europa” wprost do bagienka, w którym roi się od przesądów, guseł, zabobonów oraz nieufności wobec wszystkiego, co jest nam obce. Mało które z europejskich społeczeństw ma tak wysokie zaufanie do księży jak my. A jednocześnie nikt nie jest tak nieufny, jak Polacy, wobec lekarzy, naukowców i nauczycieli. Doczekaliśmy policzka, kiedy kilkudziesięciu oficjalnych przedstawicieli państw i organizacji międzynarodowych stanęło we wspólnym liście w obronie społeczności LGBT w Polsce. Gdyby ich było czterech moglibyśmy potraktować taki list jako nieuprawnioną ingerencję w wewnętrzne sprawy naszego kraju. Skoro jednak sygnatariuszami listu jest aż 43 ambasadorów, m.in. takich państw jak USA, Francja, Japonia, Niemcy, Wielka Brytania, Belgia, Włochy oraz przedstawiciele Komisji Europejskiej, Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców w Polsce, OBWE i Sekretarza Generalnego Wspólnoty Demokracji, powinniśmy głęboko pochylić się nad sygnalizowanym problemem.
Tymczasem prawica i skrajna prawica w Sejmie „idą w zaparte”, twierdząc, iż nikt nas tolerancji nie musi uczyć, ponieważ jesteśmy narodem, który takiej tolerancji uczył się przez wieki. Nawet gdyby to była prawda, to co z tego dzisiaj wynika? Pan, za przeproszeniem, prezydent RP pouczył świat, iż zgodnie z Konstytucją RP małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny i zasugerował, że kontrowersyjne uchwały polskich samorządów o strefach wolnych od LGBT po prostu stwierdzają ten fakt. Tym samym rzekomo przyczyniają się do poszanowania polskiego prawa i wartości, które wyznają Polacy. Jeszcze lepszy okazał się kolejny członek polskiego rządu w osobie byłego (na szczęście) ministra od sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, który w dosyć pogardliwym tonie doniósł światowi, że Polska nie potrzebuje rad ambasadorów w sprawie traktowania osób LGBT. W drugiej dekadzie XXI wieku w taki sposób mogą toczyć debatę ze światem wyłącznie jaskiniowcy, bądź szumowina ze społecznych nizin, a nie politycy dużego państwa zrzeszonego w UE.
Czyżby ziściło się przesłanie Ludwika Jerzego Kerna zawarte w wierszu „Wiek złoty” opublikowanym tuż przed transformacją ustrojową? Przypomnijmy fragmenty: „To nie są bajki ani ploty, nastał Wiek Złoty – dla hołoty. W potopie afer, w lawinie grand, tam gdzie królują chciwość i kant, trafia hołota na żyły złota, na polski Golden Land. Hołota nigdy nie próżnuje, tutaj ukradnie, tam popsuje, jak jest okazja – zdefrauduje… Mówią mi czasem ci, co tam byli, co to wyprawia się na Sycylii; że pistolety, że kulomioty, a my nie mamy mafii hołoty? Hołoty gorszej niż szarańcze nie wspominając nawet, że tam jest ta mafia i… pomarańcze. A my z hołoty mamy… gie”. Mam wrażenie, że czytam o dzisiejszej polskiej rzeczywistości. Podobne odczucie towarzyszy mi, kiedy słucham polityków polskiej prawicy, katoprawicy i skrajnej prawicy. Od ich wypowiedzi jeżą się włosy na głowie. Prawda jest jedna i zauważalna, nie potrzeba być mózgowcem: hołoty jest coraz więcej, niestety nie tylko u nas w kraju.
Główne przesłanie mieści się w słowach: „Nikt nie będzie uczył nas demokracji, nikt nie będzie wtrącał się w nasze sprawy”. Jaskiniowcy zapominają, że dobrowolnie przystępując do Unii Europejskiej zobowiązaliśmy się do konsekwentnego i terminowego dostosowania polskiego prawa do wymogów panujących w UE. Zapominają, że podpisując dużo wcześniej (1991 r.) Konwencję o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności zobowiązaliśmy się do przestrzegania zawartych w niej postanowień. Przepisy tej Konwencji są źródłem powszechnie obowiązującego prawa w Polsce, stanowią część naszego porządku prawnego, a nawet mają pierwszeństwo przed ustawami, jeżeli nie da się ich pogodzić z Konwencją. Natomiast orzeczenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu mają powagę rzeczy osądzonej, co oznacza, że państwa – strony związane są nie tylko tekstem Konwencji, lecz także orzecznictwem wydanym na jej podstawie. Czechy, Słowacja, Litwa, Łotwa i Estonia dawno zmieniły pod wpływem strasburskich orzeczeń dawne przepisy, ustanowiły nowe oraz wyeliminowały błędne praktyki. W Polsce idzie to jak po grudzie, bo, za przeproszeniem, prezydent RP ma własny, zalatujący jaskinią pogląd na sprawę.
Od momentu wstąpienia do Unii Europejskiej 1 maja 2004 r. do Polski trafiło łącznie około 277 mld euro, podczas gdy składki wpłacone przez nasz kraj wyniosły około 101 mld euro. Daje to dodatnie saldo (zysk netto) na poziomie około 174 mld euro. Bilans z tytułu przynależności do UE jest więc dla nas bardzo korzystny – 174 miliardy euro to ponad 753 mld zł! Jeśli dodamy do tego fakt, że włączenie do jednolitego rynku UE dało polskim przedsiębiorcom i rolnikom ogromną szansę rozwoju oraz poprawy konkurencyjności dzięki m.in. wsparciu przez środki finansowe z Brukseli udostępniane Polsce w ramach funduszy strukturalnych, to należy przyjąć za pewnik, że członkostwo w Unii jest dla zdziadziałej przez pół wieku panowania komuny Polski prawdziwą manną z nieba. Ale w życiu tak już jest, że ten, który daje, także czegoś wymaga i nie można go zbyć prostackim „nie ucz mnie demokracji i nie wtrącaj się w moje sprawy”. Tego nasi prawicowi politycy i znaczna część prawicowego elektoratu nie są w stanie pojąć. Nie potrafią, bądź nie chcą zaakceptować zasad, które zaakceptowali ich poprzednicy wprowadzający nas do UE, jak również nasi sąsiedzi ze wschodu i południa.
Rodzaje kar i sankcji za nieprzestrzeganie zasad praworządności są dotkliwe: wstrzymanie wypłat z budżetu UE oraz Krajowego Planu Odbudowy (KPO), kary pieniężne TSUE – ryczałty oraz wysokie kary dzienne za niewykonanie wyroków lub środków tymczasowych (np. ponad 556 mln euro potrąconych Polsce w związku ze sprawą Izby Dyscyplinarnej SN). Wszystkie kraje UE akceptują wyroki TSUE, po popędzeniu z urzędu Orbana do tego grona dołączyły także Węgry. Tylko prawicowa Polska kwestionuje wiele punktów unijnego prawa bredząc o utracie suwerenności, eurokołchozie i sprzedaniu Polski wrogiemu Niemcowi. Największą zajadłość prezentuje europosłanka Ewa Zajączkowska – Hernik utrzymująca się na politycznej powierzchni z ciągłego szczucia i ujadania na UE. Ale ponad 8 tys. euro miesięcznie plus dodatki i tłusta emerytura jakoś jej nie śmierdzą. Przykład wyjątkowej obłudy, ale także uniwersytecka wręcz umiejętność manipulowania faktami.
Świat pędzi naprzód i kto za nim nie nadąża będzie płacił coraz wyższe frycowe. Na różny sposób. LGBT to miliony ludzi, którzy po prostu urodzili się gejami i lesbijkami. Są wśród nich prezydenci państw, premierzy, burmistrzowie wielkich metropolii, wielcy artyści, gwiazdy estrady, więc upór polskich zakutych pał nie tolerujących tego środowiska zda się na nic. Przynosi nam jedynie wstyd i straty wizerunkowe, a może przynieść także straty finansowe. Geje i lesbijki w Polsce nie są naszymi wrogami, czy odmieńcami, których za tę odmienność należy flekować. To nasi rodacy, współobywatele w demokracji, a do tego stworzeni, tak jak my, na podobieństwo Boga. Dlatego należy traktować ich z należytym szacunkiem. Broniąc środowiska LGBT mogę łacno dosłużyć się etykiety geja i lewaka, ale mam to bardzo głęboko w pewnym intymnym miejscu.
Cieszy to, że Polacy, choć powoli, stają się jednak coraz bardziej postępowi światopoglądowo, choć proces ten nie zachodzi jednolicie we wszystkich sferach życia. Badania opinii społecznej pokazują wyraźne przesunięcie akcentów w stronę obyczajowego liberalizmu, przy jednoczesnym zachowaniu konserwatyzmu w kwestiach tożsamościowych. Jeśli chodzi o środowisko LGBT także widać dużą zmianę. Według ostatnich badań aż 62 proc. Polaków popiera prawną formalizację związków osób tej samej płci. Wbrew katolicko – prawicowym ekstremistom powoli stajemy się Europejczykami z krwi i kości.