Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

Między Facebookiem a Facebogiem

10-07-2019 22:19 | Autor: Maciej Petruczenko
W XXI wieku modne – i wygodne – jest codzienne, względnie conocne, „siedzenie na fejsie”. To trochę tak jak siadywanie na sedesie w celach wydalniczych. A „fejs”, czyli Facebook również jest przydatny do wydalania – cokolwiek nam się w naszych mózgach przetrawi. W dodatku jest to po większej części wydalanie publiczne. Czynność ta wkomponowała się wprost znakomicie w obecny świat, będący przecież „globalną wioską”.

Między innymi dzięki Facebookowi wiem, że nasz sąsiad z Ursynowa, jeszcze całkiem niedawno redaktor naczelny tygodnika „Pasmo”, mający świetne pióro Jacek Krawczyk bawił niedawno w Magdalence na spotkaniu z czytelnikami swojej książki „Róża na chodniku”, której fragmenty przeczytała publiczności z wielką ekspresją Jolanta Mrotek-Grudzińska, najprawdziwsza diva sceny i estrady.

Niezawodny towarzysz życia Facebook dostarcza mi też miłego widoku, jakim są zaskakujące zdjęcia innego naszego sąsiada, arcyinteligentnego współpracownika „Passy”, reprezentanta pierwszego pokolenia elektroników Bogusława Lasockiego, który lubi polować na ptaki, tylko nie za pomocą strzelby, ale obiektywu i łupy z tego polowania bywają obfite. Od burmistrza Ursynowa Roberta Kempy z kolei dowiaduję się na Facebooku o jego najświeższych poczynaniach zawodowych i nie muszę w związku z tym czytać biuletynu urzędowego dzielnicy. Moje wnuczki informują urbi et orbi o swoim kolejnym wygłupie, jakkolwiek – jako przedstawicielki pokolenia cywilizacji obrazkowej – zdecydowanie wolą objawiać się na Instagramie.

Facebook wszelako wciąż pozostaje bardzo ważną platformą komunikowania się dla wielu osób i instytucji. Z przyjemnością obserwuję więc, co porabiają moi znajomi i przyjaciele w Brazylii, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Australii oraz w Międzyrzecu Podlaskim i wzruszam się wieściami od pewnego Chińczyka, z którym na zmianę eksploatowaliśmy siedem lat temu znakomitego Steinwaya, stojącego w basemencie akademika Uniwersytetu Londyńskiego, gdym pracował dla potrzeb Przeglądu Sportowego na Igrzyskach Olimpijskich 2012.

Z nie mniejszą satysfakcją zauważam niemieckojęzyczne posty jednej młodej Chinki, z którą w 2015 przegadałem w samolocie całą drogę z Frankfurtu do Pekinu, słysząc zresztą po raz pierwszy w życiu przedstawicielkę ChRL biegle władającą językiem naszych zachodnich sąsiadów, a pracującą naukowo na jednym z uniwersytetów RFN.

Krótko mówiąc, Facebook – podobnie zresztą jak inne social media – stał się dla współczesnych namiastką życia towarzyskiego, prowadzonego wirtualnie, bez potrzeby wydawania kasy na wystawne przyjęcia. Z tym większym zdumieniem zapewne musiał być przyjęty kilka dni temu apel współzałożyciela firmy Apple – Steve’a Wozniaka, nawołującego, by jak najszybciej spieprzać z Facebooka, bo to jedna wielka zaraza. A posiadanie konta na tymże od razu wystawia nas wszelkiej maści złoczyńcom, podsłuchującym facebookową klientelę, przede wszystkim zaś wnikającym w nasze dane osobowe w celu uczynienia z nas obiektu ataków reklamowych. Wozniak, Amerykanin mający korzenie polsko-irlandzko-niemiecko-angielskie, z pewnością wie, co mówi. Tym bardziej, że jego słowa nie są bynajmniej jakąkolwiek nowiną.

Już parę lat temu Steve stwierdził, że posiada na Facebooku aż 5000 „znajomych”, których w ogóle nie zna. Poza tym słusznie zauważył, że dla wielu osób realne życie przestało być ważne, tak ich wchłonęła wirtualna magia Facebooka. Dlatego zdecydował się już w kwietniu ubiegłego roku na likwidację swego facebookowego konta. Pewnie doszedł do wniosku że twórca Facebooka Mark Zuckerberg nie może być jak sam Pan Bóg, dostrzegający wszelkie szczegóły z każdego życia ludzkiego. Całkowicie zgadzam się z Wozniakiem, bo uważam że Facebook nie powinien pełnić roli Faceboga. Niektórzy, jak np. redaktorzy tygodnika „Nie” próbują nawet robić sobie z tego jaja, sugerując, że w wersji dla polskich Żydów wynalazek Zuckerberga powinien nazywać się Pejsbook. I akurat – z uwagi na pochodzenie redaktora naczelnego tego czasopisma – nikt nie powie, że to ironiczny antysemityzm.

Trochę już zdążyliśmy zapomnieć o skandalu, jaki wybuchł gdy w ubiegłym roku okazało się, że dane 87 milionów użytkowników Facebooka wyciekły do Cambridge Analytica i wykorzystano je bez zgody tych osób do celów komercyjnych. Nawet sam Mark został ze swojej prywatności okradziony. No cóż, Facebook to w sumie co najmniej dwa miliardy klientów. To wielki interes, zdaniem kongresmenów USA nazbyt zmonopolizowany przez Zuckerberga, panującego też nad związanymi z firmą Facebook Messengerem, WhatsAppe'm i Instagramem. Monopolista Mark był rok temu przed Kongresem przesłuchiwany, bijąc się w piersi, że czegoś tam nie dopilnował, ale w końcu nawet włos nie spadł mu z głowy. I tak Bogiem a prawdą, ten nieodrodny syn Doliny Krzemowej ma dziś większy wpływ na nas, fejsbukowiczów, niż Jezus miał kiedyś na swoich uczniów.

Facebook zarabia rocznie 40 mld dolarów, korzystając z naszych danych, a my się cieszymy, że można sobie tak łatwo i bez żadnych kosztów poprzez to medium skontaktować się z nieograniczoną liczbą znajomych i nieznajomych. Jak miło, gdy na osobistym e-mailu wykwita nam informacja, że ciocia Zosia lub wujek Włodek mają akurat tego dnia urodziny. Nie musimy sami o takich rocznicach pamiętać. Niedługo dojdzie pewnie do tego, że panie będą dowiadywać się z Facebooka, kiedy mają okres. Wszędobylski Fejs to dziś nasz nowy Big Brother.

Czy musimy już się z tym pogodzić, czy raczej wolimy dołączyć do buntownika Wozniaka (Woz'a – jak go nazywają poufale)? Poniekąd mamy wybór. Wciąż bowiem można korzystać z cokolwiek archaicznej Naszej Klasy.

Wróć

Interesuje Cię współpraca?
Napisz do nas! wspolpraca@passa.pl
Copyright 2015 - Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: MEETMEDIA