Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

Dowiedz się więcej o ciasteczkach cookie klikając tutaj

Muzyczne lato na Ursynowie już za nami...

02-09-2026 21:23 | Autor: Katarzyna Nowińska
Cykl „Muzyczne Lato na Ursynowie” z roku na rok brzmi coraz lepiej. Niedzielny, ostatni już niestety, koncert tegorocznego cyklu był najlepszym tego dowodem. Impreza nabiera impetu i konsekwentnie buduje swoją markę na muzycznej mapie Warszawy.

Finałowe spotkanie z muzyką w Parku im. Jana Pawła II poświęcone zostało twórczości Anny German – jednej z najbardziej niezwykłych kobiecych postaci polskiej sceny muzycznej XX wieku, artystki obdarzonej głosem o wyjątkowej czystości i szlachetności, słusznie nazywanym „słowiczym głosem”. German wydała kilkadziesiąt albumów, singli i pocztówek dźwiękowych po polsku, rosyjsku i włosku. Była pierwszą Polką, którą oklaskiwała publiczność w San Remo, i ta publiczność przyznała jej swoją nagrodę. Zdobyła też wiele prestiżowych wyróżnień, między innymi na międzynarodowych festiwalach w Neapolu, Monte Carlo, Wiesbaden, Bratysławie i Sopocie. Dwukrotnie uznano ją za najpopularniejszą polską piosenkarkę wśród Polonii amerykańskiej. Śpiewała w siedmiu językach: polskim, rosyjskim, niemieckim, włoskim, hiszpańskim, angielskim i po łacinie.

Wieczorem, 30 sierpnia, Park im. Jana Pawła II wypełnił się po brzegi. Zgromadzona publiczność z niezwykłą uwagą i wzruszeniem przyjmowała kolejne utwory – melodie, które mimo upływu lat nie utraciły nic ze swojej siły oddziaływania. W piosenkach Anny German jest bowiem coś ponadczasowego: delikatność spleciona z tęsknotą, liryzm z cieniem melancholii. Mimo prostoty słów, utwory te potrafią poruszyć w nas ogromne emocje, dotykając naszych najczulszych miejsc. Nie jest to jednak bynajmniej repertuar łatwy. Piosenki Anny German należą do niezwykle wymagających – zarówno pod względem wokalnym, jak i interpretacyjnym. Potrzebują od wykonawcy nie tylko doskonałego warsztatu, lecz także szczególnego rodzaju muzycznej wrażliwości. Nie można ich jedynie zaśpiewać - trzeba je przeżyć i opowiedzieć. Z zadania tego doskonale wywiązały się trzy znakomite artystki, które wystąpiły tego wieczoru na Ursynowie – Milena Lange (rozmowa z artystką poniżej), Katarzyna Zawadzka oraz Izabela Szafrańska.

Cały koncert z wielką klasą poprowadziła Laura Łącz, która towarzyszyła publiczności również podczas pozostałych koncertów „Muzycznego Lata na Ursynowie” odbywających się w Parku im. Jana Pawła II. Aktorka, z właściwą sobie elegancją i kulturą słowa, deklamowała podczas kolejnych spotkań poezję, tworząc subtelny pomost pomiędzy słowem mówionym a muzyką. Także podczas finałowego wieczoru jej interpretacje wprowadzały dodatkowy, niemal literacki wymiar, pozwalając jeszcze głębiej wejść w nastrój koncertu.

A ten udzielił się publiczności wyjątkowo mocno. Gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki słuchacze nie chcieli pozwolić artystkom zejść ze sceny. Bisowały aż dwukrotnie, za każdym razem spotykając się z owacją licznie zgromadzonych mieszkańców Ursynowa. Po zakończonym występie wiele osób podchodziło do artystek prosząc o autografy i wyrażając swój podziw dla ich talentu i warsztatu. Ogromne podziękowania ze strony publiczności usłyszał również Andrzej Królak – Inspektor Wydziału Kultury Urzędu Dzielnicy Ursynów, od lat zaangażowany w organizację „Muzycznego Lata na Ursynowie”.

W tym niedzielnym finale było coś więcej niż tylko zakończenie wakacyjnego cyklu koncertów. Było wzruszenie, pamięć i poczucie obcowania z muzyką, która – podobnie jak najpiękniejsza poezja – nie starzeje się, lecz z czasem nabiera jeszcze głębszego znaczenia. „Muzyczne Lato na Ursynowie” pożegnało się z publicznością, pozostawiając po sobie nie tylko wspomnienie przyjemnych letnich wieczorów, lecz także tę szczególną ciszę, która pojawia się w człowieku wtedy, gdy muzyka naprawdę go porusza.

 

Rozmawiamy z Mileną Lange, założycielką i dyrektorką Impresariatu Artystycznego MS Promotion – agencji artystycznej, która promuje gwiazdy jak i młode talenty muzyki klasycznej, oraz kreuje różne projekty, w tym „Muzyczne Lato na Ursynowie”.

 

KATARZYNA NOWIŃSKA: Kiedy po raz pierwszy poczuła pani, że śpiewanie nie jest już tylko pasją, ale jest drogą, którą chce pani przejść przez życie?

MILENA LANGE: Właściwie nie pamiętam momentu, w którym podjęłam taką decyzję. Mam wrażenie, że wiedziałam to od zawsze. Odkąd tylko zaczęłam świadomie myśleć o tym, kim będę w przyszłości, mówiłam, że będę piosenkarką. Nie wyobrażałam sobie dla siebie innej drogi. Śpiewanie nigdy nie było więc dla mnie jedynie pasją czy dodatkowym zajęciem. Od początku czułam, że będzie częścią mojego życia i moim zawodem. Podobno już jako trzylatka potrafiłam też na śpiewaniu „zarabiać”. Chodziłam z dziadkami na bazarek, śpiewałam sprzedawcom, a moje pierwsze honoraria przyjmowałam w postaci warzyw i owoców (śmiech). Można więc powiedzieć, że bardzo wcześnie rozpoczęłam działalność artystyczną. Jako dziecko konsekwentnie powtarzałam, że zostanę piosenkarką i nauczycielką i właściwie jedno i drugie się spełniło. Zdobyłam wykształcenie muzyczne, zostałam zawodową śpiewaczką, mam również przygotowanie pedagogiczne, zawód nauczyciel muzyki. Tego, czego kompletnie nie przewidziałam to fakt, że z czasem stanę się także producentką koncertów i przedsiębiorczynią. Ta część mojej zawodowej drogi przyszła później i była dla mnie znacznie większym zaskoczeniem.

Studia wokalne uczą dyscypliny, techniki i świadomego posługiwania się głosem. Ale czego nie można nauczyć się w żadnej akademii muzycznej, a czego artysta musi nauczyć się sam?

Myślę, że przede wszystkim funkcjonowania w realnym świecie zawodowym. Akademia może dać bardzo solidny warsztat, wiedzę, dyscyplinę i świadomość artystyczną, ale po ukończeniu studiów nikt nie rozkłada przed nami czerwonego dywanu. Sam talent i dobre przygotowanie nie wystarczą, żeby móc rzeczywiście utrzymywać się ze swojego zawodu. Artysta musi nauczyć się przedsiębiorczości: zdobywania kontraktów, budowania relacji zawodowych, negocjowania, promowania własnej pracy i mądrego komunikowania tego, co ma do zaoferowania. Trzeba też nauczyć się wyceniać swoją pracę i mieć świadomość jej wartości. Mamy w Polsce i na świecie bardzo wielu znakomicie wykształconych śpiewaków i muzyków, dlatego pytanie brzmi nie tylko: „czy jestem dobry?”, ale również: „co mnie wyróżnia, jak chcę poprowadzić swoją drogę zawodową i co zrobić, żeby móc godnie żyć z tego, do czego przygotowywałam się przez wiele lat?”. Tego przez długi czas właściwie w ogóle nie uczono na uczelniach artystycznych, choć mam wrażenie, że dziś powoli zaczyna się to zmieniać. Drugą niezwykle ważną rzeczą jest doświadczenie sceniczne. Ja bardzo dużo koncertowałam już podczas studiów i z perspektywy czasu uważam to za bezcenne. Pewnych rzeczy po prostu nie da się nauczyć w sali ćwiczeniowej. Można perfekcyjnie przygotować partię, pracować nad techniką i interpretacją, ale dopiero scena uczy reakcji na stres, kontaktu z publicznością, współpracy z innymi artystami, radzenia sobie z nieprzewidzianymi sytuacjami i zachowania koncentracji wtedy, kiedy coś nie przebiega dokładnie według planu. W tym zawodzie praktyka jest absolutnie nie do zastąpienia.

Jest jeszcze jedna sfera, o której moim zdaniem mówi się zdecydowanie za mało - psychologiczne przygotowanie do zawodu. Artysta pracuje przecież nie tylko głosem czy ciałem, ale również własną wrażliwością i emocjami. To zawód, w którym jesteśmy nieustannie oceniani i porównywani, spotykamy się z odmową, krytyką, niepewnością zatrudnienia, presją i bardzo zmiennym rytmem pracy. Trzeba nauczyć się funkcjonować w tym wszystkim tak, żeby nie uzależniać własnej wartości ani od jednego sukcesu, ani od jednej porażki. Umieć przyjąć krytykę, wyciągnąć z niej to, co wartościowe, a jednocześnie nie pozwolić, żeby podważyła całe nasze poczucie własnej wartości.

I chyba na końcu jest jeszcze jedna rzecz: samodzielne myślenie o sobie jako artyście. Na studiach jesteśmy prowadzeni przez profesorów, otrzymujemy repertuar, wskazówki, oceny. Później przychodzi moment, kiedy trzeba samemu odpowiedzieć sobie na pytanie: kim jestem jako artysta, co chcę przekazywać poprzez muzykę i jaką drogą chcę iść.

Jest pani jednocześnie artystką stojącą na scenie i osobą, która tę scenę tworzy dla innych. Co było impulsem, by założyć MS Promotion i wejść również w świat produkcji artystycznej?

Myślę, że pierwszym impulsem było bardzo proste zderzenie marzeń z rzeczywistością po studiach. Ten przysłowiowy czerwony dywan się nie rozłożył. Bardzo chciałam śpiewać, chciałam być na scenie i dość szybko zrozumiałam, że mogę albo czekać, aż ktoś kiedyś zadzwoni i zaproponuje mi pracę, albo sama zacząć tworzyć sobie przestrzeń do działania. Zdecydowanie bliższa była mi ta druga opcja. Z czasem zaczęły się też bardzo wyraźnie ujawniać cechy, które chyba zawsze we mnie były: duża samodzielność, potrzeba kreowania, organizowania, podejmowania decyzji i brania odpowiedzialności za całość. Pomysłów nigdy mi nie brakowało. Coraz bardziej fascynowało mnie nie tylko samo wykonanie utworu, ale wszystko to, co dzieje się wcześniej: wymyślenie koncepcji koncertu, repertuaru, artystów, dramaturgii, całego kształtu wydarzenia. Odkryłam, że ogromną satysfakcję daje mi tworzenie czegoś od samego początku i realizacja na scenie projektu, który wcześniej istniał tylko w mojej głowie. MS Promotion powstało dlatego, że tak bardzo chciałam tworzyć i być na scenie, że nie mogłam pozwolić sobie, by czekać, aż ktoś stworzy mi ku temu odpowiednie warunki. Zaczęłam tworzyć je sama. Z czasem okazało się, że równie mocno jak śpiew kocham też budowanie całych projektów, zarządzanie nimi i tworzenie przestrzeni do pracy dla innych artystów.

Z czasem ta potrzeba tworzenia zaczęła przybierać coraz większą skalę. Naturalnym kolejnym krokiem było stworzenie Warsaw Impressione Orchestra, którą powołałam do życia w 2014 roku. Bardzo zależało mi na tym, żeby nie tylko produkować koncerty i zapraszać do nich artystów, ale mieć również własny zespół, z którym można budować określone brzmienie, rozwijać coraz większe projekty i realizować je od pierwszej koncepcji aż po gotowy koncert. Dzisiaj MS Promotion i Warsaw Impressione Orchestra są właściwie dwoma uzupełniającymi się filarami mojej działalności. MS Promotion daje mi przestrzeń producencką i organizacyjną, a orkiestra – własne zaplecze artystyczne i możliwość tworzenia projektów w bardzo indywidualny sposób. Dzięki temu mogę funkcjonować jednocześnie jako wokalistka, producentka i osoba, która kreuje całe przedsięwzięcie od podstaw. Właśnie ta możliwość łączenia różnych ról jest mi dzisiaj najbliższa.

MS Promotion działa już od ponad dekady. Czy przez te lata zmieniło się pani wyobrażenie o tym, czym powinien być dobry koncert?

Zdecydowanie. Kiedy zaczynałam, patrzyłam na koncert przede wszystkim oczami wykonawcy: dobry repertuar, świetni artyści, dobre wykonanie. Dzisiaj wiem, że to są oczywiście fundamenty, ale same w sobie jeszcze nie gwarantują naprawdę dobrego koncertu. Z perspektywy producenta widzę wydarzenie jako całość – ważne są dramaturgia, kolejność utworów, proporcje, tempo, sposób prowadzenia koncertu, światło, dźwięk, scenografia czy multimedia, ale także kwestie, których publiczność często nawet nie zauważa: dobrze przygotowany harmonogram, sprawne zmiany na scenie, organizacja zaplecza i zespół ludzi, który dokładnie wie, za co odpowiada. Najlepiej przygotowana produkcja to paradoksalnie taka, przy której widz nie zastanawia się nad organizacją, wszystko po prostu płynie. Bardzo zmieniło się też moje myślenie o publiczności. Dzisiaj, tworząc koncert, właściwie cały czas próbuję usiąść po drugiej stronie sceny i zadaję sobie pytanie: co w tym momencie zobaczy i usłyszy widz? Czy go czymś zaskoczę? Czy program nie traci tempa? Czy po mocnym numerze daję mu chwilę oddechu? Czy kolejny punkt rzeczywiście wnosi coś nowego? Nauczyłam się, że nie wystarczy zgromadzić na jednej scenie świetnych nazwisk i pięknych utworów. Trzeba jeszcze wiedzieć, po co każdy z tych elementów się tam znajduje.

Czy uważa pani, że granica między muzyką klasyczną a popularną coraz bardziej się zaciera i że właśnie na styku tych dwóch światów powstają dziś najciekawsze projekty, takie jak na przykład finałowy koncert „Muzycznego Lata na Ursynowie?”

Zdecydowanie kocham takie fuzje. Sama od lat poruszam się pomiędzy tymi dwoma światami, zarówno jako solistka, jak i producentka. W moim repertuarze jest muzyka klasyczna, filmowa, musicalowa i szeroko rozumiana muzyka rozrywkowa. Nigdy nie czułam potrzeby zamykania się w jednym gatunku, bo dla mnie najważniejsze jest to, czy muzyka jest dobra i czy jest wykonywana na najwyższym możliwym poziomie. Nie powiedziałabym jednak, że granica między klasyką a muzyką popularną całkowicie się zaciera. Raczej staje się coraz bardziej otwarta i przepuszczalna. I bardzo dobrze, bo dzięki temu możemy zestawiać ze sobą różne języki muzyczne, instrumentarium czy sposoby interpretacji. Trzeba tylko robić to z ogromnym wyczuciem. W crossoverze bardzo łatwo przekroczyć granicę dobrego smaku, dodać orkiestrę tylko po to, żeby było bardziej efektownie, przesadzić z aranżacją albo odebrać utworowi to, co było w nim najpiękniejsze w oryginale. Dla mnie taka fuzja ma sens wtedy, kiedy oba światy traktuje się z równym szacunkiem. Orkiestra symfoniczna nie powinna być dekoracją dla piosenki, a muzyka rozrywkowa nie staje się automatycznie bardziej wartościowa tylko dlatego, że zagra ją kilkudziesięciu muzyków. Potrzebny jest dobry aranżer, właściwi wykonawcy, świadomość stylistyczna i przede wszystkim pomysł na to, dlaczego te światy w ogóle ze sobą łączymy. Finał „Muzycznego Lata na Ursynowie” był tego dobrym przykładem. Tym razem zdecydowaliśmy się na kameralny, pięcioosobowy skład instrumentalny. I właśnie to też jest dla mnie ważne: nie każdy utwór potrzebuje wielkiej orkiestry, żeby zabrzmieć pięknie i szlachetnie. Czasem mniejszy skład daje więcej przestrzeni słowu, melodii i samemu wykonawcy. Najważniejsze jest dla mnie zawsze znalezienie takich środków, które służą muzyce, a nie przytłaczaniu jej. Nie interesuje mnie więc podział na muzykę poważną i niepoważną. Interesuje mnie muzyka zrobiona dobrze albo źle. I niezależnie od tego, czy śpiewam arię operową, muzykę filmową czy piosenkę estradową, staram się podchodzić do niej z dokładnie taką samą odpowiedzialnością.

Czy w repertuarze Anny German, który był tematem przewodnim niedzielnego koncertu, znalazła pani coś, co szczególnie mocno rezonuje z pani własną wrażliwością?

Chyba trudno byłoby mi wskazać jeden konkretny utwór, bo w przypadku Anny German bardzo mocno przemawia do mnie cały sposób myślenia o piosence. To są piękne melodie, ale przede wszystkim bardzo dobre, mądre teksty. Jest w nich dużo poezji, subtelności i prawdy, a jednocześnie sama muzyka jest ambitna i często znacznie bardziej wymagająca, niż mogłoby się wydawać przy pierwszym słuchaniu. Bardzo lubię właśnie takie połączenie: utwór może wydawać się całkiem prostym do wykonania dla publiczności, a jednocześnie stawiać przed wykonawcą naprawdę wysokie wymagania. Piosenki Anny German potrzebują dużej skali głosu, swobody w wysokim rejestrze, dobrej techniki, ale sama technika absolutnie nie wystarczy. Trzeba jeszcze mieć wrażliwość na słowo, umieć opowiedzieć historię i nie przesadzić z interpretacją. W tej muzyce jest wiele emocji, ale podanych z ogromną klasą i bez nadmiernego epatowania nimi. To jest mi bardzo bliskie.

Zresztą po niedzielnym koncercie wydarzyła się zabawna sytuacja. Jeden z panów z publiczności podszedł do mnie i zapytał, jaką mam skalę głosu. Kiedy mu odpowiedziałam, spojrzał na mnie ze zdumieniem i powiedział: „Ojej, to tyle co mój akordeon!”. I chyba w bardzo sympatyczny sposób podsumował jedną z cech tego repertuaru – on naprawdę wymaga od głosu bardzo wiele. Może właśnie dlatego tak lubię do niego wracać. Jest piękny dla słuchacza, ale nie jest łatwy dla wykonawcy. A ja zawsze najbardziej ceniłam muzykę, która daje publiczności przyjemność, a artyście pozostawia jeszcze przestrzeń na prawdziwą pracę interpretacyjną.

Co chciałaby pani, aby widz, który podczas niedzielnego koncertu po raz pierwszy zetknął się z twórczością Anny German, zabrał ze sobą do domu?

Chciałabym przede wszystkim, żeby miał ochotę do tej muzyki wrócić. Żeby nie potraktował jej jako repertuaru z dawnych lat, który można zamknąć w szufladzie z nostalgią, tylko odkrył, że te piosenki nadal są bardzo aktualne w swojej jakości, wrażliwości i sposobie mówienia o człowieku. Anna German śpiewała utwory, które miały piękne melodie, ale też naprawdę dobre teksty. Dzisiaj, kiedy wszystko dzieje się bardzo szybko i muzyka często staje się czymś, czego słuchamy przez chwilę, ogromną wartością jest dla mnie spotkanie z repertuarem, który wymaga trochę więcej uwagi. Takim, przy którym można zatrzymać się nad słowem, nad frazą, nad tym, co właściwie autor chciał powiedzieć. Chciałabym też, żeby młodsza publiczność zobaczyła, że muzyka sprzed kilkudziesięciu lat nie musi być ani muzealna, ani staroświecka. Najpiękniejszym efektem takiego koncertu byłaby dla mnie sytuacja, w której ktoś po powrocie do domu wpisze jej nazwisko, zacznie słuchać kolejnych piosenek i pomyśli: „Jak to możliwe, że wcześniej tego nie znałem?” Wtedy wiem, że taki koncert miał sens.

Występy plenerowe mają zupełnie inną energię niż opera czy filharmonia. Czy lubi pani moment, kiedy muzyka „wychodzi” z sal koncertowych i spotyka ludzi w przestrzeni miasta?

Bardzo. Myślę, że właśnie w plenerze szczególnie mocno widać, że muzyka nie powinna być zamknięta wyłącznie w salach koncertowych i przeznaczona dla osób, które już ją dobrze znają, już wiedzą, że chcą jej słuchać. W przestrzeni miasta muzyka może spotkać także tych, którzy przyszli trochę przypadkiem, usiedli na ławce, zatrzymali się podczas spaceru albo wcześniej nie pomyśleliby nawet, żeby kupić bilet do filharmonii. Koncert plenerowy ma też zupełnie inną relację z publicznością. Jest mniej formalny, bardziej bezpośredni. Ludzie reagują spontanicznie, śpiewają, czasem tańczą, dzieci podchodzą bliżej sceny. Nie ma tej umownej bariery, którą czasami tworzą scena, foyer, elegancki strój i cały rytuał związany z wizytą w instytucji muzycznej. Uważam, że nie należy ludzi przekonywać do muzyki, mówiąc im, że powinni jej słuchać. Trzeba im po prostu dać szansę spotkać się z nią w dobrej formie. Jeśli wykonanie jest na wysokim poziomie, program jest mądrze ułożony, a koncert nie tworzy niepotrzebnego dystansu, okazuje się, że publiczność jest dużo bardziej otwarta, niż czasami nam się wydaje. Oczywiście, jako producentka widzę też drugą stronę medalu. Plener jest dużo bardziej nieprzewidywalny – pogoda, akustyka, hałas miasta, ogromna liczba kwestii technicznych. Trzeba być przygotowanym właściwie na wszystko. Ale właśnie ta skala, energia i możliwość spotkania bardzo różnorodnej publiczności dają mi ogromną satysfakcję. Chyba najbardziej lubię myśleć o takich koncertach nie jako o wyprowadzaniu muzyki z filharmonii, tylko jako o poszerzaniu przestrzeni, w której może ona żyć. Dobra muzyka nie traci swojej wartości tylko dlatego, że zamiast w sali koncertowej zabrzmi w parku czy na miejskim placu. Czasem właśnie tam po raz pierwszy trafia do człowieka naprawdę.

Wróć