Serwis korzysta z plików cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę, że będą one umieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Mogą Państwo zmienić ustawienia dotyczące plików cookies w swojej przeglądarce.

A miała być susza stulecia…

10-02-2021 21:15 | Autor: Tadeusz Porębski
Prognozy pogody prezentowane nam w ostatnich latach zaczynają przypominać przysłowiowe wróżenie z fusów. Widać gołym okiem, że prognozowanie w wymiarze powyżej trzech dni jest pozbawione sensu. Mimo to zalew pogodowych sensacji z roku na rok wzrasta.

Telewizyjna pogodynka oraz jej męski odpowiednik to obecnie jedna z najbardziej lukratywnych posad – zero odpowiedzialności za słowo, wysokie zarobki oraz grubo płatne fuchy na boku z tytułu rozpoznawalności. Jak donosi jedna z bulwarówek, jedna z pogodynek może zarabiać miesięcznie nawet 50 tysięcy złotych. Za dwie godziny prognozowania pogody w miesiącu stacja ma jej płacić około 7 tysięcy złotych, przypadających na jeden występ. Ale to tylko dodatek do prawdziwych zarobków. Za jeden wieczór prowadzenia imprezy bądź gali pogodynka życzy sobie ponoć 15 do 20 tysięcy złotych, a ma ich w roku nawet trzydzieści. Do tego dochodzą dodatki specjalne za udział w reklamach i programach rozrywkowych. Pani ta reklamowała m.in. piwo imbirowe, suplementy diety i kosmetyki. Bulwarówka donosi, że pogodynka jest milionerką jeżdżącą srebrnym porsche. Sprostowania i procesu sądowego nie było, więc można założyć, że informacje gazety są bardzo bliskie prawdy.

Pozostali przepowiadacze pogody, a namnożyło się ich dziesiątki, żyją na podobnym poziomie i bieda z pewnością ich nie ubodzie. Co w zamian za naprawdę dobre pieniądze otrzymuje widz? Przede wszystkim lans, lans i jeszcze raz lans. Przez kilka minut trwa rewia mody w wykonaniu gnących się jak trzciny, tańczących przed ekranem i gestykulujących osobników obojga płci. Jaką wartość ma prezentowany przez nich materiał? W większości mierną i miałką, podobnie jak prognozy przepowiadaczy gazetowych oraz internetowych. Prognozy te, ściągnięte ze strony internetowej Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej, są przetwarzane na użytek własny i często uzupełniane sensacyjnymi newsami. Od 1972 r. bowiem to IMiGW zbiera, przechowuje, przetwarza i udostępnia krajowe oraz zagraniczne materiały pomiarowe i obserwacyjne. Czyli wkład własny danego medium w prognozy jest minimalny.

W lutym ubiegłego roku Instytut przepowiadał suszę, którą telewizyjni pogodynkarze natychmiast przekwalifikowali na „największą suszę od zakończenia II wojny światowej”. Blady strach padł na polskie obywatelstwo, a przede wszystkim na rolników, którzy już na zapas podnieśli larum, domagając się wsparcia od państwa. Tymczasem lato nie przyniosło tropikalnych upałów, zaś jesień wręcz można nazwać mokrą. W styczniu tego roku postraszono z kolei Polaków „bestią ze wschodu” i temperaturami rzędu minus 30 stopni. Bestia nie odważyła się jednak wtargnąć do naszego kraju i skończyło się na temperaturach od minus 4 do plus 3. Zaraz potem kraj obiegła hiobowa wieść – do Polski zbliża się polarny front, który przyniesie siarczysty mróz rzędu tym razem minus 40 stopni. Część pogodynek potwierdziła ścinającą krew w żyłach informację i cel został osiągnięty. W tym dniu znacznie wzrosła oglądalność oraz słyszalność. Tylko patrzeć, jak lud rzuci się wykupować produkty spożywcze, grzejniki olejowe i prądowe, łopaty do odśnieżania, rękawice, gumofilce i fufajki, by na tej wieści mógł skorzystać także handel.

W ostatnich dniach tęgo sypnęło śniegiem, co nie jest niczym nadzwyczajnym w lutym w naszej strefie klimatycznej. Od razu przepowiedziano kolejną zimę stulecia. Po trosze przepowiadaczy pogody można tym razem nieco usprawiedliwić, bowiem zdecydowana większość z nich to ludzie młodzi, którzy jeszcze nie liznęli prawdziwej zimy. Dla nich kilkudziesięciocentymetrowa pokrywa śniegu w miastach i mrozek poniżej minus 10 stopni to prawdziwy Armagedon. Dla mojego pokolenia taki mróz i taki śnieg to żart. W sylwestrowy wieczór 1979 r. Polska została sparaliżowana przez „zimę stulecia”, nad ranem 1 stycznia w Gdańsku było już 50 cm śniegu, w Warszawie zaś 30 cm, a pokrywa śnieżna ciągle rosła. Przybywało przeciętnie 10-20 cm śniegu na dobę, a 6 stycznia jej grubość osiągnęła w Gdańsku 92 cm, zaś w stolicy ponad pół metra. W kierunku Warmii i Mazur samochody wymijały się w tunelach śnieżnych, których ściany osiągały wysokość dwóch metrów. Sypało do końca stycznia, w ostatnim dniu miesiąca pokrywa śnieżna w Warszawie wzrosła do 70 cm. Jeszcze w lutym grubość pokrywy śnieżnej wynosiła 118 cm w Szczuczynie, ale w tym samym czasie w Przemyślu zmierzono zaledwie 7 cm.

Najmroźniejszą zimę Polacy przeżyli w 1921 r., luty zaś zapisał się jako najzimniejszy miesiąc w historii meteorologii w Polsce. Zanotowano temperatury minus 40 stopni, a przeciętne oscylowały w przedziale minus 13 do minus 16. Padło wiele nieoficjalnych rekordów zimna, m.in. minus 45 stopni w Rabce i minus 48 stopni w Kąclowej koło Grybowa. Najniższe temperatury zanotowano wtedy wiarygodnie w dniu 10 lutego: w Żywcu minus 40,6 stopni, w Olkuszu minus 40,4 i w Siankach minus 40,1. Dzień wcześniej w Olecku zanotowano najniższą oficjalnie temperaturę na obecnych ziemiach polskich. Termometr na wówczas niemieckiej stacji meteorologicznej pokazał minus 42 stopnie. Silny mróz spowodował zakłócenia w komunikacji kolejowej ze względu na pękanie szyn, co powodowało m.in. poważny problem z dostawami węgla. Do wielu budynków w miastach nie docierała woda z powodu awarii wodociągów, port morski w Gdańsku zamarzł, a dwa statki zostały uwięzione w lodzie na wodach Zatoki Gdańskiej. Od 13 lutego zawieszono zajęcia we wszystkich szkołach w Krakowie, nawet wykłady na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Tegoroczna zima, mroźniejsza niż w poprzednich latach, zdaje się potwierdzać coraz częściej stawianą tezę, że tak zwane ocieplenie klimatu to mit, z którego badania i gadania duża grupa ludzi uczyniła sobie sposób na godziwe życie. Potężne śnieżyce coraz częściej nawiedzają Europę, USA, a nawet część Afryki Płn. W tym roku Madryt, zaliczany do bardzo ciepłych miast Europy, sparaliżowały wyjątkowo obfite opady śniegu. W znaczeniu antropologicznym globalne ocieplenie stało się mitem, bowiem gazem mającym największy wkład w efekt cieplarniany jest bezdyskusyjnie para wodna, a antropogeniczne emisje CO2 to tylko drobny ułamek tych ze źródeł naturalnych. Przeciwnicy teorii ocieplenia klimatu z winy człowieka uważają, że teoria ta nie ma żadnych potwierdzeń w postaci badań. Jej podstawą są dane pomiarowe temperatury z 1946 r., czyli okresu ekspansji światowego uprzemysłowienia. Jej zwolennicy nie potrafią wytłumaczyć, dlaczego wówczas temperatura spadała pomimo szkodliwej działalności człowieka na rzecz rozwoju przemysłu.

Ociepleniem klimatu tłumaczy się też topnienie lodu w rejonach arktycznych, a tymczasem jak mówią najnowsze badania, ilość lodu na Grenlandii była też krytycznie niska około 6000 lat temu. Fakt ten potwierdza tezę o cykliczności naturalnych procesów, mających miejsce na naszym globie. Argument o łagodności klimatu sprzed tysięcy lat spowodowany nadmierną emisją CO2 do atmosfery nie ma przecież podstaw bytu. Dyskusja na temat „Globalne ocieplenie – prawda czy mit?” nigdy się nie skończy, ale jeśli sprawdzą się słowa naszych przepowiadaczy pogody i ściśnie mróz rzędu minus 40 stopni, coraz trudniej będzie obronić swoją teorię zwolennikom globalnego ocieplenia.

Wróć

Interesuje Cię współpraca?
Napisz do nas! wspolpraca@passa.pl
Copyright 2015 - Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt i wykonanie: MEETMEDIA