Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

Mała Warszawska...

14-10-2020 20:06 | Autor: Tadeusz Porębski
Przez większość część ubiegłej niedzieli towarzyszył mi trupi odór. Takie miałem wrażenie i aż do późnego popołudnia nie mogłem dociec skąd ono się bierze. Wszak nie miałem nic do czynienia z rozkładającymi się zwłokami! To było dziwne, dołujące i niekomfortowe odczucie. W tym dniu rozgrywana była na torze Służewiec gonitwa Wielka Warszawska. Wyścig ten obrósł legendą i dla rdzennego warszawiaka jest wyznacznikiem stołecznej tożsamości.

W kultowym serialu TVP „Jan Serce” padło słynne zdanie: "Dla prawdziwego warszawiaka najważniejsze w roku są trzy daty – urodzenia, Powstania Warszawskiego i dzień Wielkiej Warszawskiej". Od 75 lat WW nieprzerwanie patronowali kolejni prezydenci stolicy. Nie bez powodu. Skoro wyścig ma w tytule słowo "warszawska", to kto inny poza prezydentem tego miasta może być jego dumnym patronem? Sponsorów może być stu, ale patron tylko jeden, czyli prezydent stolicy wybrany na ten urząd przez warszawiaków.

Tymczasem w 2019 r. zarząd Totalizatora Sportowego, organizatora gonitw na Służewcu, arbitralną decyzją "sprzedał" patronat jednemu z banków. Po raz pierwszy w historii ta warszawska gonitwa rozegrana została nie o nagrodę prezydenta naszego miasta, lecz o puchar prezesa jednego z banków. Był to dla mnie, gościa związanego ze Służewcem od 1973 r. i warszawiaka z dziada pradziada, bardzo smutny dzień, ponieważ sprzedano tradycję. Najgorsze jest to, że sprzedano ją dużo poniżej wartości biblijnych 30 srebrników. Co bowiem poza pucharem za kilkaset złotych zaoferował wyścigom nowy patron? Jeśli chodzi o pulę nagród nic się nie zmieniło – tak jak w poprzednim roku wynosiła ona 220 500 złotych. Zarząd banku wynajął natomiast całe pierwsze piętro Trybuny Honorowej, by kilkudziesięciu wypasionych bankierów z towarzyszącymi im lalami mogło w luksusowych warunkach obejrzeć mityng. Wyścigową gawiedź, czyli posiadaczy wykupionych za niemałe pieniądze całorocznych wejściówek na pierwsze piętro tej trybuny, przegoniono na parter.

W tym roku, na cztery dni przed Jesienną Galą Wielka Warszawska, ogłoszono, że WW zostanie rozegrana bez udziału publiczności. Była to wspólna decyzja prezesa Polskiego Klubu Wyścigów Konnych i zarządu państwowej spółki Totalizator Sportowy, zalecana przez byłego ministra rolnictwa Jana Ardanowskiego. Gonitwa nie miała nie tylko publiczności, ale także patrona. W programie wyścigowym widniało: „Gonitwa międzynarodowa dla 3-letnich i starszych koni”. Po prostu – tak jakby to był pierwszy lepszy wyścig poza grupami. Siarczysty policzek dla miasta, dla prezydenta i dla wszystkich warszawiaków. Z powodów wyłącznie politycznych (wrogość rządzących państwem do Rafała Trzaskowskiego) spostponowano także mającą ponad 70 lat tradycję. To wielka krzywda wyrządzona dwumilionowej społeczności przez kilku bojaźliwych pętaków, pozbawionych moralnego kręgosłupa.

A co do przegonienia z toru publiczności uprzejmie donoszę, że rygory „żółtej strefy” dopuszczają jednak organizowanie zawodów sportowych na otwartej przestrzeni „pod warunkiem realizowania przez widzów obowiązku zakrywania ust i nosa, wyznaczenia co drugiego miejsca na widowni (w rzędach naprzemiennie), a w przypadku braku wyznaczonych miejsc na widowni przy zachowaniu odległości 1,5 m, z tym że nie więcej niż 50 proc. liczby miejsc przewidzianych dla publiczności”. To tekst urzędowy, z którego wynika, że można było jednak wrzucić do sieci kilkaset biletów, by arcyważne dla warszawiaków zawody nie odbywały się przy pustych trybunach. Nie zrobiono tego, wybrano spychotechnikę polegającą na wylaniu dziecka z kąpielą.

Organizator gonitw wysłał w ostatniej chwili zaproszenie dla mediów. Dziennikarzy poza mną nie widziałem, kamer TVP, Polsatu czy TVN także nie. Kilku fotografów na krzyż oraz mnie zgrupowano w osobnej strefie na podszytej wiatrem dżokejce. Niestety, ta część obiektu nie posiada WC. Na szczęście nie zauważyłem nikogo pędzącego ze ściśniętymi udami i trwogą w oczach w kierunku pobliskich zarośli. Marznąc w watowanej kurtce, mogłem natomiast oglądać szczęśliwców w garniturkach pławiących się w cieple na pierwszym piętrze Trybuny Honorowej. Po obejrzeniu kilku wyścigów opuściłem gościnną dżokejkę i przemieściłem się pod wyścigową bramę od strony ul. Puławskiej, konkretnie do zacnej restauracji „Pod Podkową”.

Zgromadzili się tam bywalcy ze średniej wyścigowej półki – kilkunastu hodowców i właścicieli koni, co zasobniejsi gracze oraz zwykli goście knajpiani żądni oglądania WW w wyścigowym gronie na ekranie dużego telewizora. Tam pozyskałem kilka informacji, które mną do głębi wstrząsnęły. Tam też zaskoczyłem wreszcie, czemu towarzyszy mi dzisiaj trupi odór. Zaczęło się od wjazdu w południe na służewiecki parking, gdzie panuje iście księżycowy krajobraz. Zawody w ujeżdżaniu, skokach i powożeniu zaprzęgami "Warsaw Jumping” – niemające nic wspólnego z wyścigami konnymi i odbywające się przy prawie pustych trybunach – spowodowały zniszczenia trawników, które pokryte są śmieciami i grubą warstwą piasku. Może właśnie dlatego skwapliwie skorzystano z rekomendacji ministra i przegoniono publiczność, by nie ujawnić przed światem przynoszącego wstyd śmietnika?

Dobiła mnie kolejna informacja, że w przyszłym roku PKWK i dyrekcja Toru Służewiec planują zorganizowanie aż czterech takich imprez. Ktoś słusznie zauważył: „Popatrz, panu Chalimoniukowi (prezesowi Polskiego Klubu Wyścigów Konnych) i panu dyrektorowi Toru Służewiec udało się pozyskać z różnych źródeł 3,5 mln złotych plus milion na nagrody od ministra rolnictwa, by zorganizować na Służewcu czterodniową imprezę. Potrafili załatwić też przekaz w telewizji. W cztery dni wydano 4,5 mln zł, a na ponad 50 dni wyścigowych pula od lat nie przekracza 8,5 mln, czyli średnio 170 tys. na dzień i ledwie około 20 tys. na nagrody w poszczególnych gonitwach. Śmiech na sali". Rzeczywiście, ten istotny element jakoś umknął mojej uwadze. To prawda – dwóch strażników wyścigów konnych, zobowiązanych konkretnymi zapisami do zapewnienia tej dyscyplinie sportu systematycznego rozwoju potrafiło znaleźć sponsorów i załatwić przekaz w telewizji na zawody kompletnie niezwiązane z wyścigami. Obdartej z patrona, sponsora i ogołoconej z widzów Wielkiej Warszawskiej nie pokazano nawet w głównym wydaniu lokalnego Programu 3 TVP o godz. 18.30.

Nad Służewcem unosi się trupi zapach, ponieważ wyścigi konne potrzebują już tylko ostatniego namaszczenia. Ta królewska dyscyplina sportu jest nie do uratowania. Takie jest moje zdanie, potwierdzeniem są fakty. Wyścigi dostały się pod kuratelę ludzi i podmiotów kompletnie nie znających i nie rozumiejących mechanizmów rządzących końskim biznesem, więc może być tylko gorzej. W tym przypadku gorzej oznacza zgon. Dzisiaj wyścigi konne w Polsce przypominają leżącego na marach śmiertelnie chorego pacjenta, który co prawda jeszcze oddycha, wydala, ale utrzymuje się przy życiu wyłącznie dzięki kroplówce. Ta kroplówka to 8,5 mln zł, które od ponad 10 lat TS przeznacza na nagrody w liczącym aż 52 dni sezonie wyścigowym. Inflacji w ogóle nie bierze się pod uwagę. Ta kwota pozwala wyścigom wegetować, ale o jakiejkolwiek formie rozwoju nie może być mowy. Brak promocji oraz coraz niższe obroty w końskim totalizatorze spowodowały, że wyścigi stały się dla ludzi i graczy mało interesujące.

TS obiecywał cuda, m.in. stworzenie na służewieckim torze "salonu towarzyskiego" stolicy. Jak wygląda rzeczywistość? W pochmurne dni tor świeci pustkami, kiedy wzejdzie słoneczko zjawia się tam trochę starszej młodzieży oraz mamusiek i tatuśków z progeniturą, by wypić piwko, pooddychać świeżym powietrzem i popatrzeć na koniki. Ale to nie oni są solą wyścigów konnych, to tylko statyści. Solą na każdym torze są gracze, a tych z roku na rok ubywa, ponieważ nie każdemu pasuje traktowanie per noga przez organizatora gonitw i śmiesznie niskie pule w totalizatorze. Bliski jest moment, kiedy na Służewcu zjawi się ledwie kilkudziesięciu graczy. Wówczas TS odetnie kroplówkę, argumentując, że nie będzie wydawał milionów na niszową dyscyplinę sportu.

Co dalej? Dobre pytanie. Kiedy wyścigi konne upadną, automatycznie otworzy się klatka i trzymane dotąd na dystans szczury rzucą się na ten wspaniały teren. Dzisiaj wszystko jest możliwe, więc możliwe jest także wykreślenie służewieckich torów z rejestru zabytków. Wówczas szczury kierujące się wyłącznie zyskiem błyskawicznie rozdrapią teren i zaczną go zabudowywać. I bezpowrotnie zniknie wspaniały zabytkowy obiekt, zniknie ponadstuletnia tradycja wyścigowa, ludzie utracą pracę i pójdą na bruk, a mieszkańcy południa Warszawy stracą ostatnie kliny napowietrzające tę część miasta. Wtedy zatęsknią za wyścigami konnymi, ale będzie za późno.

Wróć

Interesuje Cię współpraca?
Napisz do nas! wspolpraca@passa.pl
Copyright 2015 - Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: MEETMEDIA