Do maratonu w Sydney dostałem się z loterii, zostałem szczęśliwie wylosowany (już w listopadzie 2025). Warto tu podać, że chęć startu zadeklarowało w loterii ponad 123 tysiące osób. Ostatecznie limit miejsc na dystansie 42 km ustalono na ok. 40 tysięcy. Nauczony poprzednimi doświadczeniami szybko kupiłem bilet lotniczy, żeby możliwie zoptymalizować łączne koszty eskapady na antypody. Najlepszą ofertę przedstawiła mi linia Turkish Airlines, ale dostępną tylko na pierwszym etapie lotu, drugą część trasy odbyłem linią Singapore Airlines (przewoźnik też wysokiej klasy), a leciałem z Singapuru do 5-milionowej australijskiej metropolii samolotem Airbus A-380-800; obecnie to największy dwupokładowy samolot pasażerski na świecie. Rezerwacją z dużym wyprzedzeniem chciałem też zoptymalizować koszty noclegów w hostelu w Sydney. Ale tutaj spotkała mnie niemiła niespodzianka, na okres maratonu ceny skoczyły podwójnie. Skąd my to znamy?
Moje przygotowania treningowe w Polsce do tego biegu wyglądały bardzo blado. Cześć zaplanowanych treningów wypadła z powodu wysokich letnich temperatur (nie chciałem się katować w palącym słońcu), zrobiłem tylko jedno długie wybieganie (24 km). Wieczorną gimnastykę siłową też wiele razy odpuściłem, moje lenistwo. Tylko poranne brzuszki (w sumie 1440 w okresie przygotowawczym) wykonałem należycie. Braki treningowe wyszły później na trasie maratonu, odbiły się na ogólnym rezultacie na mecie.
Do Sydney przyleciałem w czwartek, czyli raptem parę dni przed niedzielnym maratonem. Może trochę za późno. Miałem za mało czasu na przestawienie zegara biologicznego (różnica czasu między Warszawą a Sydney to 8 godzin). Teraz myślę, że akurat na tym polu za ostro podszedłem z optymalizacją kosztów wyjazdu.
Metropolia Sydney wspaniale przygotowała się do tej wielkiej biegowej imprezy. Już w samolocie wypatrzyłem przyszłych uczestników tego wydarzenia, po koszulkach, szczupłej sylwetce, butach. Już na lotnisku działało stoisko organizatorów TCS Sydney Marathon, obsługa służyła chętnie pomocą, co skrzętnie wykorzystałem. Po zakwaterowaniu w hostelu udałem się od razu na targi EXPO odebrać swój numer startowy. Z głównego dworca (Central Station) kursował specjalny, bezpłatny pociąg. Targi EXPO odbywały się na terenach Olimpic Park, przy okazji więc z zewnątrz zobaczyłem parę obiektów olimpijskich z 2000 r. Z otrzymanym w Polsce mailem (w treści skan potwierdzający mój udział) udaje się do odpowiedniego stoiska organizatorów. Otrzymuję bib nr - numer startowy (losowo wybrany), koszulkę finiszową (w ładnym zestawie kolorów), mogę wziąć agrafki. To wszystko, żadnych gadżetów reklamowych, organizatorzy nie rozpieszczają, a wpisowe nie było tanie. Z biura zawodów przechodzę na targi, główny sponsor tej imprezy to firma Acics (największe stoisko). Ja też biegam w treningowych butach tej marki, sprawują się bardzo dobrze. W ramach deseru przed obiadokolacją spożyłem tutaj dwa jogurty proteinowe, popijając licznymi izotonikami w małych kubkach, przekąszając próbkami batonów energetycznych. Nie robiłem zakupów, poziom cen skutecznie ostudził mój zapał, ale parę gadżetów reklamowych jednak wziąłem. Całe miasto żyło tym wydarzeniem. W wielu miejscach widziałem specjalne słupy ogłoszeniowe (m. in. z trasą maratonu), na przykład przy ratuszu. W piątek, 28 sierpnia, o godz. 18.00 przed słynnym gmachem opery odbyła się gala otwarcia. W gronie zaproszonych gości rozpoznałem jedną z legend australijskiego tenisa. Błyskawicznie cyknąłem fotkę. Jestem również zaprzysięgłym fanem tenisa, takie przypadkowe zdjęcie gwiazdy kortu to wielka gratka dla mnie.
W sobotę w ramach relaksu udałem na wycieczkę w Góry Błękitne położone około 100 kilometrów na zachód od centrum miasta. Piękne widoki, a jedną z atrakcji są schody tzw. Giant Stairways – 800 stopni. Ja zrobiłem tę trasę w obie strony, w górę przewidywany czas podejścia to 1 godzina, ja wykonałem je w 20 min, ale nie była to najlepsza forma treningu dzień przed startem w maratonie.
W niedzielę pobudka o 4.30, śniadanie i do metra. Dla uczestników maratonu przejazd środkami komunikacji publicznej jest bezpłatny w ten dzień, za bilet służył bib nr, ale nikt go nie sprawdzał. W metrze o tej porze tylko maratończycy i osoby towarzyszące. Po dojechaniu na odpowiednią stację udaje się na tereny zgrupowania biegaczy. Wolontariusze, a jest ich cała masa, pomocni, rozpoznawalni, w różowych kurtkach lub koszulkach, kierują cię w odpowiedni sektor. Rano było chłodno. W Australii trwa nadal zima kalendarzowa, ale jest zielono, temperatura w dzień ok. 20 stopni C, w nocy ok. 9 stopni C, ale ostatnie dni były słoneczne. Niektórzy mówią, że chcieliby mieć takie zimy w Polsce, ja nie, jestem też przecież narciarzem, zjazdowym i biegowym, a do uprawiania tych sportów potrzebny jest śnieg.
Biegacze podzieleni są na liczne klasy i podklasy, w zależności od wcześniej osiągniętych rezultatów. Na trasę są wpuszczani o ścisłe określonej godzinie. Nie ma ogólnego startu dla wszystkich uczestników, start odbywa się grupami. To pewna nowość dla mnie. Przed startem przy mojej grupie pojawia się spora grupa pacemakerów z masztami na plecach, na chorągiewkach podany czas, w jakim pobiegną. Na przykład pacemakerów na czas 4:00:00 było chyba z ośmiu. Mój start punktualnie wg planu: o godz. 7:38 (tak było na wcześniejszej rozpisce, zielona grupa D3, zaznaczona na numerze startowym). Na początku pierwszy km ostro w dół, później wyrównanie i lekkie wspinanie się na Harbour Bridge. To ten most ogląda się w TV 31 grudnia we wczesnych godzinach polskiego Sylwestra (fajerwerki), Australijczycy są bowiem „do przodu” 8 godzin. Ja na początku trzymam się pacemakera na rezultat 4:00:00. Punkty nawodnienia: izotoniki co 5 km, a pomiędzy nimi stacje wodne. Cała masa wolontariuszy podawała kubki. Dwa razy, na 20 i 30 km można dostać żele energetyczne (4 rodzaje). Trasa pofałdowana, niekiedy dłuższe zbiegi i podbiegi dawały się we znaki. Mnie tylko na początku biegło się dobrze. Ze względu na swoją przypadłość: nagrzewająca się lewa stopa, średnio co 5 km musiałem zrobić tzw. pit-stopy. Czyniłem to przy stacjach nawodnienia, zdejmując but, wyjmując wkładkę, wszystko polewałem wodą, stopę w skarpetce też, musiałem chwilę odczekać na schłodzenie się stopy i dalej w drogę. Przez to biegłem wolniej, z reguły w licznej grupie, uważając aby nie spowodować kolizji. Dość dobrze biegło się mi do 27 km. Każdy km trasy oznakowany był dużym niebieskim banerem, w miarę przebiegniętego dystansu wypatrywałem kolejnego z utęsknieniem. Utrudzony stosowałem tzw. metodę Gallowaya, czyli np. 100 m marszu, 900 m biegu, już wolnego. Trasa maratonu wytyczona była po całym mieście, ogólnie na zasadzie tam i z powrotem, z licznymi odgałęzieniem, np. ci szybsi biegli już po lewej stronie jezdni, ci wolniejsi, w tym ja, jeszcze po prawej stronie. Przyjeżdżając do Sydney miałem w planie zobaczyć Centennial Park – zabytkowy park publiczny, no i zobaczyłem go, podczas tego biegu. Na trasie sporo kibiców, w niektórych miejscach nawet były tłumy, żywo dopingowały uczestników, raz widziałem panią z duża, rozłożoną polską flagą. W ogóle wiele razy zauważyłem biegaczy z polskimi emblematami lub takich, którzy mówili po polsku. Między innymi biegła w koszulkach z orłem na piersi kilkusetosobowa grupa biegaczy z Polish Running Team z Nowego Jorku. W TCS Sydney Marathon chyba startował prawie cały świat, nawet Rosjanie byli, niestety, też. Według danych organizatorów, uczestnicy pochodzili z 142 krajów. Niektórzy poprzebierani fantazyjnie, widziałem Spidermana, biegaczki w strojach baletnicy i wielu, wielu innych kolorowych przebierańców. W licznych miejscach grała głośna muzyka, puszczana przez disc-jockeya. Raz mijałem długi na kilkadziesiąt metrów szpaler ustawionych w kilku rzędach młodych osób, śpiewających znany szlagier (sądzę, że nie był to chór, bo liczyłby chyba zbyt dużo osób). Biegnąc starałem się jak najwięcej „używać” cienia, bo było bardzo słonecznie. Gdy sił brakowało, szedłem w cieniu. Ostatnie kilometry znowu po parku, innym niż Centennial Park, po ostatnim wzniesieniu droga już w dół, do mety, nawet był niezły spadek. Wykrzesałem resztki swoich sil i gnam, a ostatnie ok. 100 m to aleja finiszowa w pobliżu gmachu opery.
Nie będę się chwalił swoim czasem i miejscem na mecie, zainteresowanych odsyłam do oficjalnej strony maratonu www.tcssydneymarathom.com, mój nr startowy: 35010. Po minięciu mety po medal trzeba było jeszcze trochę pójść do przodu. Na szyję wkłada mi go blondynka w średnim wieku. Następnie dostaję torbę z napojami (woda, izotonik, jabłko) i trochę dalej mleczny napój proteinowy. Kieruję się ku wyjściu, spotykam Polaków z NY. Sympatyczna pani Ula na terenach parkowych, odpoczynkowych, zrobiła mi zdjęcia z medalem, za które serdecznie dziękuję. Kieruję się do metra, aby wrócić do hostelu i wziąć prysznic. I to by było na tyle opowieści. Przebiec 26. TCS Sydney Marathon, jeden z elitarnego klubu Abbott World Marathon Majors.
Czy warto startować w tym maratonie? Dla zobaczenia tej pięknej metropolii, dla prestiżu tego maratonu pewnie tak. Udział ok. 40 tys. biegaczy też robi swoje. Organizacja bez jakiegokolwiek zarzutu, wszystko przygotowane perfekcyjnie, a miasto przyjazne dla biegaczy. Kończąc swoją relację z Sydney zdradzę, że po maratonie funduję sobie zasłużony odpoczynek. Wylatuję na tygodniowe „byczenie się” na wyspach Fidzi. Łączę przyjemne z pożytecznym (regeneracja).
Jeśli Czytelnik zainteresował się moją maratońską pasją, to poinformuję jeszcze, że aktualnie staram się zrealizować następne wyzwanie, tj. być w Klubie Siedmiu Kontynentów. Chodzi o ukończenie maratonu na każdym kontynencie. Pozostała mi niestety Antarktyda. Wszystkie dotychczasowe moje starty sam finansowałem, nie mam żadnego sponsora, na swoją pasję zarabiam ostatnio pracą w Niemczech. Jednak w przypadku Antarktydy zaczynają się dla mnie finansowe Himalaje. Impreza organizowana przez Marathon Tours and Travels, startująca z Buenos Aires (trzeba tam jeszcze dolecieć) zaczyna się od ponad 11 tys. USD. Niestety, wykonywana praca w Niemczech szybko nie pozwoli mi uzbierać takiej kwoty. A czas leci, mam już prawie 66 lat. Dlatego zwracam się o ewentualne finansowe wsparcie mojego projektu, cztli umieszczenie ostatniego, najdroższego diamentu w Koronie Kontynentów - Antarktydy. Jeśli uznają Czytelnicy, że warto poprzeć mój projekt, podaję poniżej nr konta do wpłat. Wiem, że jest wiele pilniejszych potrzeb do wsparcia, ale jeśli uznają Czytelnicy, że nie mogą mnie finansowo wspomóc, to moja prośba o rozesłanie tego tekstu wśród swoich znajomych, rodziny, koleżanek i kolegów. Będę wdzięczny za takie poparcie.
Dla wszystkich, którzy prześlą nawet symboliczne 1 PLN na jedno z podanych poniżej kont, a w tytule przelewu podadzą swój osobisty adres mailowy (oświadczam, że nie sprzedam nikomu bazy adresów mailowych), to obiecuję, że po ukończeniu ostatniego maratonu wyślę moją relację i zdjęcie z medalem jako skromne podziękowanie, a jednocześnie potwierdzenie, że środki zostały wykorzystane zgodnie z przeznaczeniem.
Nr kont SWIFT (BIC) – INGBPLPW
w PLN: PL 81 1050 1025 1000 0097 1014 1921
w EUR: PL 91 1050 1025 1000 0097 1014 2614
w USD: PL 29 1050 1025 1000 0097 1014 2663
w GBP: PL 17 1050 1025 1000 0098 1810 0290