Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

Jak to robią w Ameryce...

11-11-2020 20:33 | Autor: Tadeusz Porębski
Był czas, że katolicka ekstrema w USA coraz bezczelniej narzucała siłą reszcie społeczeństwa swój porządek i swoją wizję. Na początku były to jedynie pikiety, blokowanie klinik aborcyjnych, podrzucanie do nich pojemników z gazami łzawiącymi i śmierdzącymi substancjami oraz oblewanie ginekologów czerwoną farbą. Wraz z liberalizującymi się przepisami aborcyjnymi w większości amerykańskich stanów zaczęły powstawać legiony do obrony życia złożone z aktywistów pro-life. Radykałowie spod znaku Armii Boga, Akcji Obronnej Wybawienia Ameryki i kilku innych organizacji sięgali po coraz bardziej radykalne środki.

Rozpoczęło się polowanie na „baby killerów”, jak nazywano ginekologów dokonujących legalnych aborcji. Opluwano ich publicznie , niszczono samochody, grożono rodzinom, przyrównywano lekarzy do rzeźników z gestapo. Rząd i administracje stanowe lekceważyły te wybryki, choć wiadomo było, że ciągła eskalacja przemocy musi się kiedyś źle skończyć. Aborcyjny ośrodek dr. George'a Tillera w Wichita w stanie Kansas był od wielu lat celem pikiet antyaborcyjnych, a w 1985 r. został niemal doszczętnie zniszczony przez wybuch bomby. Samego Tillera zaś w 1993 r. postrzeliła przed jego kliniką niejaka Shelley Shannon (amerykańska Kaja Godek?). Wtedy udało mu się przeżyć. Nie na długo.

Kiedy w tym samym roku z rąk katolickiego ekstremisty Michaela Griffina zginął dr David Gunn, dyrektor kliniki aborcyjnej w Pensacola na Florydzie, rozgorzała antyaborcyjna wojna na śmierć i życie. Było to pierwsze udokumentowane morderstwo ginekologa położniczego. Intencją mordercy było uniemożliwienie lekarzowi wykonania aborcji. Griffin został skazany na dożywocie, które odsiaduje w zakładzie penitencjarnym Okaloosa Correctional na Florydzie. Morderstwo to było jednym z czynników motywujących do stworzenia federalnej ustawy o swobodzie dostępu do klinik. Nie na wiele to się zdało, bo śmierć dr. Gunna skłoniła Paula Jenningsa Hilla, byłego duchownego prezbiteriańskiego, do wydania pierwszego oświadczenia obronnego, podpisanego przez 30 przywódców antyaborcyjnych, w którym stwierdzili, że zabijanie lekarzy dokonujących aborcji jest uzasadnione. Słowa na papierze Hill rychło zamienił w czyny.

Rok później „obrońca życia” i były duchowny wszedł do kliniki aborcyjnej w tejże Pansacoli i z zimną krwią zastrzelił ginekologa Johna Brittona oraz jego ochroniarza Jamesa Barretta. Został aresztowany na miejscu zbrodni i oskarżony o dokonanie dwóch zabójstw pierwszego stopnia. Dwa lata później skazano go na dwukrotną karę śmierci. Aktywiści pro-life liczyli, że ówczesny gubernator Florydy Jeb Bush – podobnie jak jego brat, prezydent George W. Bush – jest zdecydowanym przeciwnikiem aborcji i zamieni Hillowi wyrok śmierci na dożywocie, bądź nawet go ułaskawi. Przeliczyli się. Wieczorem 3 września 2003 r. Paul Jennings Hill wyruszył z celi śmierci w więzieniu Starke w swoją ostatnią drogę. Został zgładzony przez podanie mu śmiertelnego zastrzyku. Dla uzupełnienia wiedzy czytelników, śmiertelny zastrzyk składa się z trzech składników – tiopential powoduje utratę przytomności, pankuronium (po naszemu pavulonik) zwiotczenie mięśni, a chlorek potasu – zatrzymanie akcji serca i zgon skazańca w ciągu kilku minut.

Na jakiś czas pod klinikami aborcyjnymi zapanował spokój, który uśpił amerykańskie organy ścigania. W dniu 31 maja 2009 r. miał jednak miejsce drugi, tym razem skuteczny zamach na dr. George Tillera. Podczas nabożeństwa w luterańskim zborze w Wichita do świątyni wtargnął 51-letni Scott Roeder, radykalny przeciwnik aborcji, w przeszłości wielokrotnie aresztowany za posiadanie materiałów wybuchowych. Przystawił lekarzowi do głowy rewolwer i w obecności najbliższej rodziny dwoma strzałami pozbawił go życia. Roederowi postawiono zarzut popełnienia morderstwa pierwszego stopnia i dwa zarzuty napaści kwalifikowanej. Dostał dożywocie, o zwolnienie warunkowe będzie mógł ubiegać się po odsiedzeniu 50 lat, czyli w 2059 r.

Być może nie doszłoby do kolejnego śmiertelnego zamachu, gdyby policja i FBI nie zasypiały przez długi czas gruszek w popiele. Natychmiast po owym zdarzeniu postawiono na nogi siły bezpieczeństwa w całym kraju i zaczęto stopniowo rozpracowywać i wyłapywać antyaborcyjnych „guerillas” (partyzantów), a prokurator generalny Stanów Zjednoczonych Eric Holder zalecił szeryfom federalnym zaproponowanie ochrony najbardziej znanym amerykańskim aborterom. Wstrząsające zabójstwo ginekologa George'a Tillera oznaczało koniec niepisanego rozejmu, podczas którego przeciwnicy aborcji w USA nie stosowali przemocy. Po piętnastu latach względnego spokoju do Stanów Zjednoczonych powróciła wojna, która trwa do dzisiaj.

Wojna – tak właśnie należy określić tamtejszy spór o ochronę życia poczętego. Z jednej strony mamy radykalnych zwolenników „wolności wyboru” nawet w zaawansowanej ciąży, z drugiej natomiast najbardziej zagorzałych aktywistów pro-life, którzy chcą nakazać kobietom rodzenie dzieci nawet w przypadku nieodwracalnie uszkodzonego płodu, niedającego noworodkowi żadnych szans na przeżycie. Tak jak widzimy to przez pryzmat USA, owi aktywiści nie tylko protestują, lecz także zabijają „baby killerów”, czyli ginekologów dokonujących legalnych aborcji. Obłuda fanatyków polega na tym, że bronią zygot, czyli istot jeszcze nienarodzonych, mając jednocześnie w głębokiej pogardzie życie osób, które już przyszły na świat.

„Obrońcy życia” w USA ponownie dali o sobie znać w 2015 roku. W listopadową sobotę jeden z katolickich radykałów urządził jatkę w ośrodku planowania rodziny w Colorado Springs. Do kliniki Planned Parenthood wtargnął 44-letni Gareth Swasey uzbrojony – jak podały lokalne media – „w broń o dużej sile rażenia”. Terrorysta zastrzelił dwie osoby personelu, cztery zranił i zdążył się zabarykadować. Kiedy funkcjonariusze SWAT próbowali zająć budynek, Swasey odpowiedział ogniem. Pięciu policjantów odniosło rany, jeden zginął od postrzału w głowę. Zostawił żonę i dwoje dzieci. Po pięciogodzinnej bitwie napastnik został zastrzelony.

Na przytoczonych wyżej przykładach widać jak w soczewce czym jest fanatyzm o podłożu religijnym, bo to przecież Kościół Rzymskokatolicki traktuje aborcję jako grzech śmiertelny i niejako patronuje potencjalnym zabójcom, nieliczącym się ze świeckimi normami społecznymi. W kwestii aborcyjnej prawo musi być przejrzyste i jasne jak kryształ. Jądrem ustawy powinno być prawo kobiety do samostanowienia. Niedopuszczalne jest – jak to ma miejsce w Polsce – by religijni ekstremiści, stanowiący liczebnie margines społeczeństwa, mogli narzucić większości swój światopogląd i punkt widzenia. Od kiedy bowiem państwo polskie ma obowiązek wykonywać to, czego życzy sobie niejaka Kaja Godek oraz namiestnicy obcego państwa Watykan?

W Dniu Niepodległości przypominam, że twórca naszego państwa Marszałek Józef Piłsudski poparł konkordat z 1925 r., który zapewniał władzom państwowym wpływ na obsadzanie stanowisk kościelnych, co pośrednio miało prowadzić do zapewnienia lojalności duchowieństwa. Uregulowanie kwestii opodatkowania duchownych i określenie przypadków, kiedy dobra kościelne mogą zostać z podatków zwolnione, było kolejnym pozytywnym skutkiem zawarcia konkordatu z punktu widzenia państwa. Obowiązujący konkordat z 1993 r. nie zapewnia państwu lojalności duchowieństwa i w sposób mętny odnosi się do jego opodatkowania. Uczynił natomiast Kościół „państwem w państwie” i umożliwił mu wpływanie na politykę zewnętrzną i wewnętrzną państwa. Dlatego dokument powinien być możliwie szybko renegocjowany.

Wróć

Interesuje Cię współpraca?
Napisz do nas! wspolpraca@passa.pl
Copyright 2015 - Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: MEETMEDIA