Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

Brudna robota białych kołnierzyków

26-06-2019 20:59 | Autor: Tadeusz Porębski
Jako pismak bacznie obserwuję całe nasze polskie podwórko, ale w centrum mojego zainteresowania od zawsze jest podwórko lokalne, czyli samorząd gminny. Czy Polska ma dobrego gospodarza? Odpowiedź brzmi: nie. Przedwojenne elity, poza kilkoma wyjątkami jak Władysław Grabski (reforma walutowa), Eugeniusz Kwiatkowski (reformy gospodarcze i czteroletni plan ekonomiczny), no i oczywiście Naczelnik Państwa Józef Piłsudski, nie zapisały się złotymi zgłoskami w historii Polski. To nie przypadek, że znakomita książka "Kariera Nikodema Dyzmy" powstała właśnie w okresie międzywojnia. Choć znacznie przerysowana, świetnie ilustruje jakość przedwojennych elit.

Po wojnie, wiadomo, komuna i towarzysz "Szmaciak", "nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera", dodatkowe punkty na uczelnię za pochodzenie chłopskie bądź robotnicze, urawniłowka, totalne upaństwowienie gospodarki, które zniszczyło kreatywność Polaków ("czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy") oraz przewodnia siła narodu w osobie zatwierdzonego przez Moskwę I sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Co prawda komuna miała także swoją ludzką twarz, czyli darmowe "wczasy pod gruszą", łatwość uzyskania mieszkania za małe pieniądze, powszechny dostęp do nauki, bez porównania z dniem dzisiejszym mniejsza skala złodziejstwa, zdławienie bandytyzmu i przestępczości zorganizowanej, ale w latach 1945 - 1989 zła było zdecydowanie więcej niż dobra. Po roku 1975 to była katastrofa – puste półki w sklepach, brak perspektyw, masowa emigracja, przykręcanie śruby przez władzę, potęgujące się niepokoje społeczne, w końcu stan wojenny. Do polskich domów zakradł się strach przed krwawą rewoltą i sowiecką interwencją. Na szczęście udało się odesłać komunę do lamusa historii w sposób bezkrwawy.

Cóż to była za euforia. W 1989 r. otworzyły się przed Polską perspektywy, jakich chyba nigdy nie mieliśmy. Na Leszka Balcerowicza psioczy się dzisiaj i wyklina go, ale to dzięki jego radykalnym i bolesnym dla społeczeństwa reformom nasza złotówka ma moc. Otworzyły się perspektywy dla kraju, ale także bramy dla kombinatorów, wydrwigroszy, malwersantów i złodziei. Każda ekipa rządząca krajem od 1989 r. ma coś za pazurami. Uchwalano w Sejmie dziwne ustawy, których zapisy tworzyły eldorado dla wtajemniczonych grup złodziei w białych kołnierzykach. Swoje miliony zarobiły także zorganizowane bandyckie grupy przestępcze (masowy przemyt alkoholu i wyrobów tytoniowych, legalna sprzedaż "dopalaczy", nieopodatkowane automaty do gry), ale mafijni bossowie nie potrafili konsumować ukradzionych dóbr w sposób dyskretny, czym zwrócili na siebie uwagę mediów i organów ścigania. Szybko więc przetrącono im kręgosłupy. Od tego czasu nielegalnie mogły zarabiać wyłącznie "białe kołnierzyki".

Kto ułatwiał im uprawianie złodziejstwa na masową skalę? Odpowiedź jest prosta: grupy interesów działające w szeregach partii politycznych rządzących państwem oraz dziwna w wielu przypadkach inercja organów ścigania, które nie dostrzegały tego, co widziały media i społeczeństwo. Tak było m. in. z aferą reprywatyzacyjną w Warszawie i kilku innych miastach. Brak ustawy reprywatyzacyjnej dawał wąskiemu gronu ustosunkowanych cwaniaków szerokie pole do popisu. Robili co chcieli, kradnąc w majestacie prawa setki milionów złotych. Nasuwa się pytanie, czemu przez blisko ćwierć wieku nie uchwalono ustawy, która po czasach komuny i masowym upaństwowieniu prywatnej własności była wręcz kluczowa dla kraju i obywateli? W 2003 r. cierpiący na chroniczne zapalenie goleni prawej oraz tzw. chorobę filipińską Aleksander Kwaśniewski zawetował ustawę reprywatyzacyjną, przygotowaną przez rząd Jerzego Buzka. Zdaniem prawników, był to jeden z najlepszych aktów prawnych uchwalonych przez polski parlament.

Czym kierował się Kwaśniewski, że nie stanął w obronie setek tysięcy poszkodowanych obywateli? Czyżby nie zdawał sobie sprawy, że wetując ustawę, zapala zielone światło małej grupie cwaniaków, którzy działając wspólnie i w porozumieniu z – nazwijmy ich delikatnie – niezbyt uczciwymi urzędnikami, notariuszami, adwokatami oraz sędziami zarobią na skupowaniu roszczeń, często mocno naciąganych, grube miliony? Nie wierzę. Osobiście domyślam się powodu, ale trzeba by zagadnąć o to samego "Kwacha", często bywającego w telewizyjnych studiach. Niestety, nikt go o to, dziwnym trafem, nie pytał i nie pyta.

Czym kierowali się twórcy wadliwej ustawy, dzięki której grupa cwaniaków, wyłudzając nienależny podatek VAT, okradła państwo na prawie ćwierć biliona zł?

Możemy się tylko domyślać, bo pomysłodawcy tego fatalnego aktu prawnego nigdy nie zostaną zidentyfikowani. Wiadomo jedynie, że była to kolejna grupa interesów działająca w łonie dwóch partii rządzących krajem w latach 2007-2015. Największą słabością polskiego procesu legislacyjnego w podatkach jest to, że nie wiadomo kto tworzy pierwszy projekt, który następnie przechodzi przez ręce ministrów, wiceministrów, a potem rządu i Sejmu. Nie znamy pierwszego autora, czyli tego, kto napisał dany projekt ustawy. A w jego rękach znajduje się gigantyczna władza.

Podczas przesłuchania przed komisją sejmową prof. Witold Modzelewski, wybitny ekonomista, powiedział coś, co może być kluczem do otwierania złodziejom drzwi na całą szerokość: "Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego jeden towar, który nigdy nie był wykorzystywany do oszustw podatkowych, nagle znalazł się na liście w załączniku 11. Kto go tam dopisał? Rząd mówił, że to nie my go dopisaliśmy. Więc kto? Wiadomo, że jeśli znajdę się w załączniku 11, to przestanę płacić VAT i mam prezent uzyskany od ustawodawcy. Jest stara profesorska teza: jeżeli chcesz poznać prawo podatkowe, badaj proces legislacyjny nie na etapie parlamentarnym, lecz na etapie projektu. Tu bowiem tkwi meritum i zamysł autora. Kto pisze projekt, ten rządzi prawem, zwłaszcza tak skomplikowanym (obiektywnie i subiektywnie) jak prawo podatkowe".

Cokolwiek mówić o PiS, czy się tę partię lubi, czy też nienawidzi – faktem jest niezaprzeczalnym, że gdyby nie wygrali wyborów, dalej łupiłyby państwo oraz obywateli mafie reprywatyzacyjna, vatowska, czy komornicza, a twórca piramidy finansowej Amber Gold nie siedziałby w pierdlu, tylko grzał tyłek gdzieś w raju podatkowym i śmiał się w kułak z kilkudziesięciu tysięcy oskubanych frajerów.

Teraz podwórko lokalne. Kto wymyślił zachęcający wręcz do przekrętów akt prawny zwany ustawą Glapińskiego? Wbrew pozorom wcale nie musiał być to sam Adam Glapiński. W 1991 r. weszła w życie tzw. ustawa Glapińskiego umożliwiająca nieodpłatne przekazywanie przez gminy gruntów, w wieczyste użytkowanie, spółdzielniom mieszkaniowym wyłącznie pod budownictwo wielorodzinne. Bez przetargu. Ustawę wykorzystano do grabieży komunalnego majątku. Aparatczycy z różnych opcji politycznych zawiązywali "spółdzielnie" i często uzyskiwali od gmin grunty prawie za darmo. Efektem masowego rozdawnictwa komunalnych gruntów na Ursynowie w latach 1994–2002 był chociażby problem ze znalezieniem odpowiednio dużej działki na potrzeby budowy Szpitala Południowego. Na rozdawnictwie pożywił się także Kościół katolicki.

Dochodziło do sytuacji kuriozalnych. Komunalne grunty zlokalizowane w kwadracie ulic Al. KEN, Wąwozowa, Stryjeńskich i Przy Bażantarni, czyli sam miód, rozdawała komisja złożona z ursynowskich urzędników oraz kilkorga radnych. Opracowali oni sobie 10-punktowy regulamin konkursu, przy czym aż 5 punktów mogli przyznawać za wiarygodność oferenta. Znaczy, pełna uznaniowość. W ten sposób niewiarygodna stała się dla tej grupy Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa, najstarsza stołeczna spółdzielnia dysponująca gigantycznymi funduszami na kontach bankowych, która nie powąchała nawet skrawka gruntu. Natomiast atrakcyjne działki budowlane przyznano wielu nowo powstałym tworom, które dotychczas nie wybudowały nawet psiej budy. I na tej ustawie ustosunkowani cwaniacy zgarnęli setki milionów złotych.

Wnioski? Bardzo proste: nie uda się okraść państwa na wielkie pieniądze bez pomocy polityków, którzy mają przełożenie na uchwalający ustawy parlament. Pomysłodawcy i wykonawcy połączeni są niewidzialną czerwoną nicią, tworząc niewidzialny zaklęty krąg, w którym trzepie się (nie)legalną kasę. Aby zdławić sycylijską mafię włoscy prokuratorzy i sędziowie śledczy poszli swego czasu tropem pieniędzy i udało się doprowadzić do tzw. maksiprocesu, w którym zapadły łączne wyroki na ponad 2300 lat. Aby zdławić polską mafię w białych kołnierzykach, należy dokładnie prześledzić cały proces legislacyjny dotyczący każdej podejrzanej ustawy. Odnalezienie pomysłodawców kilku najbardziej trefnych ustaw byłoby jak wynalezienie szczepionki na raka. Niestety, szanse na to są prawie zerowe. Białe kołnierzyki potrafią zacierać za sobą wszelkie ślady.

Wróć

Interesuje Cię współpraca?
Napisz do nas! wspolpraca@passa.pl
Copyright 2015 - Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: MEETMEDIA