Sztuka Vostruchovaitė rozwija się na styku malarstwa, obiektu, tkaniny i poszerzonych praktyk wizualnych. Artystkę interesuje przede wszystkim to, co trudno zamknąć w jednej definicji: pamięć miejsca, doświadczenie przynależności, natura, wielokulturowość i nieustannie negocjowana relacja pomiędzy tym, skąd jesteśmy, a tym, gdzie próbujemy się zadomowić. W jej pracach osobiste doświadczenie nie staje się jednak prostą autobiografią. Przeciwnie – zostaje przetworzone w język subtelnych znaków, metafor i materialnych śladów pamięci.
Istotnym źródłem jej artystycznej wrażliwości pozostaje Wileńszczyzna – miejsce dzieciństwa, rodzinnych historii i pierwszego doświadczenia wielokulturowości. Warszawa stała się z kolei nie tylko miejscem studiów, lecz także przestrzenią dojrzałej praktyki artystycznej i jednym z najważniejszych punktów odniesienia dla jej obecnej twórczości. To właśnie pomiędzy tymi dwoma miejscami – Wilnem i Warszawą – Vostruchovaitė buduje własną, niezwykle współczesną opowieść o domu. Nie jako o punkcie na mapie, lecz jako o stanie wewnętrznym, pamięci i sieci relacji.
Jej warszawska obecność ma przy tym charakter wyraźnie artystyczny, a nie jedynie biograficzny. Obecnie jej prace można podziwiać zarówno na dwóch wystawach w Wilnie jak i właśnie w Warszawie na wystawie „Dom na korzeniach” w Miejscu Projektów Zachęty przy ulicy Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego 3. Wystawa, na której obok prac Vostruchovaitė eksponowane są także prace Łukasza Radziszewskiego dostępne jest dla odwiedzających do 11 października od wtorku do niedzieli w godzinach od 12 do 20. Wstęp na wystawę jest bezpłatny.
Ana Vostruchovaitė i Łukasz Radziszewski posługują się zupełnie różnymi językami artystycznymi, a jednak ich prace spotykają się w przestrzeni niezwykle subtelnego porozumienia. Oboje pytają o korzenie – nie tyle te biologiczne, ile emocjonalne, kulturowe i pamięciowe. O miejsce, które człowiek nosi w sobie nawet wtedy, gdy fizycznie dawno je opuścił. O to, czy można należeć jednocześnie do kilku światów i czy wielość przynależności musi oznaczać wykorzenienie.
W twórczości Any Vostruchovaitė szczególnie mocno wybrzmiewa doświadczenie życia pomiędzy miejscami. Artystka wychowała się w Pavilnys – zielonej, niemal osobnej dzielnicy Wilna – studiowała w Warszawie i dziś jej życie artystyczne rozpięte jest pomiędzy dwoma miastami. Jednak w jej przypadku nie okazuje się to źródłem rozdarcia, a wręcz przeciwnie, staje się rodzajem szczególnej wrażliwości, pozwalającej dostrzegać to, co dla człowieka zakorzenionego wyłącznie w jednym miejscu mogłoby pozostać niewidzialne.
Jej obrazy, obiekty i tkaniny nie próbują rekonstruować utraconego domu. Vostruchovaite bardziej interesuje sama materia pamięci, jej nieostrość, fragmentaryczność, zdolność do przeobrażania rzeczywistości. Natura nie jest tutaj jedynie pejzażem, ani dekoracyjnym motywem. Jest językiem, przez który artystka mówi o przynależności, przemijaniu i własnej tożsamości. Roślinność, światło, widok z okna, organiczne formy zdają się przechowywać ślady doświadczeń, których nie sposób już opowiedzieć w sposób linearny.
Jest w tej sztuce coś niezwykle intymnego, ale pozbawionego sentymentalizmu. Vostruchovaitė nie idealizuje przeszłości. Raczej przygląda się jej z czułością, która nie potrzebuje nostalgicznych deklaracji. Jej prace przypominają, że pamięć nie jest archiwum. Jest żywym organizmem, zmienia się wraz z nami, obrasta nowymi znaczeniami, czasem zaciera granice pomiędzy tym, co rzeczywiście przeżyliśmy, a tym, co dopowiedziała nasza wyobraźnia.
Dla Łukasza Radziszewskiego dom również nie jest wyłącznie przestrzenią zamieszkania. Artysta przygląda się zwyczajom, rytuałom i prostym czynnościom, które przez swoją powtarzalność tworzą wspólnotę. W jego praktyce artystycznej ważne staje się to, co mogłoby wydawać się zbyt zwyczajne, aby zasługiwać na uwagę: pieczenie chleba, przekazywane gesty, lokalne obyczaje, pamięć miejsca. W Miejscu Projektów Zachęty szczególnego znaczenia nabiera jego zainteresowanie zanikającą umiejętnością strugania łódek z kory, prostą czynnością przekazywaną z pokolenia na pokolenie.
I właśnie ta prostota okazuje się przejmująca. Łódka z kory jest przecież czymś więcej niż przedmiotem. Jest miniaturową figurą podróży, dzieciństwa, pamięci i przemijania. Można w niej zobaczyć także metaforę samego człowieka: niewielkiego wobec ogromu świata, kruchego, a jednak zdolnego do przemieszczania się pomiędzy tym, co było, a tym, co dopiero nadejdzie.
Radziszewski przypomina nam przy tym o czymś, o czym współczesność coraz częściej zapomina: że kultura nie zawsze zaczyna się w muzeum, galerii czy bibliotece. Czasem zaczyna się przy kuchennym stole, w dłoniach ojca, w geście powtarzanym przez dziecko, w przepisie na chleb, w przedmiocie, którego nikt nigdy nie uznał za dzieło sztuki. To właśnie z takich drobnych, niemal niewidzialnych praktyk powstaje poczucie zadomowienia.
Szczególnie interesujący jest warszawski wątek jego prac eksponowanych na wystawie „Dom na korzeniach” – przestrzenne kolaże z biletów komunikacji miejskiej, z charakterystycznymi srebrnymi hologramowymi paskami z napisem „Warszawa”. Radziszewski przekształca je w organiczne formy przypominające gałęzie i rośliny. W tym geście współczesne miasto zostaje niejako przepisane na język natury.
Kuratorką wystawy jest Magda Kardasz - kuratorka sztuki współczesnej, związana z Zachętą – Narodową Galerią Sztuki, gdzie od lat współtworzy program Miejsca Projektów Zachęty.
KATARZYNA NOWIŃSKA: Skąd pomysł na połączenie w ramach jednej ekspozycji prac pani oraz pana Łukasza? Jaki efekt zamierzali państwo przez to uzyskać?
ANA VOSTRUCHOVAITE: Propozycja połączenia mojej twórczości i twórczości Łukasza wypłynęła od kuratorki Magdaleny Kardasz. Pomyślałam sobie, że może to być dla mnie ciekawe wyzwanie, ponieważ bardzo różnie postrzegamy sztukę. A że lubię wyzwania twórcze, to chętnie przystałam na ten pomysł. Dla mnie wystawa „Dom na korzeniach” jest z jednej strony intymną opowieścią o moim doświadczeniu i tożsamości, ale z drugiej uniwersalnym komentarzem do tego jaka jest kondycja człowieka poszukującego swojego miejsca dzisiaj.
Tytuł wystawy – „Dom na korzeniach” brzmi jednocześnie jak metafora – z jednej strony zakorzenienia, a z drugiej strony pewnej niestabilności. Czym jest dla pani dom – konkretnym miejscem, gdzie żyją ludzie, których kochamy, wspomnieniem, a może czymś, co nieustannie budujemy w sobie?
Dla mnie dom to odczucie. Takie, które daje wewnętrzny spokój. Obecnie tak się składa, że moją definicją domu jest droga i doświadczenie za tym idące. Już dawno zrozumiałam, że powrót do siebie, do Wilna, albo przeprowadzka na stałe do Warszawy lub gdziekolwiek indziej nie zmienią za wiele. Chodzi o drogę, którą aktualnie pokonuję i która właśnie pomaga mi budować siebie. Nigdy nie chcę być przypisana do konkretnego, jednego języka, jednej kultury czy miejsca. Pochodzenie z wileńskiej mniejszości narodowej dało mi tę wolność w decydowaniu o tym, kim jestem.
W pani pracach, które możemy podziwiać na wystawie w MPZ bardzo interesująca wydaje się relacja pomiędzy tym, co osobiste, a tym co uniwersalne. Ile w „Domu na korzeniach” jest autobiografii, a ile opowieści o doświadczeniu współczesnego człowieka?
Podczas pracy nad obrazem czy innym dziełem, które prezentuję na wystawie, często na początku kieruję się intuicją, tym, co dla mnie najbliższe. Stopniowo, w trakcie powstawania pracy, włącza mi się sposób myślenia w szerszej skali. Obraz czy obiekt powstają w określonym czasie. Również w tym czasie mam za sobą jakieś przeżycia, których doświadczam. Reaguję na to, co się dzieje. Poprzez swoją pracę chcę wesprzeć współczesnego człowieka, który w dobie kryzysów wydaje się nieco zagubiony, szuka miejsca i często nie czuje się u siebie, nie czuje się bezpiecznie, nie odważa się na nieraz bardzo intymne zmiany.
Przyglądając się pani twórczości dostrzegam wyraźne napięcie pomiędzy tym, co kruche i intymne, a tym co trwałe i materialne. Czy materia jest dla pani sposobem przechowywania pamięci, czymś w rodzaju alternatywnego archiwum, w którym zapisują się doświadczenia, których nie potrafimy albo nie chcemy wypowiedzieć słowami?
Z pewnością sztuka jest formą zapisu. Wierzę, że moje doświadczenia nie są wyłącznie moimi i czuję, że w jakimś stopniu dotyczą nas wszystkich. Ja się nie wstydzę ani nie boję malować o tym, o czym być może krępowałabym się powiedzieć. Wspólne lęki, bóle, delikatność i czułość. W swoich pracach potęguję te napięcia, a materia jest dla mnie najlepszym medium do przekazania tej informacji.
Które z prezentowanych prac zostały przygotowane specjalnie z myślą o wystawie w Miejscu Projektów Zachęta?
Z pewnością kilka obrazów i tkaniny żakardowe. Te drugie zostały zaprojektowane i utkane z niezwykłą starannością. Został dobrany świetny materiał, dopieszczone wszystkie niuanse kolorystyczne. Ciekawe jest to, że tkaniny można oglądać z równie atrakcyjnej drugiej strony – rewersu.
W swej twórczości uważnie przygląda się pani takim kwestiom jak m.in. tożsamość i jej źródła, relacje człowieka z przyrodą oraz wielokulturowość. Czy uważa pani siebie za artystkę wielokulturową i w czym taka wielokulturowość w przypadku artysty się przejawia?
Uważam siebie za artystkę wielokulturową. Doświadczenie bycia pewnym mostem pomiędzy kulturami jest niezwykle budujące i otwierające nowe perspektywy. Wiele się nauczyłam na podstawie swojego pochodzenia. Na pewno otwartości na inność, wolności w budowaniu siebie jako człowieka oraz traktowania innych w ten sposób, płynności i siły, bliskiej relacji z naturą i wielu innych rzeczy. Te sprawy są dla mnie naturalne i normalne, ale nie są takie dla wszystkich. Szczególnie w dobie migracji zrozumiałam, że są to bardzo ważne wartości, o których chciałabym mówić.
W którym momencie swego życia poczuła pani, że sztuka będzie pani życiową drogą?
Nie było takiego momentu, ani nie było to moim pomysłem. Po prostu od najmłodszych lat do teraz robiłam to, co czuję, i nikt mi w tym nie przeszkadzał.
Bycie artystą nie jest zajęciem prostym, tak jak się niektórym wydaje. Na sukces trzeba ciężko zapracować i nawet ogromny talent bez odpowiednio ukierunkowanej pracy nie wystarczy. Jaki jest pani styl pracy? Czy narzuca sobie pani jakąś dyscyplinę? Ma pani jakieś swoje sprawdzone sposoby na pobudzanie kreatywności i poprawę efektywności tworzenia?
Dyscyplina jest istotna. Nie mogę pozwolić sobie na duże przerwy czy czas wolny od pracy twórczej, gdyż kostnieje mi ręka i umysł. Trochę myślę w ten sposób, że każdy dzień ma większy sens, jeśli zrobiłam coś, co do mnie należy i co robię najlepiej. Staram się być bardzo często w pracowni, prawie codziennie. Z kolei moją efektywność pracy najbardziej pobudzają dobre rzeczy, których doświadczam wszystkimi zmysłami. Dlatego lubię trafiać na dobre wystawy, otaczać się dobrą architekturą, słuchać dobrej muzyki itp. A na szczęście potrafię filtrować rzeczy dobre od średnich.
Serdecznie dziękuję za rozmowę i życzę kolejnych sukcesów. Jestem przekonana, że jeszcze wiele o pani usłyszymy.