Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

ONZ jako klub golfowy dżentelmenów

30-09-2015 19:56 | Autor: Andrzej Celiński
Siła prawa, a nie prawo siły. Te proste słowa są piękne. Kto je wypowiada, w prawdzie ze sobą jest moim bratem. Chcę, by były standardem pośród moich rodaków. Pragnę, by wielka swą funkcją kobieta – polityk (każda), nauczyciel w ogólniaku, kasjer w hipermarkecie, policjantka i sprzedawczyni na zieleniaku – żeby oni wszyscy, tak jak pan prezydent Andrzej Duda, te słowa znali i w nie wierzyli. Marzę, by to były ich słowa. Od serca.

Te słowa miały być szlagierem Dudy. One miały być cytowane. Miały ozdabiać nagłówki. I prawie takimi w Polsce na półtora dnia się stały. Na półtora, a nie na dzień, bo my przecież uwielbiamy autocelebrę. Nie kpię.

 Cieszę się, że dwaj wspaniali ambasadorzy, Sznepf i Winid, pierwszy bardziej w sprawie nowojorskiej symbolicznej i zrównoważonej wobec Putina bliskości polskiego prezydenta do Baracka Obamy, drugi w kwestii zaprojektowania przebiegu obecności polskiego prezydenta w posiedzeniu Narodów Zjednoczonych, zrobili najlepszą swoją robotę. Przypuszczam, że to też ich prywatny hołd, złożony  profesjonalizmowi. Daj Boże nam Polakom, aby następcy byli podobni. Ale i pan prezydent Andrzej Duda dobrze wypełnił swoje zadanie. Piszę, co myślę. Nie dla żadnej ukrytej potrzeby. Andrzej Duda pokazał się dobrze jako polski prezydent.

Bawią mnie peany prawicy. I zapewnienia pozostałych, że to była wielka robota. Zwyczajność nie powinna wprawiać nas w ekstazę. Wprawiając – świadczy o prowincjonalności. Pan prezydent Duda na to nie zasługuje. W Ameryce wystartował lepiej niż swego czasu mój dobry druh pan prezydent Bronisław Komorowski. Pamiętam jego opowieść o kobiecie, myśliwym i jeszcze jakieś tam bzdury. Zwijałem się wtedy w fotelu z zażenowania. Tu tego nie było. Przeciwnie. Duda trzymał gardę. Wyszedł z sukcesem. Ale bawią mnie, jak napisałem, peany. Szanujmy siebie. Polski prezydent nie robiący wstydu Polakom to powinna odtąd być zwyczajność. Ktoś ma inne zdanie?

Architektura lunchowego głównego stołu w ONZ była prosta, choć misterna. Obama niewątpliwie główna postać. Puste miejsce. Putin (nie wykluczam, że tam miał być tłumacz, dla zdjęcia wyszedł). Po prawej Obamy Japończyk. Chyba Japończyk. Azjata w każdym razie. Na pewno nie Chińczyk, bo Chińczyka w Nowym Jorku po prostu nie było. Za nim właśnie Duda. Oczywiście, nie było przy tym stole Poroszenki. Nie byłoby tego stołu, jeśliby on miałby przy nim usiąść. Na marginesie – to jest największy sukces polskiej dyplomacji. Ambasadora Winida. Misterna gra na wielu instrumentach. Jednym z nich była kolejność mówców na sesji ONZ. Tyle że ONZ został w rzeczywistości sprowadzony do roli klubu golfowego. Zwykłego miejsca towarzyskich  spotkań. Na rozwiązania tam już nikt z liczących się nie liczy.

 

Kiedyś, w późnych latach siedemdziesiątych, robiłem badania wysokich kadr budownictwa. Jakiś przypadek. Wychodziło, iż wielkich dyrektorów łączy to, że oni wszyscy myśliwi. Myślałem zrazu: wszyscy zboczeni? Szybko jednak się okazało, że wszyscy racjonalni. Te ich polowania nie były ani na dzika, ani na sarnę, ani na kuropatwę w istocie. To były polowania, w tamtym systemie, na kontakt, na patrona, na ważne z politycznego punktu widzenia zadanie inwestycyjne.

To jest dzisiejsza ONZ. Ale dobrze, że nasz prezydent okazał się członkiem klubu. Lepiej to wygląda, niż jeśliby się nie okazał.

Wróć

Interesuje Cię współpraca?
Napisz do nas! wspolpraca@passa.pl
Copyright 2015 - Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: MEETMEDIA