Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

Skąd się zaraza wzięła?

25-03-2020 21:47 | Autor: Bogusław Lasocki
Informacje o nowych zachorowaniach i przypadkach śmiertelnych epidemii COVID-19 stały się czołowymi pozycjami w codziennych serwisach informacyjnych. Gdy 4 marca pierwszy przypadek pojawił się w Polsce, we Włoszech, Hiszpanii, Niemczech – epidemia rozwijała się już bardzo dynamicznie, zaś w Chinach miała przebieg katastrofalny. Faktyczna świadomość społeczeństwa możliwością zagrożenia dla Polski była znikoma.

COVID-19 przyszedł nagle

Choroba pojawiła się w listopadzie 2019 roku w Chinach i początkowo w Europie nie wywołała większych emocji. Ostatecznie w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat przetoczyło się wiele spektakularnych epidemii, takich jak Ebola, SARS, MERS, ale w zasadzie nie zagrażając krajom rozwiniętym, przestały być przedmiotem publicznego zainteresowania. Również AIDS, po latach paniki i dziesiątkach milionów ofiar śmiertelnych, dzięki wynalezieniu skutecznych terapii i profilaktyki, z choroby śmiertelnej stał się chorobą przewlekłą, nie wywołuje już wielkiego niepokoju. Informacje chińskiego lekarza Li Wenlianga, który w końcu grudnia 2019 roku jako jeden z pierwszych ostrzegał przed koronawirusem i reperkusje, jakie go spotkały, były traktowane raczej jako ciekawostka, niż zwiastun faktycznego zagrożenia.

Jednakże z początkiem roku sytuacja gwałtownie zaczęła się zmieniać, gdy władze chińskie nie mogły już ukrywać rozwoju i nasilenia epidemii. Dynamika zachorowań zaczęła gwałtownie rosnąć. O ile 22 styczna 2020 roku władze chińskie wykazały niespełna 600 przypadków zachorowań, po trzech dniach ujawniono blisko 2000 chorych, po kolejnych trzech dniach już 6000 chorych, zaś 3 lutego wykazano ponad 20.000 chorych. Zaczęły również pojawiać się zachorowania w Europie – we Włoszech, Hiszpanii, Niemczech, Francji.

Pomimo niepokojących symptomów, przebieg choroby oceniano jako podobny do zwykłej grypy, jeszcze w styczniu - lutym, nie spodziewając się wielkich zagrożeń i komplikacji. Część specjalistów zwracała uwagę, że w Polsce w 2019 roku zachorowało na grypę znacznie więcej ludzi niż wynosi liczba wszystkich zakażonych koronawirusem na świecie. Wyrażali nadzieję, że nawet jeśli będzie wysoki odsetek zakażonych, to większość osób przechoruje to tak jak grypę. Wskazywali, że z obserwacji klinicznych docierają sygnały, iż przebieg zakażenia COVID-19 jest zazwyczaj nawet łagodniejszy niż w przypadku grypy, o czy świadczy brak objawów nieżytowych, choćby kataru. Głosząc takie optymistyczne oceny, nie wzięto jednak pod uwagę specyfiki wirusa SARS-CoV-2 wywołującego epidemię COVID-19 – jeszcze w pełni nie rozpoznanej. Większej zaraźliwości, częstszych i bardziej masowo niż w przypadku grypy występujących groźnych skutków ubocznych, długiego utajonego przebiegu przy pełnej od początku zaraźliwości, czy wreszcie często występującego przebiegu bezobjawowego jednak z towarzyszącą zaraźliwością. To wszystko powodowało, że początkowy przyrost liczby chorych był stosunkowo powolny, przyjmując po kilkunastu dniach niezwykle gwałtowny dzienny wzrost zachorowań, sięgający 10 - 20 procent. Nie doceniono zjadliwości i konsekwencji utajonego atakowania przez wirus SARS-CoV-2, jeszcze przed ujawnieniem się objawów chorobowych.

Skąd się wziął COVID-19

Chorowaliśmy, chorujemy i raczej zawsze będziemy chorować, ponieważ nasz świat jest tak skonstruowany. Prawie każde rozmnażanie, będące skutkiem połączenia się dwóch komórek czy analogicznych struktur jednostkowych, powoduje powstawanie nowej struktury, zazwyczaj posiadającej dodatkowe cechy, których nie posiadały komórki „rodzicielskie”. Mechanizm ten istnieje dlatego, by zapewnić rozwój, możliwość selekcji nowych jednostek i przystosowywanie się do zmieniających się warunków zewnętrznych. Powstałe twory – w drodze dalszego mnożenia się i selekcji – mogą przybierać postacie o innych, nowych właściwościach, stając się mutantami. Posiadają wiele cech, lub nawet większość, wywodzących się ze struktur rodzicielskich, jednak modyfikacje mogą spowodować zdecydowanie różne interakcje z otoczeniem i zmienić system dalszego rozmnażania się (komórki) czy namnażania (wirusy).

Czym są wirusy? To niewielkie cząstki o wielkości dziesięcio- , stutysięcznej części milimetra, lub nawet mniejsze, składające się z jednego z dwóch kwasów nukleinowych RNA lub DNA oraz otaczającej osłony białkowej, czasem z pomocniczymi strukturami, np. wypustkami (jak nasz koronawirus) ułatwiającymi „przyklejenie się” do podłoża. Są niezdolne do samodzielnego powielania się, nie posiadają własnego metabolizmu i są całkowicie zależne od komórek przez siebie zainfekowanych. Mechanizm namnażania wirusów – w uproszczeniu – polega na wykorzystaniu mechanizmu komórkowego do produkcji wirusowych białek i kwasu nukleinowego, i następnie uwolnieniu cząstek wirusowych z komórki gospodarza. Komórka żywicielska może ulec wówczas zniszczeniu (co prowadzi do martwicy tkanek), może istnieć dalej umożliwiając długotrwałe namnażanie się wirusa (zakażenie przewlekłe). Jeśli genom wirusa pozostaje w komórce, ale nie mnoży się, mamy do czynienia z zakażeniem utajonym. Czasem wirus może replikować się z wadami, uniemożliwiającymi jego dalsze namnażanie – wtedy infekcja się nie rozwija.

Hasłowo opisane mechanizmy funkcjonują w zależności od wielu czynników zewnętrznych, w tym właściwości infekowanych komórek i ich mechanizmów obronnych. Stąd pojawiają się sytuacje nieprzewidywalne, w szczególności "nowe" choroby – podobne do wcześniejszych, ale trudniejsze w leczeniu i opanowaniu rozwoju.

Wirusy istniały zawsze (z punktu widzenia współczesnych ludzi) i skąd się wzięły, tak dokładnie i na pewno nie wiadomo. Nie bez powodu pojawiły się i są coraz bardziej popularne rozważania, czy ludzkość nie jest przedmiotem eksperymentów symulacyjnych, dokonywanych przez kogoś, po coś. Ale to już inny wątek.

Analogicznie wygląda sytuacja z wirusem SARS-CoV-2 odpowiedzialnym za epidemię COVID-19. Pojawił się w końcu 2019 roku gdzieś w Azji, ale jak długo, gdzie i w jakich warunkach mutował, tego również dokładnie nie wiadomo. Pomijając "teorie spiskowe", mające jednak jakieś znamiona prawdopodobieństwa, rzuca się w oczy podobieństwo w ok. 80 procentach jego genomu (kodu genetycznego) do twórcy wcześniejszej epidemii SARS. Wśród hipotez przyjmuje się za najbardziej prawdopodobne zmutowanie wirusa SARS z udziałem nietoperzy, z których już nowa odmiana nazwana SARS-CoV-2 została przeniesiona na ludzi na targu w chińskim Wuhan.

Bliski znajomy „hiszpanki”

COVID-19 to nie grypa, więc nie kuzyn, ale jednak dobry znajomy. Obydwie pandemie spowodowały wirusy, choć należące do różnych rodzin. COVID-19 powodują koronawirusy, odpowiedzialne również za SARS, MERS, ale również za łagodne infekcje dróg oddechowych i przeziębienia. Hiszpanka, jak i inne odmiany grypy powodujące ostre infekcje dróg oddechowych, została wywołana przez ortomyksowirusy. Występują jednak pewne podobieństwa, jakby istniała jakaś specyficzna logika podczas ich powstawania. Obydwa wirusy oddziałują na drogi oddechowe. Charakteryzują się wysoką zaraźliwością i śmiertelnością. Jednak wywołują różne skutki dodatkowe. Hiszpanka najagresywniej atakowała ludzi młodych i w średnim wieku. Covid-19 jest najgroźniejszy dla osób starszych oraz sporadycznie młodszych, ale również z osłabionym systemem immunologicznym organizmu. Natomiast jego powinowactwo do układu oddechowego, zwłaszcza płuc, jest przedmiotem wielkiego niepokoju. Prawie każde cięższe przechorowanie COVID-19 pozostawia jakiś ślad w płucach w postaci mniejszego lub większego zwłóknienia. To bardzo groźny stan, który zaniedbany może prowadzić w konsekwencji do schorzeń niezwykle trudnych do leczenia, takich jak POChP (przewlekła obturacyjna choroba płuc) – przyczyniającej się do niewydolności płuc i zagrażająca życiu.

Wspólną cechą obu chorób jest wielka zaraźliwość. Przenosząc się głównie drogą kropelkową – podczas kichnięcia, ale nawet delikatnego zakasłania, wirusy w sposób niezauważalny mogą przeniknąć do dróg oddechowych. Każdy bliższy kontakt z chorą osobą może skutkować zainfekowaniem organizmu. W przypadku hiszpanki choroba rozwijała się błyskawicznie. Osoba zdrowa jeszcze podczas śniadania, po południu mogła być już niezdolna do jakiejkolwiek aktywności czy nieprzytomna.

COVID-19 jest złośliwy inaczej. Przebieg ciężki lub zagrażający życiu obserwuje się dotychczas u ok. 20 procent chorych. Natomiast pozostałe osoby z dodatnim wynikiem testów chorują w sposób łagodny, z możliwością leczenia i kwarantanny domowej, lub nawet bezobjawowo. Również początek choroby w ciągu pierwszych kilku dni może przebiegać bez widocznych, niepokojących objawów. Jednak nawet w tej fazie chory jest bardzo groźny dla otoczenia, gdyż w sposób niedostrzegalny może zainfekować stojącą obok osobę, która całkowicie nieświadoma już wkrótce może generować kolejne sieci infekcyjne. Stąd też wynika bezwzględna konieczność unikania bliskości jakichkolwiek osób innych niż domownicy. Dziesiątki milionów śmiertelnych ofiar hiszpanki były w dużej mierze konsekwencją bezpośrednich kontaktów osobistych – niestety bez możliwości uniknięcia w okresie wojennym – przemieszczeń dużych grup chorujących żołnierzy pomiędzy kontynentami i krajami .

Nie bagatelizować zagrożenia

Pojawiają się głosy, na szczęście nieliczne, o przejaskrawieniu zagrożenia wirusem COVID-19, ponieważ trwające od jesieni 2019 roku kolejne sezonowe nasilenie zachorowań na grypę (dane z okresu od 1 września 2019 do 7 marca 2020) spowodowało ponad 3 mln zachorowań, hospitalizowano ok. 12 tysięcy osób, zmarły 43 osoby. Jednak jest to rozumowanie błędne. Pomijając milionowe liczby zachorowań na grypę sezonową, spośród których większość miała przebieg łagodny lub niezagrażający życiu, wystarczy liczbę hospitalizowanych i przypadków śmiertelnych zestawić z liczbami chorujących na COVID-19, choćby tylko we Włoszech, Hiszpanii, Francji. Poza tym obecnie na prawie wszystkie odmiany grypy sezonowej posiadamy skuteczne szczepionki. A w przypadku koronowirusów nie mamy niczego o pełnej skuteczności. Nie ma szczepionek, leków pierwszego rzutu. Chlorochina i preparaty pochodne łagodzą objawy ale nie zabezpieczają przed chorobą, tak jak i leki przeciwwirusowe.

Obecnie największym problemem (pomijam sprawy proceduralne, organizacyjne, logistyczne i inne będące w kompetencjach zarządzających służbą zdrowia i władz, w tym również "dłubanie" polityków) jest zaraźliwość i dyscyplina unikania bliskości osób spoza zamieszkującej wspólnie rodziny. Do sklepu i gdzieś tam - trzeba pójść. Na spacer z psem, i z sobą też - dla zdrowia psychicznego. Rozsądnie pobiegać, pojeździć na rowerze w lesie, unikając jakichkolwiek skupisk czy bliskości kogokolwiek. Owszem, losowo może trafić się jakiś nosiciel w sklepie czy zawieszona chmurka wirusów w aptece przez poprzedniego klienta. Ale poza tym, w naszych rękach jest większość nitek zapewniających bezpieczeństwo. Zapobiegać, zapobiegać, zapobiegać. To zawsze było metodą najskuteczniejszą.

Wróć

Interesuje Cię współpraca?
Napisz do nas! wspolpraca@passa.pl
Copyright 2015 - Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: MEETMEDIA