W marcu 1968 roku poszedłem na Krakowskie Przedmieście wesprzeć protestujących studentów, to dwóch cywilów z pałami, w charakterystycznych czapkach ze sztucznego misia, pobiło mnie i wywiozło na „dołek” komendy przy Wilczej, skąd wyszedłem po 48 godzinach. W domu matka porównała mnie do Murzyna z Togo, tyle miałem na ciele siniaków. Kiedy w 1989 roku ciemniaków wreszcie pogoniono miałem nadzieję, że przynajmniej umrę w normalnym kraju. Na własne życzenie zlustrowałem się w IPN i wkrótce otrzymałem piękną kopertę z lakowymi pieczęciami, w której urzędowo potwierdzono, że za komuny nie kapowałem dla żadnej komunistycznej służby. Miałem nadzieję, że nigdy już Polską nie będą rządzić chamskie bezczelne mordy i mierni, ale wierni partyjni nominaci. Tak się nie stało, a co gorsza kraj nawiedziła plaga złodziejstwa, korupcji i nepotyzmu na nienotowaną w przeszłości skalę.
Naiwnie wierzyłem, że spragniony przez całe dekady zachodniej Europy przeciętny Polak szybko stanie się wyznawcą zachodnich wartości, takich jak tolerancja, poszanowanie odmienności rasowej i seksualnej, społeczna dyscyplina, jak również oddzielenie państwa od Kościoła. Wiara w to została dodatkowo utrwalona, kiedy przyjęto nas do Unii Europejskiej. Spotkał mnie jednak srogi zawód. Skrajna prawica i populiści z PiS podzielili społeczeństwo tak skutecznie, że dzisiaj nawet w rodzinie ludzie skaczą sobie do oczu. Najgorsze jest to, że nie widać żadnych szans, by ten destrukcyjny, niszczący kraj podział w polityce, powodujący naturalny podział w społeczeństwie, kiedykolwiek się zakończył. Dlaczego?
Bo wśród polskich elit nie pojawi się niestety nikt na miarę Nelsona Mandeli, który po 27 latach pobytu w ciężkim więzieniu na Robben Island powiedział podczas inauguracji swojej prezydentury w dniu 20 maja 1994 r.: „Bracia, siostry, obywatele, wyrzućcie swoje strzelby i maczety do oceanu, bo od dzisiaj biali nie są już waszymi wrogami, lecz partnerami w demokracji”. A potem dodał: „Zapamiętajcie sobie – pojednanie wyzwala duszę, niweluje strach, dlatego jest to tak potężna bron”. Te słowa wypowiedział ktoś, kto przez 27 lat był przetrzymywany przez białych Afrykanerów w klatce 2 na 3 metry, niczym dzikie zwierzę. Polaka, a szczególnie zacietrzewionego Polaka – polityka, nigdy nie byłoby stać na tak patriotyczną postawę. Dlatego przyszłość naszego kraju rysuje się według mnie raczej w ciemnych barwach, choć zagraniczni eksperci, media i instytucje uznają nas obecnie za lidera wzrostu gospodarczego w Europie.
Wszechobecna dzisiaj nienawiść degeneruje, deprawuje i wyzwala w ludziach najniższe instynkty. Podsycają ją politycy atakując w sposób bezpardonowy politycznych rywali. Zapanowała wolna amerykanka, każdy chwyt jest dozwolony byle tylko zgnoić przeciwnika, a samemu zaistnieć w mediach. Zanikły jakiekolwiek hamulce moralne, a mnie w takim środowisku coraz ciężej się żyje. Jaki jednak jest wybór? Emigracja za granicę w moim wieku? Niby mógłbym wyprowadzić się do Benidorm na Costa Blanca i zarządzać trzema apartamentami, które nasza córka ma pod wynajem, ale jest jedno „ale” – nuda, która mogłaby szybko mnie zabić. Pozostanę zatem na starych śmieciach chyba do śmierci, tym bardziej że trafiło mi się ostatnio ekscytujące zajęcie artystyczne.
Kręcimy film fabularny na podstawie mojej mini powieści „Turnus” wydanej w 2017 roku. Jest to polifoniczna opowieść o grupie przyjaciół na trzytygodniowym turnusie rehabilitacyjnym w słynnym uzdrowisku Ciechocinek. Zdrowie i choroba, miłość i zdrada, gniew i przebaczenie, zagubienie i odzyskanie pewności, to emocje, których doświadczać będą nasi bohaterowie. W obsadzie m.in. Katarzyna Kwiatkowska, Cezary Pazura, Magdalena Stużyńska, Natalia Sikora, Mikołaj Cieślak (Kabaret Moralnego Niepokoju) i popularny aktor młodego pokolenia Nikodem Rozbicki. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki oderwałem się od błaznów oraz politycznych psychopatów i dzięki temu cudowi doznaję niewypowiedzianej radochy.
Mnie od tego szamba udało się na razie uciec, nie muszę ich słuchać i oglądać, bo mam znacznie ciekawsze zajęcie. Jednak może się to kojarzyć z chowaniem głowy w piasek, bo problem nadal istnieje i chyba cały czas pączkuje. Z jednej strony agresywny nie przebierający w słowach wykształcony cham Przemysław Czarnek i konkurujący z nim na prawicy nawiedzony Grzegorz Braun oraz Ewa Zajączkowska – Hernik. Z drugiej błaznujący, acz bardzo poprawni politycznie, posłowie i posłanki lewicy oraz starający się zagarnąć środek sceny politycznej Donald Tusk otoczony partyjnymi czynownikami, z których wielu nie powinno, moim zdaniem, pełnić żadnych ważnych funkcji w państwie. Szczególnie irytuje wspomniana wyżej Zajączkowska – Hernik. Jest europosłanką z ramienia Konfederacji i reprezentuje ekstremalnie agresywne skrzydło tej partii. Paniusia ta nigdy nie wypowiedziała choćby jednego pozytywnego zdania na temat Unii Europejskiej. Pluje na UE, brzydzi się nią, postuluje rozwiązanie Wspólnoty, ale ponad 8 tysięcy euro i kilka tysięcy dodatków pobieranych co miesiąc z unijnej kasy już jej nie brzydzą.
Ewa Zajączkowska – Hernik to jedna z tych postaci, która prezentuje na forum UE nasze najgorsze narodowe cechy – ksenofobię, zawiść, kłótliwość, krótkowzroczność, prywatę, politykierstwo i narzucanie własnej woli. Takie właśnie postacie odpychają mnie od polityki i obrzydzają ją. Prof. Anna Siewierska, ceniona politolożka, przeanalizowała polityczny i wizerunkowy fenomen europosłanki, wskazując na głębokie sprzeczności między jej biografią, głoszoną ideologią a interesami, które faktycznie reprezentuje. Jednym z najmocniejszych dysonansów, na które zwraca uwagę, jest rozdźwięk między doświadczeniem życiowym Zajączkowskiej – Hernik a jej poglądami. Europosłanka wychowała się w rodzinie zastępczej, a więc w systemie państwa opiekuńczego. Mamy więc do czynienia albo z brakiem refleksji nad własną drogą życiową, albo z pełnym podporządkowaniem się partyjnej doktrynie totalnie dezawuującej państwo opiekuńcze.
Profesor Siewierska przypomina, że początki aktywności publicznej Zajączkowskiej – Hernik nie były związane z klasycznym dziennikarstwem, czym europosłanka na każdym kroku szermuje, lecz z działalnością o charakterze lobbingowym. Portale, z którymi współpracowała, miały bronić interesów branży futrzarskiej i atakować organizacje prozwierzęce. Ten schemat – reprezentowania interesów konkretnych grup – zdaniem politolożki powtarza się dziś w Parlamencie Europejskim. Jest to wybór świadomy oparty na cynicznej kalkulacji medialnej. Krótkie, ostre komunikaty łatwo stają się wiralowe, nawet jeśli ich treść opiera się na uproszczeniach lub manipulacjach. Tak cyniczną kalkulację medialną stosuje wielu polityków z pierwszych stron gazet. Niestety, żyjemy w czasach, w których kłamstwo stało się integralną częścią polityki. Nie ma już prawdy obiektywnej, jest jedynie moja prawda.
Szczególne kontrowersje budzi współpraca Zajączkowskiej – Hernik z niemiecką AfD (Alternative fur Deutschland), niemiecką partią polityczną o profilu skrajnie prawicowym i populistycznym. Ugrupowanie to uznawane jest przez niemiecki kontrwywiad (BfV) za organizację o charakterze ekstremistycznym. Politycy AfD otwarcie krytykują sankcje nakładane na Rosję i wzywają do zacieśnienia z nią relacji, nierzadko o eskalację konfliktów obwiniając... NATO. Prof. Siewierska twierdzi, że osłabianie Unii Europejskiej od środka, przy jednoczesnym korzystaniu z jej przywilejów, godzi w polską rację stanu. Moim zdaniem, godzi to także w wizerunek Zajączkowskiej – Hernik czyniąc z niej szkodnika najwyższej próby i obłudnicę utrzymującą się z tłustej europensji, a jednocześnie określającą Parlament Europejski jako „świątynię demoralizacji”. Nie dziwcie się zatem Czytelnicy, że obserwując działalność Zajączkowskiej – Hernik i jej podobnych posłanek i posłów z innych ugrupowań nabrałem do polskiej polityki głębokiego obrzydzenia.