Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

Nie warto się demaskować...

03-06-2020 21:09 | Autor: Bogusław Lasocki
Od 30 maja został znacznie poluzowany obowiązek bezwzględnego noszenia maseczek w przestrzeni publicznej. Dotychczasowy przymus zastąpiła zasada "albo maseczka albo 2 metry dystansu", co sprowadza się do obowiązku zasłaniania twarzy tylko w liczniejszych środowiskach ludzkich.

Nasza narodowa niesubordynacja wyszła mocno naprzeciw spodziewanym regulacjom, i już od jakiegoś czasu w miejscach bardziej odległych od typowych stref patrolowania przez policję, więcej ludzi było bez maseczek niż w maskach na ustach i nosie, a przynajmniej na brodzie.

Nie stresujmy społeczeństwa

Pobłażliwy stosunek do maseczek ma jeszcze swoje dodatkowe źródło w niejednorodnych i zmieniających się wypowiedziach wyższych urzędników administrujących naszym zdrowiem. Wystarczy prześledzić w okresie dwóch miesięcy wypowiedzi ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego na temat noszenia maseczek przez ogół obywateli – od całkowicie wątpiącego w potrzebę, do pełnej aprobaty i zalecenia ich wykorzystywania. Zresztą, tak jakby przypadkiem, bieżące stanowisko było współbieżne z aktualną możliwością zaopatrywania w maseczki frontowych pracowników służby zdrowia. Do tego warto dodać specyficzny ping-pong urzędników i ekspertów epidemiologów, wspieranych przez specjalistami chorób zakaźnych.

– Nośmy wszyscy maseczki – grzmiał od początku marca dr hab. Tomasz Dzieciątkowski, wirusolog z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. – Maseczki mogą przynieść więcej złego niż dobrego, zresztą wirus jest zbyt mały by go maseczka zatrzymała – odpowiadali urzędnicy. – Przyrost zachorowań wypłaszcza się – cieszyli się urzędnicy. – Liczba chorujących, choć w dużej mierze z lekkim przebiegiem lub bezobjawowo, ale wciąż zarażających, jest kilkakrotnie większa niż pokazują dane oficjalne! Może chorować nawet sto tysięcy osób lub więcej - odpowiadali eksperci medyczni. Itd, itd. Takich przykładów rozbieżności ocen można wskazać więcej, ale dla zwykłych ludzi najważniejsze zawsze było – więcej luzu! Więc gdy tylko nadarzał się jakiś cień okazji, skwapliwie z nich korzystali.

Eksperci ciągle nas straszą

Kolejne ograniczanie obostrzeń kontaktów społecznych, jak również wymogu noszenia masek, przyjmowane są z radością przez ogół obywateli. Eksperci i epidemiolodzy mają jednak cały czas dużo bardziej powściągliwe stanowisko, zwłaszcza w zakresie znoszenia obowiązku maseczek.

– Dopóki liczba nowych zachorowań nie maleje, z punktu widzenia epidemiologii jest nadal za wcześnie, aby decydować się na luzowanie obostrzeń– mówił dla portalu medonet.pl wirusolog dr hab. Tomasz Dzieciątkowski.

– Rozumiem, że trzeba znaleźć jakiś konsensus między zdrowiem publicznym, zdrowiem psychicznym obywateli i sytuacją gospodarczą, ale nie jestem przekonany, że ten moment jest dobry. Liczba zachorowań od wielu dni nie maleje, pomimo obowiązywania różnego rodzaju obostrzeń. Jest duże prawdopodobieństwo, że teraz, gdy będziemy mogli swobodnie chodzić do sklepów, kościołów, siłowni czy restauracji, liczba chorych może na nowo zacząć rosnąć. Myślę, że jeśli pozwolimy ludziom chodzić po ulicach bez maseczek, oni nie będą ich nosili także w sklepach. Poczują rozluźnienie, przestaną się obawiać, nie będą pamiętać o maseczkach, także w bardziej zatłoczonych miejscach. Kto będzie ich sprawdzał? Policja? – pyta trochę retorycznie specjalista wirusolog.

Ponieważ u nas jest tak, że odrobina poluzowania formalnego skutkuje swoistą nadinterpretacją, że już prawie wszystko wolno, nowa sytuacja faktycznie może sprzyjać ponownemu wzrostowi zagrożenia epidemicznego. Dotyczy to zwłaszcza miejsc lub okoliczności, gdzie nie sposób ograniczyć względnej bliskości ludzi, na przykład podczas wysiłkowego uprawiania sportu. Utrzymanie dystansu społecznego na siłowni jest w praktyce niemożliwe. Trudno wyobrazić sobie kogoś ćwiczącego w maseczce, wyciskającego, podnoszącego czy choćby tylko biegającego, ale z interwałami na bieżni lub jadącego na rowerku ćwiczebnym. A tam, gdzie są ludzie zdyszani, wydmuchujący gwałtownie powietrze z płuc, tam zawsze jest duże ryzyko, że ktoś zakażony bezobjawowo, łatwo przekaże zaraźliwego wirusa wielu innym ćwiczącym.

Jak przenosi się koronawirus

Wśród wczesnych argumentów urzędników medycznych, sprzeciwiających się masowemu noszeniu masek, był również i taki, że wirus jest przecież bardzo mały, dużo mniejszy niż wielkość szczelin i otworków w typowej maseczce. Problem polega na tym, że tak demagogicznie można wyjaśniać przenikanie drobnej kaszy przez zbyt duże dziurki sita. Wirus nie jest jednak taką drobinką, która wnika w każdą szczelinę. To znaczy wirus nie, ale środowisko, w którym znajdują się wirusy czyli kropelki śliny lub wydzieliny z płuc, nawet wielkości aerozolowej, są wielokrotnie większe niż sam wirus. I na ogół są na tyle duże, że w dużej części wychwytuje je nawet zwykła maseczka lub nawet chusta, która zakryte są usta i nos.

Czytając o wirusach unoszących się w powietrzu, trzeba zawsze rozumieć, że są to owszem wirusy, ale zawarte w mikrokropelkach ludzkich płynów ustrojowych. Problem ich przenoszenia się był dobrze zbadany w licznych ośrodkach naukowych, w tym w chińskim Hunan, gdzie epidemiolodzy badali jedno z ognisk koronawirusa. Wyniki tych badań zostały opisane w naukowym czasopiśmie "Practical Preventive Medicine". Zbadali oni przypadek pasażerów autokaru, w którym była jedna zarażona osoba. Pasażer ten, podczas kilkugodzinnej jazdy nie kontaktujący się z innymi osobami, zaraził jednak siedem innych osób, siedzących nawet około 5 metrów od niego. Zaraził jeszcze dwie inne osoby, które wsiadły pół godziny po wyjściu chorego pasażera z autobusu.

Podobne zagrożenia wykazali naukowcy z Uniwersytetu Aalto w Finlandii, badając symulacyjnie, jak wirus najprawdopodobniej rozchodzi się w powietrzu po pojedynczym kaszlnięciu zarażonej nim osoby, która nie założyła maseczki i nie zasłoniła twarzy dłonią czy łokciem. Fiński naukowiec prof. Ville Vuorinen wyjaśniał, że wstępne wyniki badań wskazują, iż cząsteczki aerozolu przenoszące koronawirusa mogą pozostawać w powietrzu dłużej niż pierwotnie sądzono. A to oznacza, że jesteśmy narażeni na zarażenie się koronawirusem znacznie bardziej, niż wydawało się jeszcze niedawno. Oznacza to tyle, że chora osoba może odkaszlnąć i pójść sobie dalej, a wirusy zostają w tym miejscu jeszcze długo

Podobna sytuacja występuję również podczas biegania, gdyż dysząca i zainfekowana osoba pozostawia za sobą chmurę zawirusowanego aerozolu kropelek płynów ustrojowych z płuc. Przy tym kropelki powstające podczas wydechu mogą roznosić się znacznie dalej. Mogą one być zagrożeniem nie tylko dla innych biegaczy, ale pieszych czy jadących za zarażoną osobą rowerzystów. Specjaliści stwierdzają, że bieganie obok siebie może być mniej ryzykowne niż za sobą, ze względu na zmniejszenie prawdopodobieństwa kontaktu z wyrzucanymi przez drugą osobę zainfekowanymi kropelkami.

Nośmy maski mimo braku wymogu

– Byłem jednym z pierwszych, który mówił, że powinniśmy nosić maseczki i będę ostatnim, który będzie namawiał do ich ściągnięcia, dopóki liczba nowych zachorowań nie maleje – mówił cytowany wyżej wirusolog dr hab.

Tomasz Dzieciątkowski. To bardzo ważna opinia specjalisty, który nie jest urzędnikiem odpowiedzialnym za możliwości krajowej służby zdrowia, wskaźniki, i co gorsze (dla niego) - zagrożonym odpowiedzialnością polityczną. Jest to opinia specjalisty, który opisuje stan zagrożenia odpowiadający aktualnej wiedzy medycznej.

Przygaszenie widocznego rozwoju epidemii może skutkować dramatycznymi skutkami. Wymownym przykładem może być pandemia grypy "hiszpanki", która swoje główne żniwo zebrała w drugiej i dalszych falach pandemii, zabijając kilkadziesiąt, nawet sto razy więcej osób, niż w pierwsze fazie choroby. Dlatego warto z powagą i uwagą wsłuchać się w opinie specjalistów.

– Róbmy to, co robiliśmy do tej pory. Przede wszystkim, zachowujmy zasady higieny, jak najczęściej myjmy ręce wodą z mydłem – tłumaczy dr hab. Tomasz Dzieciątkowski. – Pamiętajmy o prawidłowym zasłanianiu ust i nosa. Nie nośmy maseczek byle jak, tylko niech naprawdę zasłaniają nam nos i usta – przekonuje wirusolog.

Nośmy więc maseczki, bez względu na rządowe zalecenia, wszędzie tam, gdzie można spotkać innych ludzi.

Wróć

Interesuje Cię współpraca?
Napisz do nas! wspolpraca@passa.pl
Copyright 2015 - Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: MEETMEDIA