Dawniej wielki wpływ na naszą wyobraźnię miały powieści przygodowe, m.in. Julesa Verne’a – francuskiego mistrza powieści przygodowej i prekursora science fiction. Wystarczy przypomnieć „Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi” z 1870 roku czy „W osiemdziesiąt dni dookoła świata” z 1873 roku. Podobnie działała twórczość urodzonego w Londynie Herberta George’a Wellsa, autora fantastycznych wizji świata – „Wehikułu czasu”, „Wojny światów” czy „Wyspy doktora Moreau”. Szkot George MacDonald w swoich utworach, m.in. w „Phantastes” z 1858 roku, kładł natomiast podwaliny pod nowoczesną literaturę fantasy. Starsi spośród naszych czytelników kształtowali wyobraźnię dzięki lekturze książek, artykułów i ich filmowym adaptacjom. Młodsi są pod wpływem całego szeregu bodźców płynących w dużej mierze z Internetu. Zmieniły się narzędzia, ale potrzeba pozostała ta sama. Człowiek wciąż chce zobaczyć to, czego zobaczyć nie może, przeżyć to, czego przeżyć nie zdążył i znaleźć się tam, gdzie jego ciało nigdy nie dotrze.
Wyobraźnia pozwala nam znaleźć się pośród olbrzymich diplodoków czy triceratopsów, obserwować polujące na nie drapieżne tyranozaury, a chwilę później przenieść się na pokład statku kosmicznego. Taka dziecinna potrzeba fantazjowania to nic złego. Przeciwnie – bez niej świat byłby znacznie uboższy. Uboższy i ograniczający się jedynie do tego, co można zobaczyć, zmierzyć i opisać.
Wyobraźnia rozbudza w ludziach ciekawość, a ta z kolei wpływa na wyobraźnię. To ciekawość sprawiła, że ludzie zapragnęli wiedzieć, co znajduje się za odległym horyzontem. Dzięki niej dokonywali wielkich odkryć geograficznych. To ona popychała ich do zadawania pytań o budowę świata i miejsce człowieka we wszechświecie. Dzięki odwadze myślenia i obserwacji ludzkość odrzuciła dawne przekonania o geocentrycznym obrazie świata i przyjęła wiedzę, że Ziemia nie jest płaską tarczą zawieszoną w przestrzeni.
W historii ludzkości pojawiały się mity i wierzenia. Wiele z nich do dziś stanowi ważny element światowej kultury – wystarczy wspomnieć mitologie Grecji, starożytnego Rzymu, Egiptu czy Chin. Były one próbą odpowiedzi na pytania, na które człowiek nie znał jeszcze odpowiedzi. Tam, gdzie kończyła się wiedza, zaczynała się wyobraźnia. Kiedy czytamy o powstaniu wszechświata, w wyobraźni pojawiają się tworzące się z obłoków rozproszonej materii planety, wirujące i zderzające się ze sobą. Przez miliardy lat przechodzą rozmaite etapy rozwoju. Towarzyszące tym zjawiskom wybuchy lawy zalewają nowo powstałe obiekty. Leje po uderzeniach asteroid i innych ciał niebieskich świadczą o tym, jak burzliwym procesom poddawany był tworzący się wszechświat.
W większości z nas zjawiska te zapewne wzbudziłyby podziw i przerażenie. Jednak wspaniale byłoby przenieść się w czasie, by móc zobaczyć ten kosmiczny, wybuchowy spektakl. Ja chciałbym obejrzeć fajerwerki pędzącej ognistej materii w przestrzeni kosmicznej, pośród feerii barw na niebie sprzed miliardów lat. Cóż to za widok – nowo powstałe ciała niebieskie szukające miejsca dla siebie w zatłoczonej i groźnej przestrzeni, tworzące złożone struktury i konfiguracje! Obserwować, jak prawa fizyki narzucają wielkim bryłom określony kształt i wygląd. Patrzeć, jak chaos i pozorny nieład zamieniają się w porządek. Widzieć, jak materia, pędząc z niewyobrażalną prędkością, przybiera określone formy pod wpływem grawitacji i wzajemnego oddziaływania olbrzymich obiektów.
A przecież dzisiaj nasze marzenia mają już zupełnie inne możliwości realizacji. Kino potrafi przenieść nas do epoki dinozaurów, starożytnych cywilizacji czy odległych galaktyk. Literatura nadal otwiera drzwi do światów, których nie ma, ale które dzięki słowom stają się w naszej wyobraźni niemal realne. A sztuczna inteligencja idzie jeszcze dalej. Potrafi tworzyć obrazy, scenariusze, animacje i całe wizje światów, które wcześniej istniały wyłącznie w ludzkiej głowie. Możemy więc coraz łatwiej zobaczyć to, co sobie wyobrażamy – choć wciąż nie oznacza to, że naprawdę tam jesteśmy. I może właśnie w tym tkwi największa tajemnica. Technologia nie odebrała nam potrzeby marzenia. Przeciwnie – dostała do ręki narzędzia, o których Jules Verne, Wells czy MacDonald mogli tylko marzyć. To, co kiedyś wymagało kartki papieru i kilku zdań opisu, dziś może przybrać postać filmu, obrazu, wirtualnego świata czy wygenerowanej przez AI opowieści. No cóż. Marzenia są po to, by je spełniać. Wiedzą o tym autorzy science fiction i wiedzą o tym twórcy filmowi. Czym innym niż próbą zaspokojenia ludzkiej potrzeby przekraczania granic wyobraźni są filmy takie jak „Park jurajski” albo „Odyseja kosmiczna”?
Dziś do tego niezwykłego grona dołącza sztuczna inteligencja. Daje nam możliwość nie tylko opowiadania o światach, które dotąd istniały wyłącznie w naszej wyobraźni, ale także ich zobaczenia. Możemy za jej pomocą odtworzyć minione epoki, zajrzeć do świata dinozaurów, wyobrazić sobie wygląd nieistniejących już cywilizacji, a nawet stworzyć wizję tego, jak może wyglądać przyszłość. W pewnym sensie AI staje się więc współczesnym wehikułem czasu – nie przenosi nas wprawdzie fizycznie w przeszłość ani w przyszłość, ale pozwala nadać naszym wyobrażeniom obraz, głos i ruch.
I właśnie tutaj zaczyna się pytanie znacznie ciekawsze niż samo zachwycanie się możliwościami nowej technologii. Skoro AI potrafi coraz sprawniej urzeczywistniać to, co sobie wyobrażamy, to czy nadal będzie nas zachęcać do marzenia, czy pewnego dnia zacznie marzyć za nas? Czy jej ogromna zdolność do tworzenia nie sprawi, że zamiast rozwijać własną wyobraźnię, będziemy oczekiwać od niej gotowych światów, gotowych odpowiedzi i gotowych zachwytów? Być może największą wartością AI nie jest więc to, że potrafi spełniać nasze fantazje, lecz to, że może pomóc nam postawić kolejne pytania. Bo przecież od tysięcy lat właśnie tak zaczynały się wszystkie niezwykłe podróże człowieka – od ciekawości, wyobraźni i prostego: „A co by było, gdyby…?”.