To zresztą nie jest nowe zjawisko. Starożytni znali symbol ouroborosa – węża pożerającego samego siebie. Symbolizował wieczność i cykliczność. Dzisiaj mógłby zostać patronem sporej części współczesnej kultury. Bo ile razy można odkrywać abstrakcję? Ile razy można „na nowo definiować przestrzeń”, „podważać znaczenie przedmiotu” albo „kwestionować relację widza z dziełem”? W pewnym momencie człowiek zaczyna podejrzewać, że jedyną rzeczą naprawdę kwestionowaną jest jego cierpliwość.
W muzeach coraz częściej oglądamy nie dzieła, lecz instrukcje obsługi. Najpierw czytamy dwie strony kuratorskiego komentarza, potem patrzymy na eksponat i dochodzimy do zaskakującego wniosku, że bez komentarza byłby to po prostu... stary fotel, kawałek betonu, nikomu nie potrzebny manekin albo neon. Kiedy opis staje się ciekawszy od samego dzieła, zapala się lampka ostrzegawcza. A gdy jego przeczytanie zajmuje więcej czasu niż obejrzenie całej ekspozycji – w głowach oglądających rodzą się pytania o sens tego wszystkiego. Większość z widzów zadowala się konstatacją, że po prostu nie zna się i nie dorósł do takiej sztuki. Winą za taki stan rzeczy obarcza więc samego siebie. Oczywiście, współczesny artysta ma pełne prawo eksperymentować. Problem zaczyna się wtedy, gdy eksperyment staje się celem samym w sobie. Przecież nikt nie zachwyca się kucharzem tylko dlatego, że podał zupę na łopacie. Chcielibyśmy jeszcze wiedzieć, czy ta zupa dobrze smakuje.
Historia sztuki znała prawdziwe rewolucje. Gdy Marcel Duchamp postawił w galerii pisuar, świat naprawdę stanął na chwilę w miejscu. Był to gest przewrotny, inteligentny i odważny. Ale z rewolucjami jest jak z fajerwerkami – zachwycają za pierwszym razem. Po setnym pokazie zaczynamy bardziej podziwiać cierpliwość publiczności niż oglądany spektakl.
Podobna sytuacja jest z kinem. Hollywood produkuje kolejne wersje tych samych historii. Numeracja części filmu przypomina już numery autobusów. Muzyka? Powrót do lat osiemdziesiątych, dziewięćdziesiątych, remiksy, sample i nowe wersje starych przebojów. Moda? Wystarczy poczekać dziesięć lat, a okaże się, że jednak niczego nie warto było wyrzucać z szafy. Kultura przypomina kota, który z ogromnym zaangażowaniem goni własny ogon. Różnica polega na tym, że kot przynajmniej robi to z wdziękiem.
Nie pomaga również rynek sztuki. Dzisiaj równie ważne jak talent są marketing, rozpoznawalność i umiejętność wywołania medialnego zamieszania. Skandal stał się walutą. Im więcej oburzenia, tym większa kolejka do kasy. Można odnieść wrażenie, że niektóre dzieła powstają przede wszystkim po to, aby dobrze wyglądały w relacjach z otwarcia wystawy i jeszcze lepiej prezentowały się w mediach społecznościowych.
A jednak byłoby nieuczciwie ogłosić wyrok skazujący sztukę na niebyt, bo równolegle dzieje się coś fascynującego. Sztuczna inteligencja tworzy obrazy, komponuje muzykę i pomaga projektować architekturę. Powstają interaktywne instalacje, które reagują na ruch widza, wykorzystują światło, dźwięk i algorytmy. Wirtualna rzeczywistość pozwala dosłownie wejść do obrazu. Nigdy wcześniej artysta nie dysponował tak ogromnym arsenałem środków wyrazu. Pytanie tylko, czy więcej narzędzi oznacza automatycznie więcej sztuki. Można kupić najlepszy na świecie fortepian i nadal fałszować. Można mieć najdroższe pędzle i nie namalować niczego, co poruszy drugiego człowieka. Technologia nie zastąpi wyobraźni, tak jak słownik nie uczyni nikogo poetą.
Już niemal sto lat temu hiszpański filozof Jose Ortega y Gasset zauważył, że kultura zaczyna coraz częściej zachwycać samą siebie. Dzisiaj pewnie dodałby jeszcze jedno zdanie: i robi to w rozdzielczości 8K. Może więc nie żyjemy w epoce upadku sztuki. Może żyjemy w epoce przesytu. Nigdy wcześniej nie powstawało tyle obrazów, filmów, zdjęć i muzyki. Każdego dnia świat produkuje więcej treści niż dawniej przez całe dekady. W takim zalewie wszystkiego niezwykle trudno stworzyć coś, co przetrwa próbę czasu.
Największym problemem współczesnej sztuki nie jest brak talentu. Jest nim nadmiar szumu. Arcydzieło i banał stoją dziś obok siebie w tym samym ekranie telefonu. O ich wartości często decyduje nie historia, lecz algorytm. Być może za sto lat historycy sztuki uznają nasze czasy za początek nowego renesansu. Być może będą się z nas śmiać, że nie potrafiliśmy rozpoznać geniuszu. A być może napiszą jedno krótkie zdanie: „To była epoka, która pomyliła oryginalność z dziwnością”. Jeśli tak się stanie, współczesna sztuka rzeczywiście okaże się wężem zjadającym własny ogon. Tyle że problemem nie będzie sam ogon. Problemem będzie to, że w pewnym momencie nie będzie już czego gryźć.