Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

Ludzie zachowywali się jak zahipnotyzowani...

04-03-2020 21:18 | Autor: Tadeusz Porębski
Właśnie minęło 58 lat od wydarzenia, które bez przesady można nazwać epokowym. Zaowocowało ono bowiem powstaniem najsłynniejszego zespołu rockowego w dziejach świata, który koncertuje do dnia dzisiejszego, a wieść o nowej trasie koncertowej wprawia w amok miliony fanów tej zupełnie wyjątkowej kapeli. W niedzielę 4 marca 1962 roku w pod londyńskim Ealing, w pomieszczeniu na zapleczu piekarni szumnie nazywanym klubem jazzowym, dwóch młodzieńców wysłuchało koncertu zespołu The Blues Incorporated, pierwszej w historii formacji bluesowej złożonej wyłącznie z białych muzyków. Młodzieńcami tymi byli urodzeni w 1943 roku Michael Philip Jagger i Keith Richards. Mieli więc wtedy po niecałe dziewiętnaście lat.

Słuchając koncertu, przyszłe ikony muzyki rockowej i założyciele legendarnej grupy The Rolling Stones już się znały. Ich pierwszy kontakt miał miejsce w pociągu jadącym z Dartford do Londynu. Nawiązali rozmowę, ponieważ jeden z nich taszczył gitarę, zaś drugi niósł pod pachą plik winylowych płyt Muddy Watersa i Chucka Berry'ego. Wtedy w Anglii słuchało się tradu, czyli tradycyjnego nowoorleańskiego jazzu, ale powoli do Europy zaczął docierać blues oraz jego drapieżna miejska odmiana zwana urban – bluesem, którego prekursorami byli Muddy Waters i Howlin` Wolf. Stąd tylko krok do rhytm and bluesa i Bo Diddleya, Chucka Berry'ego oraz Fatsa Domino, którzy położyli podwaliny pod muzyczny nurt zwany rock and rollem.

Mike - dopiero po kilku latach przeflancowany na Micka - oraz Keith dobrze wiedzieli, że płynące z Ameryki "nowe" ma swoje korzenie w Delcie Missisipi. Keith po wysłuchaniu płyty Roberta Johnsona, już nie legendarnego a mitycznego wręcz dzisiaj muzyka z Delty, dostał bzika na punkcie bluesa. Przyszli Stonesi nie zdawali sobie jednak wówczas sprawy, że bluesa mogą grać także biali. Dlatego po wysłuchaniu koncertu The Blues Incorporated opadły im szczęki. Wrażenie było tak wielkie, że postanowili założyć własną formację. Bardzo podobał im się dwa lata starszy od nich Charlie Watts grający na bębnach w zespole Alexisa Kornera, ale Charlie nie był zainteresowany ofertą młodych zapaleńców, ponieważ bezgranicznie kochał jazz. Poza tym był cenionym projektantem graficznym, znanym strojnisiem, miał dobrą pracę, nosił krótkie włosy, a na perkusji grywał wyłącznie dla przyjemności. Jednak już po kilku miesiącach miał zmienić zdanie. Keith szukał kogoś na podobieństwo Elmora Jamesa, legendarnego czarnoskórego gitarzysty bluesowego, który wywarł ogromny wpływ na większość gwiazd rocka. Któregoś dnia Alexis przedstawił im niepozornego blondynka z długimi włosami. Kiedy blondynek zagrał bluesa Keith oniemiał z zachwytu i natychmiast założył mu konkretną ofertę, która została bez wahania przyjęta.

Blondynkiem był niejaki Brian Hopkin Jones, młodzieniec nikczemnego wzrostu, postać wyjątkowo barwna. Był wybitnie zdolny i wybitnie leniwy. Bez przygotowania zdał egzaminy do szkoły średniej i natychmiast został pierwszym klarnecistą w szkolnej orkiestrze. W wieku piętnastu lat zdał siedem egzaminów i przeszedł od razu do szóstej klasy. Jednak w 1957 roku zainteresował się muzyką Charlie'go Parkera, przekonał rodziców, by kupili mu saksofon i... zakończył edukację. Kiedy poznał Micka i Keitha był już szczęśliwym tatusiem po uwiedzeniu czternastoletniej uczennicy Valerie, która urodziła mu córkę. Był multiinstrumentalistą i jednym z najwybitniejszych muzyków w dziejach rocka. Grał na gitarze, fortepianie, indyjskim sitarze w utworze "Paint it black", na harmonijce ustnej, organach, klawesynie, saksofonie, flecie, cytrze, oboju i klarnecie.

Wielkim problemem był brak dobrego basisty. Mick dał ogłoszenie w gazecie Melody Maker. Na przesłuchanie zgłosiło się wielu chętnych, ale tylko jeden przytaszczył ze sobą własny wzmacniacz Vox Ac– 30, który w owych czasach był nie byle jakim sprzętem. To zadecydowało, że Bill Wyman, a naprawdę William Perks, został przyjęty do zespołu. Poza tym starszy o kilka lat Bill (rok urodzenia 1936) zaimponował chłopcom doświadczeniem, spokojem i pociągłą, bladą, nieprzeniknioną twarzą zawodowego pokerzysty, w sam raz pasującą do wizerunku zespołu. W styczniu 1963 roku Charlie Watts powiedział wreszcie „tak” i zasiadł za perkusją The Rolling Stones, a w kwietniu zespół dał pierwsze koncerty w nowym składzie w klubie The Red Lion w Sutton.

Wybierając nazwę zespołu nieboszczyk Brian Jones musiał doznać chwilowego objawienia. To możliwe, bo był zdeklarowanym narkomanem. W nocy z 2 na 3 lipca 1969 roku kompletnie naćpany utopił się w basenie na terenie własnej posiadłości. Nazwa The Rolling Stones prawdopodobnie wywodzi się od angielskiego przysłowia „A rolling stone gathers no moss”, co oznacza „Toczący się kamień nie obrasta mchem”. Rzeczywiście, będący grubo po siedemdziesiątce Stonesi ani myślą udać się na zasłużoną emeryturę. Takiego wybryku natury nie było jeszcze na muzycznej scenie i już nigdy nie będzie.

Ron Wood, najmłodszy członek The Rolling Stones, mający dopiero 73 lata, gra z zespołem od 19 grudnia 1975 roku, ale Stonesem został formalnie dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych. Chodziło oczywiście o pieniądze, a konkretnie o podział kasy pochodzącej z gigantycznych tantiem. Znany ze skąpstwa Jagger wolał dzielić ją na cztery konta bankowe, a nie na pięć i trzymał Rona w zespole jako muzyka sesyjnego. Ugiął się dopiero wobec kategorycznego ultimatum Billa Wymana, który zagroził odejściem z zespołu. W 1992 roku Bill dobrowolnie pożegnał się z The Rolling Stones. Dwadzieścia lat później zagrał gościnnie z kolegami na koncertach w The O2 Arena w Londynie.

The Rolling Stones koncertowali po całym świecie, w Polsce gościli czterokrotnie. W 2012 roku w ciągu zaledwie siedmiu minut fani zespołu wykupili wszystkie bilety na trasę koncertową z okazji 50-lecia powstania legendarnej kapeli. Miała zakończyć się w USA i być ostatnia. Nie była. W 2016 roku The Rolling Stones zawitali do dziewięciu krajów Ameryki Płd., grali m. in. w Chile, Argentynie i Brazylii zapełniając stadiony do ostatniego miejsca. Dziesiątym krajem była Kuba. Po raz pierwszy wyjątkowy skąpiec Mick Jagger zadecydował, że zespół zagra w Hawanie pro bono. Kubańscy fani popadli w ekstazę. Koncert w stolicy Kuby zgromadził... 1,2 miliona widzów. "Po tym wszystkim mogę już umierać. Zobaczyć na żywo Stonesów było moim ostatnim życzeniem" - zwierzył się dziennikarzowi agencji Associated Press 62-letni Joaquin Ortiz, który przez dwa dni podróżował do Hawany z oddalonego o setki kilometrów miasta Santiago de Cuba.

Mam na koncie wiele koncertów na żywo różnych rockowych znakomitości, ale w pamięci pozostały mi tylko dwa - Stonesów w kompleksie Ciudad Deportiva w Hawanie 25 marca 2016 r. oraz Pink Floyd w Wenecji 15 lipca 1989 roku, kiedy po raz pierwszy WIDZIAŁEM muzykę. W Hawanie to nie był zwykły koncert. Ludzie przytulali się do siebie i zachowywali jak zahipnotyzowani, zaczarowani, jakby na wyspie wylądowali przybysze z Marsa. To było niesamowite. Natomiast to, co wydarzyło się w lipcu 1989 r. na San Marco w Wenecji, było przeżyciem mistycznym. Nigdy później nie przeżyłem takiego duchowego uniesienia jak wówczas. I do dzisiaj nie wiem, który z tych dwóch gigantów powinien stać na pierwszym miejscu rockowego podium. Wiem jedno: dla mnie The Rolling Stones i Pink Floyd to dwie najwybitniejsze kapele w całej historii rocka. A tego, kto zaprzeczy, pozwę na walkę konną albo pieszą, na miecze albo topory...

Wróć

Interesuje Cię współpraca?
Napisz do nas! wspolpraca@passa.pl
Copyright 2015 - Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: MEETMEDIA