Jakim cudem Grzegorz Żemek, Janina Chim i Jan Koziński, zwykli ekonomiści i pracownicy bankowi, mogli dorwać się do tak gigantycznych pieniędzy jakimi dysponował FOZZ? Szacunki mówią o kwotach rzędu 354 mln zł, a w szerszym ujęciu nawet o kilku miliardach dolarów, które przepłynęły przez spekulacyjne transakcje funduszu. Mrok rozjaśnia się, kiedy ujawniony zostaje pozostały uczestnik afery – Jerzy K., pułkownik peerelowskiego wywiadu, i kiedy okazuje się, że Żemek był tajnym współpracownikiem Wojskowych Służb Informacyjnych o pseudonimie operacyjnym „Dik”. Albo taki Marcin Plichta z miasta Chełm. Zwycięzca konkursu wiedzy ekonomicznej bez matury, za to posiadacz 9 wyroków za fałszowanie dokumentów, przywłaszczenie i oszustwa bankowe, nagle zakłada potężną grupę finansowo – inwestycyjną Amber Gold i staje się właścicielem... linii lotniczych OLT Express. Bez problemu założyć w Polsce linię lotniczą? Wieśniak z prowincjonalnego Chełma?
Tak zwane „słupy” pojawiały się w kolejnych aferach finansowych. Pod koniec sierpnia br. media podały, że niejaki Przemysław Kral współpracuje z prokuraturą w śledztwie dotyczącym Zondacrypto, chcąc uzyskać status tzw. małego świadka koronnego. Zondacrypto to giełda kryptowalut, jedna z największych w naszej części Europy. Użytkownicy tej platformy internetowej mogli kupować, sprzedawać i wymieniać kryptowaluty, takie jak Bitcoin i Ethereum. Pojawia się więc kolejny finansowy „geniusz”, wcześniej nieznany. Początki Zondakrypto związane są z jeszcze innym finansowym „geniuszem” niejakim Sylwestrem Suszkiem, który z niczego wyczarował firmę BitBay, został nazwany „królem kryptowalut” i miał własny helikopter. W marcu 2022 r. słuch po nim zaginął, jakby rozpłynął się we mgle. Dzisiaj mówi się, że rozpłynął się nie we mgle, lecz w kwasie.
Sylwester Suszek, syn górnika i nauczycielki, wychował się w Piekarach Śląskich i pojawił niczym diabeł z pudełka jako finansowy czarnoksiężnik. Prowadził działalność finansową bez niezbędnych zezwoleń, przenosił spółkę z Polski na Maltę i z powrotem. Nikt mu nie przeszkadzał w budowaniu planu mającego za cel oskubanie frajerów na setki milionów zł. Kto lub co może zapewnić anonimowym „geniuszom”, osobnikom bez żadnej historii, aż taką bezkarność i pozwolić na okradanie setek tysięcy uczciwych obywateli? Tylko jedna instytucja – tajne służby zwane też służbami specjalnymi. Praktycznie w każdej wielkiej aferze finansowo – gospodarczej pojawiają się ludzie związani ze służbami. Nie inaczej jest w aferze Zondakrypto, ujawniono bowiem ostatnio nazwisko Artura Chodzińskiego, byłego agenta CBA.
Afera z porwaniem syna potentata mięsnego spod Płocka. Krzysztof Olewnik założył za pieniądze ojca firmę i zaczął handlować na dużą skalę stalą. W nocy z 26 na 27 października 2001 r. został uprowadzony i po wyłudzeniu okupu zamordowany. Śledztwo miało skandaliczny przebieg. Fatalnie przeprowadzono oględziny miejsca zdarzenia, nie zabezpieczono wielu śladów, do sprawy przydzielano niekompetentnych prokuratorów, ukrywano niektóre dowody, zginęło wiele istotnych dokumentów ze śledztwa (w tym cztery tomy akt). Trzej kluczowi sprawcy zbrodni – skazani na dożywocie Wojciech Franiewski, Sławomir Kościuk i Robert Pazik – kolejno popełniali samobójstwa w monitorowanych celach aresztów i zakładów karnych. Nikomu już nie ujawnią, kto faktycznie stał za porwaniem Krzysztofa Olewnika. Kto w tym kraju ma tak dużą władzę, by móc mataczyć w śledztwie i likwidować świadków?
Stempel każdej służby specjalnej to gra operacyjna, wiele wątków do badania, z których każdy kończy się ścianą. Klasyczny przykład to zabójstwo komendanta głównego policji Marka Papały. To śledztwo pozostaje jednym z najbardziej zagadkowych i niewyjaśnionych w historii. Przez lata śledczy badali kilkanaście wersji wydarzeń, a procesy i zwroty akcji prowadziły do uniewinniania głównych oskarżonych, co czyni sprawę symbolem porażki organów ścigania w dotarciu do mocodawców zbrodni. Służby specjalne teoretycznie działają pod polityczną kontrolą, ale tylko teoretycznie. W każdym kraju jest to państwo w państwie. Struktury te wymykają się demokratycznej kontroli, działają w oparciu o własne interesy, posiadają nadmierną, niekontrolowaną władzę nad obywatelami i politykami. Operacje i finanse służb są utajnione, co utrudnia niezależną weryfikację ich praworządności. Politycy przychodzą i odchodzą, a kadry urzędnicze i operacyjne w służbach pozostają, co buduje niezależne ośrodki wpływu, zaś dostęp do materiałów operacyjnych i podsłuchów daje służbom narzędzia nacisku na władzę cywilną.
Historycznie najbardziej spektakularnym przykładem mocy służb specjalnych jest zabójstwo amerykańskiego prezydenta Johna Fitzgeralda Kennedy`ego w listopadzie 1963 r. Sprawa do dzisiaj nie została wyjaśniona, ponieważ po zamachu Biały Dom nakazał utajnienie ponad 4 tys. kluczowych dokumentów z przeprowadzonego śledztwa. Kolejne rządy USA przedłużają ją z dekady na dekadę. Zgodnie z oficjalnymi ustaleniami specjalnej komisji, o zamordowanie prezydenta został oskarżony Lee Harvey Oswald, który miał oddać w ciągu 8,3 sekundy z piętra składnicy książek trzy celne strzały do JFK z rozkalibrowanego karabinu Mannlicher Carcano rocznik 1940, z uszkodzonym celownikiem optycznym. Osoby, które posiadały wiedzę na temat zamachu po kolei ginęły w tajemniczych okolicznościach. Ktoś przedawkował, ktoś wpadł pod samochód, ktoś został wzięty za łosia i zastrzelony, ktoś jeszcze inny zabił się na prostej drodze, jak dróżnik Lee Bowers, który widział podejrzanych ludzi z podłużnymi pakunkami kryjących się za płotem na trawiastym pagórku.
Najważniejsi świadkowie, czyli sam Lee Harvey Oswald (zastrzelony w budynku policji w Dallas przez Jacka Ruby`ego, który wkrótce zmarł, rzekomo na raka), Guy Bannister, David Ferrie i biznesmen Clay Shaw (w rzeczywistości zamrożony pułkownik wywiadu US Army) także szybko pożegnali się z życiem. Nie zezwolono na sekcje zwłok. Ani przedtem, ani potem świat nie widział podobnego mataczenia w prestiżowym śledztwie. Wciśnięto Amerykanom największy kit świata – teorię „magicznej kuli”, by dowieść, że był tylko jeden strzelec Lee Harvey Oswald. Magiczna kula z jego karabinu miała zadać dwóm osobom aż 7 ran. Trafia JFK w plecy (rana nr 1), następnie przesuwa się w górę i wychodzi przodem przez szyję prezydenta (rana nr 2). Odczekuje około pół sekundy – zapewne wisząc w powietrzu – skręca w prawo i trafia w pachwinę gubernatora Teksasu Johna Conally`ego siedzącego na przednim fotelu prezydenckiej limuzyny (rana nr 3). Następnie leci w dół pod kątem 27 st. miażdży mu żebro i wychodzi z prawej strony klatki piersiowej (rana nr 4). Skręca w prawo i ponownie trafia gubernatora, tym razem w nadgarstek (rana nr 5). Miażdży kość promieniową i wychodzi na zewnątrz (rana nr 6). Dokonuje nagłego zwrotu i utyka w udzie gubernatora (rana nr 7), skąd sama wypada i nieuszkodzona ląduje na noszach w szpitalu Parkland.
Jedyną instytucją amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości, która wszczęła oficjalne śledztwo w sprawie zamachu w Dallas, był Jim Garrison, prokurator okręgowy w Nowym Orleanie. Śledztwo miało swój finał 1 marca 1968 r., kiedy tamtejsza Wielka Ława Przysięgłych przyznała, że JFK faktycznie padł ofiarą spisku. Przysięgli orzekli, że śmiertelny strzał padł z przodu, zza płotu za trawiastym pagórkiem, a nie z tyłu ze składnicy książek, co dowodzi, że jednak był drugi strzelec. A drugi strzelec oznacza spisek i unicestwia rządową teorię o „samotnym wilku” Oswaldzie. Mimo to tajne służby i amerykańscy politycy nadal uparcie twierdzą, że spisku na JFK nie było. Mam przeczucie graniczące z pewnością, że afera Zondakrypto też nigdy nie zostanie do końca wyjaśniona, a prawdziwi mocodawcy Krala i Suszka nie zostaną ujawnieni. Suszka zapewne nie ma już wśród żywych, a Kral? Nie chciałbym być na jego miejscu.